• Wpisów:1321
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:wczoraj, 22:54
  • Licznik odwiedzin:61 116 / 1915 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 

3


Mój przyjazd wszystkich zaskoczył. - Nie było łączności - wyjaśniłem pokojowcowi atela - zaniepokoiliśmy się. Z ojcem wszystko w porządku?
-Jeszcze śpi - padła odpowiedź.
-Nie szkodzi, wejdę się przywitać.
-Powiem mu - odrzekł pokojowiec, puściłem go przodem a z nim urządzonko dzięki któremu mogłem z pomocą swoich okularów zobaczyć i usłyszeć to co ono zarejestruje. Wiedziałem, że brat i ojciec zobaczą to samo na wielkim ekranie w bardziej komfortowych warunkach.
-Lanbort tu jest - poinformował pokojowiec osobę niesłychanie podobną do mojego ojca. Tak podobną, że gdyby nie czip można by mieć wątpliwości, który jest prawdziwy. "Osoba" nie spała, była przyodziana w ulubiony strój domowy atela Tolimanii.
-Mówiłeś, że wróci dopiero po zimie.
- Bo tak miało być ale spokojnie, Lanbort nie jest zbyt bystry, unikaj przede wszystkim Milarezy. Orbort jej nie doceniał ale nie musiał. Ty musisz. Łapska przed nią chowaj.
Postanowiłem nie spojrzeć na łapska gdy już tam wejdę, spokojnie zaczekałem aż zostanę powiadomiony, że atel mnie oczekuje. Wchodząc odruchowo spojrzałem na jego nogi, były w papuciach raczej nie należących do ojca - zmienił ci się gust czy masz nogi chore? - Zapytałem i gestem odesłałem pokojowca.
-Chcę aby dobrze wypoczęły - nawet głos miał podobny do głosu ojca. Tak poprowadziłem rozmowę aby się okazało,że fałszywy Orbort niczego nie pamięta, poruszałem więc sprawy państwowe, o których pokojowiec nie powinien mieć pojęcia, fałszywy Orbort tym bardziej a jednak ... świetnie sobie radził. Udałem , że się cieszę - doskonale - powiedziałem - a już się bałem, że z twoją pamięcią coś nie tak bo nie pogratulowałeś Lanfelci uzyskania praw osoby dorosłej. Świetnie, że pamiętasz ważniejsze rzeczy. Wprowadzisz mnie w to co robicie w kancelarii bo postanowiłem już cię dłużej nie obciążać piastowaniem władzy. Zawsze chciałeś na starość zamieszkać w Kepig i wieść życie Tapuneki.
-Chyba w Mezo - nawet to wiedział.
-To jeszcze omówimy, na razie jesteś mi tu potrzebny. Nie dziękuj, sam się starzeję więc rozumiem, że nie mam prawa cię zmuszać do pracy w nieskończoność.
Gdy już wyszedłem, sobowtór wezwał pokojowca i zapytał - kto to jest Lanfelcia?
-Jego córka, bardzo rozwydrzona pannica -usłyszawszy to natychmiast zrobiłem w tył zwrot, byłbym natychmiast z wielką awanturą zwolnił pokojowca ale doszedł mnie też głos sobowtóra i nie chciałem nic z tego co powie uronić. To mnie uspokoiło.
- Kasterbersa urodziła córkę? Usłyszawszy to z wrażenia usiadłem na najbliższym krześle i słuchałem dalej. Wprawdzie później już nic znaczącego nie usłyszałem ale to pytanie bardzo mnie zainspirowało. Dotyczyło mojej pierwszej, zmarłej już żony, z którą mam trzech synów.
Sobowtór wiedział o niej a nie wiedział o Felikandrze i Lanfelice, to było dziwne i ciekawe.
Równie dobrze ten człowiek mógłby być Orbortem zastąpionym kimś innym zanim ten inny został zaznaczony. Tylko dlaczego znał bieżące sprawy państwa?
Zapytałem cicho, za pośrednictwem urządzeń, Orborta z Mezo co o tym sądzi.
-Znaliśmy się, gadaliśmy ze sobą - wyjaśnił niechętnie.
-Jesteście bliźniakami?
-A skąd! On jest dużo młodszy. Jest jak drugi egzemplarz mnie.
-To dlaczego ma większe stopy?
-Bo ludzie różnią się szczegółami. Chciałeś przegnać Cerczitana? - Ojciec szybko zmienił temat. Nigdy dotąd nie umiałem zapamiętać imienia jego zaufanego pokojowca, choć ten służył ojcu od 45 arli. Teraz już zapamiętam.
-Tak i przegnam - odpowiedziałem.
- Zrób to tak aby Salwasturio nie mógł zainterweniować. Ja bym interweniował, on też to zrobi.
-Ma na imie Salwasturio? Powiedz nam o nim coś więcej.
Na razie musiałem zrezygnować z tej rozmowy bo przyszli mnie powitać najważniejsi urzędnicy w tym Fanteor. Korora nie było, zarządza Orbortportem. Na pytanie kanclerza Czauzucza czemu zawdzięczają moją wizytę odrzekłem: Wprowadzisz mnie w sprawy państwa, zdecydowałem przejąć należne mi stanowisko. Taki mam kaprys.

_______________________________________________
Na tym kończył się opis Lanborta. Karis wiedział jednak z wielu innych, że miron zrobił "trzęsienie kancelarii" wyłuskując i zlecając naprawienie nieprawidłowości po czym zostawił rządy na głowie Fanteora i wyjechał bo jednak pracę naukową lubił bardziej a właśnie miał pilne zajęcie.
http://b4.pinger.pl/6009de908ab24583aab4eb8197a9d68d/TYTUY.jpg

Miron - jak zapisał ojciec Karisa - chciał osobiście zbadać który Orbort to Orbort i jakie są jego korzenie. Już kiedyś się za tę drugą kwestię brał ale utknął a potem go pochłonęły inne, nawiasem mówiąc zlecane przez ojca. Wiedział, że tym razem będzie inaczej.
A co do tajemniczego zakopaliska: w drewnianej skrzyni, powolutku przeniesionej przez drążarkę w ustronne miejsce po za kompleksem pałacowym, znaleziono tam poowijane w stare papierzyska buty, skarpetki, rękawiczki i łapcie Orborta. Wszystko w dobrym stanie, nie odpruto nawet ozdób ani okuć.
Trochę dobranie się do tej skrzyni potrwało bo drążarka szybkim urządzeniem nie była a musiała kopać taki tunel aby skrzynia się zmieściła i starannie go za nią zakopywać, ugniatając ziemię. W dodatku wymijała wietrznik (o którym nie interesujący się architekturą Milander nie wiedział) ale w końcu można było dyskretnie, bez rozwalania czegokolwiek skrzynię zabrać.
Lanbort kazał starannie wyprostować i ułożyć papiery bo może kiedyś się jeszcze nimi zajmie.
-No zobacz - powiedział z dumą Milander - moja córka sama sprawdziła trasę drążarki i umiała poprawić program. Pierwszy raz to robiła i tylko chwilkę pod moim kierunkiem. Oczywiście w innej sytuacji dałbym jej reprymendę, że nas nie zawiadomiła o napotkanej przeszkodzie lecz tym razem byliśmy zbyt zajęci

O P O W I E Ś Ć E L I F A R O Z Y N D Y

Wszystkie opiekunki były przekonane, że Milareza naprawdę rozmawia z Cyprysią i naprawdę rozumie jej mowę, jedynie Totetta nie była pewna czy z niej nie żartują. Tym razem miała się o tym przekonać ponieważ Cyprysia zdawała swoisty egzamin a do tego potrzebna była Milareza. Użyto wprawdzie też urządzeń analizujących najlżejsze drgnięcia i wyjaśniono Cyprysi jak to działa ale ponoć Milareza była najpewniejsza. Członkowie komisji usiedli naprzeciw Cyprysi, Milareza przed nimi. Ponad jej głową wstawiano w specjalne szyny dwustronne plansze z pytaniami i wersjami odpowiedzi identyczne z obu stron. Ona jedna nie mogła ich widzieć.
Opiekunki znajdowały się wśród obserwatorów siedzących za komisją. Ja tłumaczyłam Totetcie przebieg egzaminu przez słuchaweczki.
Jeden z członków komisji czytał głośno i wyraźnie: Odpowiedź pierwsza ... druga ... trzecia ...,
bywało nawet kilkanaście. Milareza niemal za każdym razem wskazywała prawidłową. Raz powiedziała: proszę szanowni nauczyciele tym razem zaspokójcie moją ciekawość, zechciejcie
przecztać pytanie oraz odpowiedź drugą i trzynastą bo wszak obie nie moga być praw... A są? - spytała Cyprylę i dodała pod adresem komisji - dostojna Cypryla uważa, że obie. Za jej plecami nauczycielka uśmiechała się do Cyprysi dając znak ręką, że odpowiedź jest dobra. Wciąż dawała te znaki, raz na migi poinformowała, że jest źle i chwilę potem Milareza zapytała - tym razem odpowiedź była błędna?
-Skąd wiesz? - Spytał przewodniczący.
-Widzę to w oczach dostojnej Cypryli. Ktoś z mojej prawej strony daje jej znaki.
-Czy wiesz, że twoje odpowiedzi nie zgadzają się ze wskazaniami czytnika drgań? - Pytał dalej przewodniczący.
-Tak, przecież widzę każdy ruch dostojnej Cypryli. Przykro mi to stwierdzić ale dostojna Cypryla usiłuje celowo dawać złe odpowiedzi, to też widzę. Wskazuję te, które naprawdę uważa za prawidłowe. Przy ostatnim pytaniu sama była zaskoczona, że wskazana przeze mnie odpowiedź jest błędna. Zdecydujcie proszę czy jest sens kontynuować egzamin, skoro egzaminowana już nie chce zostać zaliczona w poczet uczennic ... Chwileczkę . Muszę poprosić dostojną Cyprylę o wyjaśnienia.
To chcesz czy nie, dostojna Cyprylo?
... Ale...? Nie to nie jest dobry moment aby zmieniać kierunek. Zresztą nie wiemy czy znów się nie rozmyślisz - Milareza mówiła to grzecznie i z szacunkiem potem zwróciła się w
identyczny sposób do komisji: Proszę dostojni nauczyciele kontynuujmy.
Chwilę się naradzali ale zdecydowali się kontynuować. Chyba byli ciekawi czy wskazania czytnika i Milarezy będą już zgodne. Były. Cyprysia pomyliła się jeszcze dwa razy ale na takie mnóstwo pytań jakie dostała trzy błędy nie miały znaczenia. Ponadto chodziło nie o to czy Cypryla wszystko umie tylko czy jest się w stanie czegoś nauczyć.
Cypryla faktycznie powtórnie zmieniła zdanie i pozostała przy szkole grafików, kto wie czy wpływu na to nie miał przysłany przez Milandera przystojny Badibem mający nauczyć ją i Totettę fotografowania. Oczywiście pod okiem ochmistrzyni - Emriwaldy. Milander za bardzo w zdolności pedagogiczne Amalki nie wierzył a chciał aby Cypryla traktowana przezeń jak córka uczyła się od najlepszych. Badibem nie tylko świetnie fotografował, on już uczył upośledzone dzieci fotografiki. Ostatnio był nauczycielem Irbisa i chłopiec uczynił wielkie postepy. Oczywiście był w inny sposób upośledzony niż Cypryla, raczej umysłowo niż fizycznie ale Badibem był gotów podjąć nowe wyzwanie a Milander finansować konsultacje i samokształcenie Badibema w celu ulepszania metod kształcenia Cyprysi. Totetta uważała, że pewnie uczyłby ich tego nawet gdyby Cyprysia wybrała muzealnictwo, nie umiała jej jednak do tego przekonać a Milareza była teraz zbyt zajęta. W końcu z tego powodu zatrudniono Totettę.
Cieszyło ją, że ma tę pracę mimo, że Cyprysia wydawała się fumiasta. Musiała zarabiać bo mogła dzięki temu pomóc rodzicom i sama się wyżywić a ta praca dodatkowo pomagała jej zdobyć wykształcenie.
Powiedziała wprawdzie Rezerce, że nie jest pewna czy poradzi sobie z rysunkami, miała jednak nadzieję, że tak, przecież zawsze chwalono ją w szkole za rysunki. Ona żadnych egzaminów zdawać nie musiała,wystarczyła opinia ze szkoły, że umie czytać pisać i liczyć. Nawet to, że pisała i czytała pismo zwane śniegulicą zaś w szkole obowiązywało środkowopukatańskie nikogo nie zrażało, gorzej, że nie znała języka karebordżńskiego. Dostała jednak słuchaweczki i moje wsparcie jako tłumaczki. Milander zapłacił czesne także za mnie bo przecież obserwowałam lekcje, wprawdzie z daleka ale jednak. Dodatkowo choć dziewczęta mogły spokojnie robić notatki znanymi sobie pismami, Rezeryka załatwiła dla mieszkanek posiadłości nazwanej Siegridówką lekcje pisma środkowopukatańskiego. Oczywiście dla tych, które go nie znały w tym Totetty. Inne uczennice, które miały tu zamieszkać Totetta uważała za damy, siebie za służącą a jednak Rezeryka nie czyniła między nimi różnicy. Chyba tą tylko, że jej sprawiła trzy stroje szkolne. Cypryla dostała kilkanaście ale Totetta się nie dziwiła, już wiedziała jak często trzeba było przebierać Cyprysię.
___________
 

 

4
O P O W I E Ś Ć G L E N E M Z A Wówczas pomocnika majstra.


Rezeryka nadzorowała montaż windy w starym dworku. Niestety Milander nie podesłał jej "swoich" fachowców bo uważał, że są bardziej potrzebni w jego warsztatach a taki prosty projekt z gotowych elementów, dokładnie rozrysowany to i miejscowi spece są w stanie zrealizować. Coś nie bardzo im to szło, musiała się z nimi użerać, wysłuchiwać, że projekt jest do niczego, wrzeszczeć, że nie nie może być tak jak oni chcą, nawet pokazywać, że jednak da się zrobić to czego ich zdaniem absolutnie się nie da.
Przy mężu nazywanym pierwszym inżynierem Tolimanii sporo się nauczyła i nie bała się sama brać za "męskie prace" W pasiastej sukni i praktycznej fryzurze chronionej czepkiem wyglądała na podrzędną służącą.
Za takową zapewne wzięła ją piękna blondynka, która podeszła by zapytać z kim może pomówić w sprawie zakwaterowania.
-A co nie dali ci w szkole planu posesji? - Zdziwiła się Rezeryka.
-Dostałam plan ale tam - wskazała na "magnoliowy" domek - mieszkają jakaś kaleka i smarkula z opiekunkami. Rezeryką aż zatrzęsło, wszyscy to widzieliśmy. Potem dowiedziałem się, że dziewczyna mówiła o bliskich jej osobach . Na chwilę odwróciła od niej wzrok, chyba najchętniej przyczepiłaby się do jakichś uchybień przy montażu ale akurat szło dobrze. Podała potrzebne narzędzie jednemu z robotników. Już się nawet nie dziwił, że taka
domyślna.
Ten krótki moment pozwolił jej się opanować -Jak masz na imię? - zapytała.
-Symelinda - odpowiedziała dziewczyna - jestem burmistrzanką z Ebredoz - dodała tak wyniosłym tonem, że Rezerykę to rozbawiło.
Burmistrzanka to nie był dla niej tytuł powalający z nóg. Sama była arandą a to znaczyło o wiele więcej. Na dodatek jej mąż był przyrodnim bratem mirona (władcy) Tolimanii. Wyciągnęła z kieszeni mikrołącze chyba ktoś się szybko zgłosił bo wydała polecenie: - Przenieś się do Magnolii, na twoje miejsce pójdzie Symelinda.
Potem zwróciła się do Symelindy - idź do Astra
a gdy dziewczyna się nie ruszyła spytała wrogo - To wszystko? ... Coś jeszcze?
-Wolałabym mówić z kimś kompetentnym.
Wybuchnęliśmy śmiechem a Rezeryka powiedziała - jestem kompetentna. Proszę wykonać polecenie.
Gdy dziewczyna odeszła, burknęła - komu tam przyszło do łba aby tu nadęte burmistrzanki przysyłać?

O P O W I E Ś Ć L U K I P E T E R Y

Potem się okazało, że do domku o nazwie Magnolia udała się nie Ewaldyna lecz Dagrida. Milarezie się spodobała więc nie było powodu tego odkręcać.
Symelinda mimo wielkopańskiej wyniosłości musiała być zupełną fajtłapą bo zgubiła w drodze kufer i przyjechała tylko z podręczną torebką. Rezeryka dała jej spośród swoich sukien dwie dzienne i dwie nocne Ewaldynę spytała czy ma dwa mundurki a gdy się okazało, że tak, jeden kazała oddać. Zaraz potem zamówiła dla niej nowy bo Milander nie był taki jak wszyscy inni mężowie i pieniędzmi kazał jej szastać.
Miał ich sporo, tak jak potomków, którzy już sobie do oczu skakali o to co kto odziedziczy. To go tak denerwowało, że sam też sporo wydawał. Realizował swoje marzenia, zabezpieczał najmłodsze dzieci.
O starsze już dawno zdążył zadbać. Żyły w luksusie mimo to wszystkiego było im mało. Niestety kiedyś jej własny synek zapytał ją czy po śmierci ojca on obejmie jego zakłady przemysłowe.
Odpowiedziała wówczas - ty się ciesz, że masz ojca. A parę dni później odwiedziła z dziećmi sierociniec pod pretekstem oddania wyrośniętych ubranek i niektórych zabawek. Potem tego żałowała bo najchętniej przygarnęłaby wszystkie maluchy. Właściwie stać ją było na to ale czy dałaby im wszystkim swoją miłość? Jedyne co zrobiła to namówiła Milandera aby przyznał sierocińcowi cononestrowe dofinansowanie z jego skarbca i nakupiła potrzebnych rzeczy. Masę rzeczy.
-No niestety - powiedziała Milarykowi - matek i ojców nie mogę im kupić a tego pragną i potrzebują najbardziej. Oczywiście nie powiedziała Milnderowi skąd się wziął pomysł otoczenia opieką sierocińca, miała jednak wrażenie, że on wie.
Mogłaby zamówić mundurek też dla Symelindy tylko po co? Niech się smarkula nauczy szacunku do innych. -Ależ ty jesteś na nią wściekła - zauważyła Emriwalda gdy się spotkałyśmy na babskich pogaduszkach.
- Niech nie tyka moich dziewczynek Przy niej to nawet Cyprysia jest miłą, skromną dzieweczką a ja dobrze wychowaną damą.
-Symelinda przypadkiem zobaczyła jak Cyprysię przebierano w domku Milarezy, pewnie zetknęła się z czymś takim
po raz pierwszy w życiu - wyjaśniła Emriwalda.
-Myślała, że ktoś kto nie chodzi nie wydala?
- W kontaktach z innymi dziewczętami złagodnieje - uspokajała Emri.
-Może.
Rezeryka i Emriwalda znały się od dawna. Dawniej niż ze mną. Zanim Emriwalda została guwernantką Milarezy (a teraz ochmistrzynią Siegridówki) była nauczycielką Rezeryki, przybyłej z kraju o tak odmiennej kulturze, że potrzebowała czasu i wsparcia by się zaaklimatyzować na naszym kontynencie.
Różnica wieku między nimi była niewielka i szybko się zaprzyjaźniły.
Emri kończyła kiedyś szkołę a potem jakiś czas była nauczycielką właśnie tu w Degeden. Była to najlepsza szkoła na kontynencie. Tak uważała Emri.
Plan Milandera co do Siegridówki był taki - zapewnić Milarezie nie tylko mieszkanie ale i towarzystwo dziewcząt na równym jej poziomie, zaakceptował wprawdzie Amalkę lecz bez entuzjazmu, była w jego oczach trzpiotowata gąską, nie pasującą do poważnej Milarezy. Dlatego mimo, że obie były Tolimankami, nie zamieszkały w jednym domku, do Amalki dołączyła Lalotta pragnąca się uczyć śpiewu i gry na instrumentach. Nie miała żadnego, Rezeryka kupiła jej więc mandolinę i zatrudniła jako osobę umilającą czas Cypryli. W sumie z czterech, oddzielnych domków, dziewczęta z opiekunkami zajęły trzy, czwarty o nazwie
"Nasturcja" został dla Rezeryki ale na razie mieszkała w największym, środkowym dworku, zajętym głównie przez Cyprysię i jej świtę. Były jeszcze oddzielne pawilony z kuchnią i pralnią a w budowie potężny kompleks kuchenny dla Milarezy bo żaliła się,że nie umie gotować. Trochę zdaniem Rezeryki przesadzała, przecież umiała upiec kartofle w popiele ale Milander uznał, że już najwyższy czas aby nauczyła sie czegoś więcej..
________________________________________________
Za szczególną perełkę swej biblioteczki Karis uważał pewien pamiętnik. Zastanawiało go dlaczego autorka go zachowała zamiast spalić i zapomnieć. Czyżby przez sentyment do dawnych czasów i dumę ze swej "bystrości" Do niego trafił za pośrednictwem jej bratowej.
***

OPOWIEŚĆ SZAREJ DAMY Z DYLIŻANSU

W dyliżansie siedziało sześcioro pasażerów a jeszcze na siłę chciała się wepchnąć starsza kobiecina wrzeszcząc, że musi jechać na ślub młodszej córki swojej siostrzenicy bo Meliwaretta jej nie wybaczy jak nie pojedzie. Miejsce w zasadzie było, na siłę znalazłyby się nawet dwa.
Jedno czekało na burmistrzankę z Ebredoz, a pewien tęgi jegomość zajmował dwa. Stangret kazał mu się posunąć.
-A nie mogę usiąść narazie tutaj? - Kobiecina usiłowała zająć zarezerwowane miejsce.
-Nie - odrzekł zirytowany stangret -nie ruszymy aż paniusia albo się usadowi tam gdzie kazałem albo opuści dyliżans. Zarezerwowane miejsce ma być wolne. Ja się nie będę z paniusią kłócił w Ganwali (stamtąd mieliśmy zabrać burmistrzankę) . Paniusia jest nadprogramowa i ma siadać gdzie każę.
-Zapłaciłem za dwa miejsca - denerwował się jegomość.
-To za jedno paniusia panu zwróci.- Stangret podał zawyżoną cenę.
Kobietka zaprotestowała bo dobrze wiedziała ile zapłacić powinna.
-Tak ale miejsce nie było wcześniej uzgodnione - odrzekł stangret.
-Nawet wygody nie będę miała siedząc przy takim grubasie.
-Pani się liczy ze słowami - krzyknął jegomość
- i tak nie zapłaci mi pani za całą podróż.
-Bo nie całą będzie się przy panu cisnęła - odpalił stangret.
Do kłótni włączyło się jeszcze troje pasażerów, których denerwował ten nieplanowany postój.
Milczałam tylko ja, udając, że drzemię i młody rudzielec obok mnie.
Kobiecina uznała, że właśnie on powinien się przesiąść do jegomościa bo nie zajmie dużo miejsca. Zbył tę uwagę milczeniem, w końcu sama musiała tam usiąść ale jegomość na żądanie łaskawie ustąpił jej miejsca przy oknie, wypominał to jednak i kłócili się z aż do Ganwali.
Potem ich uwagę odwrócił duży, napakowany kufer burmistrzanki, który wymknął się z rąk tragarzy i otworzył ukazując światu zawartość. Dużo nie obejrzeliśmy bo było tam wiele, praktycznie uszytych toreb, wypełnionych rzeczami.Służba natychmiast rzuciła się by je pozbierać i poukładać. Jegomość i cioteczka zgodnie pyskowali burmistrzance a ta nie była im dłużna. Korzystając z okazji rudzielec zgrabnie uwolnił mnie od torebki. Nadal udawałam, że śpię ale postanowiłam mu tego nie darować, choć akurat tam miałam tylko podręczną ilość pieniędzy, grzebień, chusteczkę i coś tam jeszcze, widziałam komu ją wcisnął , za jakiś czas mi ja podrzucił.
Wkrótce zmieniono konie i stangreta, kłótliwa kobiecina też wreszcie wysiadła a jegomość się uspokoił. Wszyscy byli już zmęczeni. I wtedy zerwałam sie jakby nagle obudzona. W udanym pośpiechu nadepnęłam rudzielcowi na nogę podkutym obcasem.
-Gdzie jesteśmy? - krzyknęłam do stangereta.
-Wjeżdżamy do Czitade - uprzejmie poinformował jegomość w chwili gdy zręcznie uwalniałam go od sakiewki. Zastukałam laseczką w przednią szybę. Dyliżans zatrzymał się w rynku.
Stały tam dorożki, wezwałam jedną, woźnica dyliżansu i dorożkarz przenieśli mi bagaż. Przez chwilę widziałam pełne niedowierzania spojrzenie jegomościa. Jeszcze bardziej się zdziwił gdy wyciągnęłam z kieszeni płaski pulares i dałam napiwki. Szczodre, ostatecznie stać mnie na to, Takich pularesów mam więcej. Kupiłam specjalnie po to aby porozkładać pieniądze. Nie wiem jak szybko się zorientował, że nie ma sakiewki . W każdym razie nikt za moją dorożką nie jechał. Za pokój w hotelu zapłaciłam z góry za trzy dni ale nie zostałam tam długo. Przebrałam się w najskromniejszą z sukien burmistrzanki, uwolniłam włosy spod czepka zmyłam z twarzy postarzający makijaż, zabrałam z kufra to co mi było potrzebne, zwłaszcza torby bo spodobały mi się zaraz gdy je zobaczyłam, co prawda posłużą mi tylko chwilę, jednak na tę chwilę są mi potrzebne, większość zabranych rzeczy też wkrótce wyrzucę. Resztę zostawiłam nie łaszcząc się na żadne kosztowności, nawet piękne guziczki i klamerki bo przecież i tak nie mogłabym ich zachować. Spakowałam też rzeczy, które miałam na sobie w oddzielną torbę, tych muszę się pozbyć w pierwszej kolejności,zwłaszcza czepka. Zrzuciłam to do ogrodu. Zeszłam z jedną torbą, zbyt cenną zawierającą zawartość bym ryzykowała zrzucenie. To była elegancka torba burmistrzanki, wyciągnięta ze szmacianej gdzie były tez inne rzeczy pasujące do kompletu w tym pantofle, które założyłam, wypchawszy czubki haftowanymi chusteczkami.
Gdy byłam już przy recepcji nadjechała dorożka, pochłaniając uwagę recepcjonistki. Cicho, spokojnie wyszłam do ogrodu , w świetle latarni zobaczyłam gramolącego się jegomościa, za nim wyskoczył rudzielec.
Mnie krył mrok. Pośpieszyłam się by zabrać torby nim przybysze dostaną się do wynajętego przeze mnie pokoju. Potem wzdłóż muru szukałam miejsca gdzie najbezpieczniej mogłabym przeskoczyć przez płot a potem wciągnąć na lince schowanej w jednej z toreb bagaże. Nie musiałam, znalazłam wyrwę, chyba nikt mnie nie zauważył. No i mam nadzieję, że burmistrznka szybko się nie spostrzeże. Muszę jak najszybciej gdy tylko zacznie się dzień obkupić się na ryneczku a potem zmienić strój fryzurę, buty i torby jeszcze ze dwa razy. Jutro a najpóźniej za dwa dni zaczynam życie cnotliwej, uczciwej panienki. Stać mnie na to.


Spisane na podstawie rozmów

Ewaldynie w przeciwieństwie do Symelindy wszystko układało się znakomicie. Nawet z ojcem się ostatnio pogodziła i zawarli układ, że jeśli sama nie znajdzie pracy biurowej to wraca wspierać rodzinny biznes śpiewem i grą na tamburynie, taniec towarzyski z powodu, którego uciekła z domu, wykluczony.
Dowiedziawszy się, że dotychczasowa szkolna sekretarka odchodzi, natychmiast zgłosiła gotowość podjęcia tej pracy a równocześnie by zwiększyć swoje szanse zapisała się na wyższy kurs biurowości.
Miała rację. Eneroze natychmiast po tym zgłoszeniu odrzuciła konkurencyjne podania.
Wezwał ją do siebie - Zarekomendowałam Cię mojej dawnej nauczycielce Emriwaldzie - oświadczyła i moment czekała, chyba na jakieś pytanie ale nim się Ewaldyna zorientowała kontynuowała: To była taka dziwna historia. Kiedy nasz kurs kończył naukę przyjechał Milander aby sobie wybrać spomiędzy nas nauczycielkę dla żony.
-Żony? - Zdziwiła się Ewaldyna.
-No tak ożenił się z dzikuską, którą trzeba było wszystkiego uczyć na nowo. Rozmawiał z każdą z nas. A wiesz kogo wreszcie wybrał? ....Emriwaldę. Byłyśmy na nią złe. Muszę jednak przyznać, że wcale się nie pchała i była zdziwiona. Myślę, że szczerze. Ówczesna dyrektorka to właśnie mnie polecała na to stanowisko, wtedy byłam rozczarowana ale dostałam posadę po Emriwaldzie a potem dorobiłam jeszcze kurs zarządzania i nie mogę na swój los narzekać. Emriwalda z czasem została nauczycielką najstarszej córki Rezeryki ... to znaczy czcigodnej żony znamienitego Milandera i teraz ta mała będzie u nas kończyć kurs biurowości. Przebudowują dla niej starą posiadłość, nazwali ją Siegridówka. Niezbyt mnie zachwyca to jak to robią ale Emriwalda przekonała mnie, że to jednak nie będzie jaskinia rozpusty. Dziewczęta będą mieszkać po dwie w oddzielnych domkach ale w każdym będzie też zakwaterowana nauczycielka mająca na nie oko. Pomyślałam, że mogłabyś też tam zamieszkać.
-Chyba mnie na to nie stać ...
-A wyobraź sobie, że zakwaterowanie i wyżywienie dla dziewcząt jest bezpłatne. Zarobione pieniądze będziesz mogła zainwestować w stroje co powiedzmy szczerze, bardzo ci się przyda. Dyrektorka miała rację. Ewaldyna odzieży miała mało i lichą. Ojciec nie pozwolił jej zabrać tej, którą nazywał roboczą a robocze stroje w jej rodzinie były takie jak u wielu odświęte.
Nie tylko mieszkanie ale nawet wyżywienie w Siegridówce miało być darmowe tylko trzeba było trochę pomóc w pracach domowych.
W dodatku mieszkanie okazało się luksusowe. Na posesji było pięć pawilonów.
Wielki, środkowy nosił nazwę Sasanka po jednej jego stronie stały Magnolia i Nasturcja, po drugiej Piwonia i Aster. W Astrze miała zamieszkać Ewaldyna z koleżanką i jakaś nowa nauczycielka. Potem okazało się, że nauczycielka będzie mieszkać u rodziny a pierwotnie zakwaterowaną Dagridę zastąpi Symelinda. Ewaldynie żal było Dagridy ale rónocześnie cieszyła się, że to nie ona musiała się przenieść.
Mało brakowało. Zdążyła już nauczyć Dagridę obsługiwania milanderłącza i podekscytowana koleżanka wyprzedziła ją do aparatu. Rezeryka nie widząc rozmówczyni, była pewna, że rozmawia z Ewaldyną i kazała jej się przenieść. Przy kolacji przyznała się do błędu i dodała,że niech tak już zostanie aby nie było zamieszania.
Jedno się na razie nie spodobało Ewaldynie. Musiała oddać Symelce jeden ze swoich dwóch mundurków szkolnych i to chyba już na zawsze bo trzeba było spódnicę podłużyć. Pomyślała że nim dorobi się następnego trzeba będzie częściej prać jedyny jaki jej został i dosuszać żelazkiem.
Perspektywa lepsza niż ewentualne szukanie nowego lokum, zapewne gorszego i nie dającego szans dorobić się czegokolwiek. Nie mogła Rezeryce odmówić.
Rankiem zdarzyła się druga rzecz, która się Ewaldynie nie spodobała. Musiała się myć w ubikacji gdzie na szczęście była umywalka bo inaczej spóźniłaby się na pierwsze zajęcia.
Dobijanie się do łazienki było bezskuteczne, co najwyżej irytowało Symelkę.
Prawie kończyła sie myć gdy to Symelka zaczęła się dobijać krzycząc, że nie wytrzyma.
Ewaldyna udawała, że nie słyszy.Gdy wreszcie otworzyła drzwi ujrzała, że Symelka jest sina, wściekła i skulona jakby ją bolał żołądek.
- fuj, ale nachlapane - krzyknęła nieszczęsna.
-Zaraz sprzątnę, a nie możesz iść do sąsiedniej ubikacji? - zapytała udając zdziwienie. Poprzedniego dnia pokazała jej ubikację ale jedną bo chodziło o to by zademonstrować jak się spuszcza wodę.
Trzeba trafu, że była to akurat ta w której się dziś myła. Poprzedniego dnia Dagrida zdążyła obejrzeć sobie wszystko, oprócz zakluczonego pokoju dla naczycielki, nawet zamaskowany odsuwaną ścianką awaryjny sedes w łazience przy pokoju dziewcząt. Symelki już się nie chciało Ewaldynie tak dokładnie instruować.
Nie pomyślała, że wszystko jest ważne. No i dobrze, to się Symelce należało.
Gdy wreszcie wszystkie osiem zebrały się przed pawilonem numer jeden w oczekiwaniu na powóz, z uczuciem lekiej zazdrości popatrzyła na stroje Milarezy, Totetty i Cypryli. Materiał był najlepszego gatunku i wszystko aż do najdrobniejszych detali znakomicie uszyte. Milareza uśmiechnęła się do niej a Dagrida podbiegła aby się przywitać.
-No i jak się mieszka? - Spytała ją Ewaldyna.
-Wspaniale, Emriwalda jest całkiem dorzeczna a Milareza wręcz wyczulona na cudze potrzeby.
Wczoraj i tak siedziałyśmy w "Sasance", najpierw w kuchni, potem u Cyprysi. To zdumiewające jak Milareza z się z nią dogaduje. Jestem pod wrażeniem.
Powóz okazał się dużą gablotą z wygodnymi siedzeniami. Denerwujące było to, że jeszcze bez zaprzęgu.
Milareza wprowadziła wózek z Cyprysią korzystając z windy.
Amalka wchodząc przepuściła przed sobą Lalottę. Wsiadły wszystkie.
-Czy ona też jedzie do szkoły? - Symelka wskazała na Cyprysię. A kto ją będzie przebierał jak się zafajdoli? Cyprysia poruszyła sie nerwowo acz nieskładnie.
-Nie ty Symelindo z Ebredoz - odpowiedziała pobladła Milareza i przeszła na tył pojazdu.Usiadła w wysokim fotelu a one siedzialy tyłem do niej.
-No coś ty, obraziłaś się? - Zreflektowała się Symelka.
-Prowadzi powóz - odpowiedziała Amalka.
- Nie widzę, żadnych koni - zaniepokoiła się Ewaldyna. Niepokoiło ją to, że zbierają się tak długo. No przecież zaprzężenie musi potrwać, pewnie szybciej by dobiegła. Nagle spostrzegła, że gablota się przemieszcza i robi to tak płynnie jakby sunęła w powietrzu. Dotarły na czas.
O dziwo w tym arlu , uczennic na kursie biurowości było dużo więcej niż dawniej ale tych z wyższego kursu tylko pięć i żadnej z nich Ewaldyna nie znała. Wszystkie z jej kursu przynajmniej na razie zadowoliły się niższym etapem nauki bo przecież mimo, że uczyły się tego samego co chłopcy w szkole urzędników to i tak nie mogły liczyć na funkcję lepszą niż sekretarka, przepisywaczka, protokolantka czy rachmistrzyni. Na razie zebrano je wszystkie razem. Ewaldynę przedstawiono jako szkolną sekretarkę.
Zapytano pozostałe dziewczęta czy któraś chciałaby opowiedzieć coś o sobie. Zgłosiła się Symelinda. Powiedziała, że jest burmistrzanką, córką burmistrza Ebredoz w państwie Ąrębimara. Ewaldyna zdążyła pomyśleć - oby tylko nikt nie zapytał gdzie leży Ąrębimara - a już wyrwała się jedna z młodych - a gdzie się znajduje Ąrębimara?
Ewaldyna czuła, że zaraz zostanie zapytana. Znała mnóstwo państw, myślała nawet, że wszystkie, ale Ąrębimary nie. Szkoda, że nie zapytała wcześniej Symelki skąd pochodzi.
Dagridę wypytała o takie sprawy ale z Symelką były inne tematy do rozmowy, zwłaszcza jej zaginiony bagaż.
Milarezo - zwróciła się na szczęście nie do Ewaldyny kierowniczka szkoły - Ty bywasz chyba wszędzie, wyjaśnij koleżankom co to za państwo. Milareza uśmiechnęła się figlarnie i Ewaldyna poczuła, że kocha ją za ten uśmiech.
- to właściwie część Haberlandów ... - zaczęła ale Symelinda wpadła jej w słowo - O nie! To Haberlandczycy tak twier... -wykrzyknęła i zaraz została ukrócona przez Luriduteę - Teraz odpowiada Milareza. A zatem Ąrębi... to część Haberlandów. Ta informacja nam narazie wystarczy. Nie mamy tu mapy.
-Chętnie wyrysuję - zadeklarowała się Milareza.
- Nie trzeba. Wiemy gdzie leżą Haberlandy, a jeśli ktoś nie wie to jeszcze się nauczy. A tak na przyszłość, jeżeli chcecie się zgłosić do odpowiedzi unieście dłoń do góry
-A co ty nam o sobie powiesz? - zwróciła się do innej dziewczyny.
-------------------------
Potem na specjalnych formularzach zapisywały się na zajęcia nazywane nieobowiązkowymi bo można je było sobie wybrać.
Kierowniczka obejrzawszy formularz Milarezy powiedziała - czy ty dziecko nie przesadzasz? Nie dasz rady, przecież masz pod opieką Cyprylę a na dodatek pracujesz.
-To prawda ale moją pracę mogę sobie sama rozplanować a Cyprysia ma teraz nową opiekunkę a zarazem towarzyszkę.
Dało się zauważyć, że Milareza nie marzy o pracy sekretarki, już prędzej protokolantki bo wybrała zajęcia związane z prawem karnym.
-A co ty dziecko chcesz być sędzią? - Zażartowała Luirduetea - o ile wiem pracę masz raczej biurową.
-Tak ale prawo mnie zawsze interesowało a teraz chyba chcę zostać detektywem.
-O wiele lepiej pasujesz do biurka - odpowiedziała Luirduetea - mam nadzieję, że z tego detektywa jeszcze wyrośniesz.
-Ona i detektyw - zakpiła rozmawiając z Ewaldyną sam na sam.
Podobno wczoraj podczas swojego dyżuru w kuchni pytała ile to dokładnie jest szczypta. Masz pojęcie? A jak jej Mezgechemeza kazała nalać do garnka 2/3 wody to najpierw zapytała jakiej miary dwie trzecie a potem lała powoli aby nalać w sam raz ale wiesz co?
Podobno nalała idealnie 2/3 garnka. Mezgechemeza z ciekawości zmierzyła. No dobra. Weź formularze i zrób listy dziewcząt zapisanych na poszczególne zajęcia. Tylko się nie pomyl. Możesz wziąć do domu, w końcu to żadna tajemnica.
Nie wszystko tego dnia Ewaldynę cieszyło, na przykład informacja, że Luridutea wie co się dzieje w kuchni Siegridówki nie. Były też jednak radosne sprawy. Rezeryka poinformowała ją, że zamówiła dla niej kompletny strój szkolny u Merindy czyli najlepszej krawcowej w okolicy i podała jej termin najbliższej przymiarki.
-Nie dawałam Symelce narzutki - wyjaśniła.
-To daj.
-Kiedy nie mam.
-No to będziesz miała - odpowiedziała Rezeryka - a teraz inna sprawa. Czy zgodzisz się przyjąć
obowiązki nadzorczyni domku?
Ewaldynie wcale nie było to w smak ale postanowiła robić wszystko aby nie stracić mieszkania i związanych z nim bonusów, zgodziła się więc.
-Wobec tego przeniesiesz się do drugiego pokoju. Jest mniejszy od tego, który zostawiam Symelindzie Może się to wydawać niesprawiedliwe ale pewnie kogoś do was dokooptuję to zamieszka z Symelką.
Za ten oddzielny pokój warto było się zgodzić na nadzorstwo.
-Wiesz, że jutro wasz domek ma dyżur w kuchni? - spytała Rezeryka.
-Wiem. Tylko, że jaaa ... Nie umiem gotować.
-Mizunia też bo Orbort ją nam zabrał gdy zabierał Cyprysię a on o takie rzeczy nie dbał. Milander sam opłacił dla Mizuni guwernantkę. Orbort dbał tylko o to by miała co zjeść.
Ewaldyna udawała, że wie kto to jest Orbort ale w rzeczywistości wiedziała jedynie, że władcą Tolmanii jest miron Lanbort.
- A jak to się stało, że ciebie nie nauczyli gotować? - Ciekawiła się Rezeryka.
-Pracowaliśmy całą rodziną przy organizowaniu imprez i jadaliśmy na imprezach albo to co nam na ich zakończenie dali gospodarze a kiedy nie było imprez żywiliśmy się suchym prowiantem albo w gospodach za zarobione pieniądze bo domu też nie mieliśmy, tylko wozy aby się przemieszczać w nowe miejsca.
-To ciekawie.
-Miałam tego dość. Zwłaszcza tańczenia z uczestnikami imprez. Bywali ordynarni i zachwyceni sobą.
-No tak. Ja w zasadzie prowadzę podobne życie tylko, że my nie organizujemy imprez a przemieszczamy się pojazdami latającymi. Będę tu często bywać
 

 

5


spisane na prośbę Karisa

Co tu robisz? - Spytała wzburzona dziewczyna.
-Składam pościel - Odpowiedziałam - chyba widać?
-Będziesz tu z nami mieszkać?
-Nie, przenocowałam. Masz coś przeciwko temu?
-Nie, jak na jedną noc ...
-Na dwie. Przyjechałam przedwczoraj wieczorem. Kierowniczka bursy powiedziała, że pod most mnie nie wyśle.
-Sama przyjechałaś?
-Nie, brat mnie przywiózł pożyczoną furmanką.
-Mnie przywiozła mama ale siedzi teraz u kierowniczki - dziewczyna stwierdziwszy, że nie będę tam mieszkać zmieniła ton na bardziej ugodowy. Nawet się przedstawiła - Jestem Tarimargora z Abot , umówiłyśmy się z dziewczynami, że będziemy mieszkały tu razem, dlatego trochę się zdenerwowałam. Mamy to miejsce zamówione i zaklepane. Kierowniczka chciała mnie teraz wysłać do jakiegoś ekskluzywu w Siegridówce ale ja tam wolę być ze swoimi koleżankami niż sferami. Sferom musisz się kłaniać i uważać co mówisz a ja jestem prosta dziewucha, co w sercu to na języku.
-Nie przyjechałaś razem z koleżankami?
-Nie, nie jesteśmy sąsiadkami. Poznałyśmy się tutaj, na kursie wstępnym. Ty jesteś wstępniaczka?
-Nie. Zaczynam od razu od niższego kursu.
- No to będziemy razem.
-Chcesz jabłko? - Spytałam. Przywiozłam z domu cały kosz i oczywiście nie byłam w stanie sama zjeść.
Kierowniczka bursy wezwała mnie na rozmowę. -Słuchaj, ty zdaje sie znasz obce języki? -Upewniła się.
-Tak - przyznałam.
-Tolimański też?
-Niestety nie.
-Nie szkodzi, oni tam znają karebordżański. Przeniesiesz sie do Siegridówki. To taka posiadłość w okolicach Degedenu. Nie będzie problemu z dojazdem do szkoły.
Będziesz mieszkać z inną Karebordżanką - Ewaldyną. Bardzo miła dziewczyna, na pewno ci się spodoba. Spakuj się bo ktoś stamtąd po ciebie przyjedzie.Nie powinien czekać.
Gdy wróciłam do pokoju, jabłka były już prawie zjedzone przez dwie dziewczyny i matkę jednej z nich.
Pomyślałam, że to trochę nieładnie ale przynajmniej mój bagaż się zmniejszy i zelżeje.
Przywitałam się, przedstawiłam, wyjęłam pozostałe jabłka z kosza i położyłam na stół.
Oczywiście mnie też wzajemnie sie przedstawiono. Druga dziewczyna nosząca imię Kraspanea powiedziała, że ona gdyby ją ktoś zapytał poszłaby do tej Siegridówki, zignorowałam to zaś Tarimargora się oburzyła na przyjaciółkę
- No wiesz! Świnia jesteś.
Bardzo chciałam jechać do Siegridówki. Ojciec tłumaczył niedawno na karebordżański jakiś list czy biuletyn o wspaniałych milandryjskich urządzeniach. Matka twierdziła, że to są takie same bzdury jak to, że bratowa mirona Tolimanii nie potrafi nawet dziury załatać a teraz miałam szansę sama to sprawdzić.
Gdy pojazd z Siegridówki już nadjechał a ja do do niego wyszłam, zjawiła się kierowniczka z Tarimargorą powiedzieć, że jednak ja zostaję zostaję bo Tarimargora zdecydowała się jechać. Szczęściem dziewczyna wystraszyła się pojazdu bez koni a gdy się wahała czy biec po bagaże, powożąca dama zwróciła się do mnie - spakowana? Skinęłam głową. Dama wysiadła i pomogła mi ładować bagaże. Po drodze powiedziała - nie chciało mi się czekać. Koleżanka mogła się wcześniej zdecydować a nie zawracać ludziom głowę a zresztą piszczałaby mi po drodze na widok każdego drzewa i przechodnia. Bez obaw na nic nie najedziemy. Widziałam, że ci dali zapasy jedzenia z domu. Musiało być tego sporo, skoro jeszcze zostało.
-No tak - przyznałam.
-Nie będą już potrzebne, wyżywienie i zakwaterowanie masz za darmo.
To była dobra wiadomość bo trzeba przyznać, że wyposażenie mnie i czesne sporo rodziców kosztowało. Nie zamierzali mnie wysyłać do szkoły, odkładali pieniądze na naukę jednego z moich braci. Ojciec zmienił zdanie tylko dlatego, że zobaczył jak się przekomarzam z kolegą przed sklepem. Uznawszy, że przyłapał mnie na flircie i to z byle stolarczykiem postanowił radykalnie uciąć tę znajomość.
Na próżno starałam się mu to wytłumaczyć. Im bardziej prosiłam aby zaniechał swego pomysłu, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że ma rację. Rodzeństwo było na mnie obrażone. Siostra powiedziała nawet, że zrobiłam to specjalnie abym to ja pojechała się uczyć a nie ktoś inny a teraz tylko udaję, że nie chcę jechać. Matka nie stanęła w mojej obronie tylko mówiła - ucz sie na aptekarkę to będziesz damą jak Arida Ceduszanka. Oboje rodzice ukradkiem dali mi nieco pieniędzy na pierwsze potrzeby, matka szepnęła przy ty coś ciekawego - ucz się dziewczyno, przynajmniej nie będziesz taka zależna od męża jak ja. Ojciec jej nie zaskoczył - jeszcze mi kiedyś podziękujesz - powiedział - nie słuchaj matki, nie idź na aptekarkę. Szlifuj języki. Zostań lepszą tłumaczką niż ja i uważaj bo jak się dowiem, że flirtujesz ... - tego już nie dokończył, może sam nie wiedział co zrobiłby w takich okolicznościach.
Gdyby oboje rodzice byli zgodni co do wyboru szkoły to jak przystało na grzeczną córkę poszłabym za ich radą ale, że ich zdania były odmienne wybrałam to co mnie pasowało czyli szkołę nauczycielską.
Przeraziłam się swą decyzją gdy zobaczyłam plan zajęć obowiązkowych. Były tam lekcje umuzykalniania i mniejsza o to bo śpiewałam jako tako ale rysunki i robótki mi nie szły. Wypełniłam formularz zajęć dodatkowych wybierając dwa języki obce, których się dotąd nie uczyłam - tolimański i spokrewniony z nim haberlandzki.
Przedtem jednak zostałam radośnie przywitana przez Kraspaneę i przedstawiona takiej ilości dziewcząt, że narazie nie byłam w stanie ich spamiętać. Szkoda byłoby przejść do innej szkoły jako osoba kompletnie nikomu nie znana.
W dodatku tak się w szkole nauczycielskiej spodobałam kierowniczce, ze względu na zdobytą w domu wiedzę, że uczyniła mnie swoją przyboczną.
-----
Milareza trochę mnie rozczarowała. Na podstawie licznych przeczytanych książek nabrałam przekonania, że wszystkie utytułowane panny są wyjątkowo piękne. Milareza może i szczególnie brzydka nie była ale niska no i szatynka a nie olśniewająca rudowłosa albo blondynka czy brunetka. Nic szczególnego po za ujmującym spojrzeniem.
-Ja też chciałam zostać nauczycielką - wyznała - gdy byłam mała to nawet dużo się bawiłam lalkami w szkołę. Potem jednak pomyślałam, że jestem stanowczo za niska i uczniowie nie traktowaliby mnie poważnie.
Milareza wciąż miała lalki. Na jej półeczce obok ksiąg siedziała na kanapie miniaturowa para. On sporo starszy od niej. Lalki znakomicie odwzorowywały ludzi i miały naturalne pozy, kobieta trzymała na kolanach dziecko. Uważałam, że w naszym wieku lalki są infantylne, nie od razu więc spostrzegłam, że lalka- kobieta to Rezeryka.
Za to książki Milarezy w pięknych oprawkach zdawały się świadczyć o poważnych i nie banalnych zainteresowaniach aż wstyd było ustawić swoje, nieco podniszczone romansidła. Miałam nadzieję, że książki Milarezy stanowią jedynie ozdobę półki. Wydawały się nowiuteńkie.
Szybko zauważyłam, że arandeta z nich korzysta n.p. z księgi adresów urzędowych a nawet ją uzupełnia prześlicznym pismem na podstawie biuletynu i elegancko dokleja nowe kartki.
Pisała listy w sprawie zaginionego bagażu Symelindy używając pisma środkowopukatańskiego.
Pomyślałam: Czego ona chce się jeszcze nauczyć w tej szkole?
Pisała do konkretnych urzędników wplatając grzecznościowe wzmianki n.p.: Ponieważ z górą 10 arli pełnisz rolę naczelnika poczty, ufając Twemu doświadczeniu ośmielam się prosić ..
Albo : Gratuluję nominacji na naczelnika transportu ufając, że okaże się ona wielce korzystna dla całego okręgu a przy okazji śmiem prosić...
Czasem na płytce wtopionej w swoje biurko pisała jakiś znak "śniegulicą" a obok
pojawiał sie jego odpowiednik w piśmie "środkowopukatańskim. Dopisywała go do tekstu i pisała dalej.
Kładła te listy na specjalnym pulpicie, przyciskała guziczek a potem wkładała do tuejek a tulejki do przegródek torby.
- Nie wysyłasz tego? - Zdziwiłam się.
-Sama rozwiozę, to nie zajmie mi wiele czasu.
-A gdybym ja chciała napisać list do rodziny?
-To pojutrze będzie na miejscu. A chciałabyś ją odwiedzić?
-Chciałabym ale to nie byłoby rozsądne. Najlepiej byłoby dostarczyć list do Porperty a stamtąd niech sobie idzie normalną pocztą.
-A nie wolałabyś dostać od razu odpowiedź?
-Nie. Chodzi tylko o to aby ich powiadomić, że nie płacę za mieszkanie i nie muszą przysyłać pieniędzy.
-Coś złego między wami zaszło?
-Ojciec posądził mnie o coś czego nie zrobiłam ... konkretnie o flirt. Gdybym tam teraz poleciała drżałby, że odwiedzam tego kolegę.
Powiedziawszy to trochę się ośmieliłam i zapytałam - a ty dlaczego tu przyjechałaś?
Tak postanowiono na naradzie rodzinnej ale już wcześniej nagabywałam o to prześwietnego ojca. Co prawda myślałam wówczas raczej o jakiejś szkole plastycznej. Chciałam wyjechać z Sarinei bo prześwietna Grisolda zaczęła napomykać, że mnie komuś wyswata. Czym prędzej przeprowadziłam rozmowę z prześwietnym ojcem o tym, że chcę się uczyć. On oczywiście zorientował się, że chodzi o co innego toteż powiedziałam mu prawdę i wyjaśniłam, że nie czuję się gotowa do zamążpójścia, przecież nawet nie umiem gotować.
Powiedział, że gotowanie to najmniejszy problem ale skoro nie czuję się gotowa to on mnie spod opieki prześwietnego dziadka wyrwie. No i wyrwał. Domyślasz się już zapewne skąd się wzięły te dyżury w kuchni?
-A jak u ciebie z szyciem i robótkami? - Zainteresowałam się.
-Bez problemu. Uwielbiam spotkania przy robótkach chociaż zwykle siedzę sobie w kącie i słucham co opowiadają starsze damy. To bywa bardzo ciekawe.
Nie interesowała się jak ja sobie z tym radzę za to Rezeryka wkrótce zapytała czy nie chciałabym brać lekcji szycia.
-Wiesz ja sama to się na tym nie znam - wyjaśniła - zawsze głupio się czuję na damskich spotkaniach i unikam ich jak ognia, pomyślałam więc, że gdyby cię Milareza chciała na takie ciągać to dobrze byłoby abyś coś tam umiała.
-Tak, pomyślę o tym ..
-Ja zapłacę i znajdę ci kogoś z kogo uczennice są zadowolone i mają osiągnięcia.
-Nie chciałabym nadużywać ...
-Istotne jest tylko to czy chcesz brać te lekcje. Ja sama pewnie miałabym opory gdyby mi ktoś proponował ale ty jesteś młodsza. Nie proponuję ci robótek bo i tak są obowiązkowe w twojej szkole...
No chyba, że chciałabyś brać dodatkowe lekcje to nie ma problemu. Dla mnie to nie jest poważny wydatek a mąż jeszcze mnie zachęca do rozrzutności. Sprawisz mi przyjemność jeśli przyjmiesz propozycję.
-Byłabym wdzięczna - zdecydowała się - bo te zajęcia mogą być dla mnie poważnym problemem.
-Miło wiedzieć, że nie tylko ja mam z tym problem -odpowiedziała Rezeryka z uśmiechem. Może i nie umiała załatać dziury ale bardzo mi się spodobała a myśl o mężu zachęcającym do rozrzutności wydała mi się rozkoszna. Zaczęłam o takim marzyć.
-Gdy zamieszkałam na tym kontynencie - mówiła dalej Rezeryka - miałam wrażenie, że dziergać i szyć potrafią wszystkie tutejsze kobiety a ja jestem w ich oczach dziwolągiem. Szczęściem mój mąż zawsze mnie wspierał.
-Cudowny - pomyślałam.
List do rodziny napisałam dość oficjalny - Dostojny ojcze, dostojna matko, szacowni bracia i siostro. Przyjechałam bez przeszkód, żywności mi wystarczyło.
Zakwaterowano mnie w Siegridówce należącej do prześwietnej Rezeryki, żony Milandera syna atela Orborta i brata mirona Lanborta. Mieszkam w jedym pokoju z ich córką Milarezą i nie muszę płacić za wyżywienie i utrzymanie dlatego odsyłam Wam te pieniądze, których nie wydałam i już mi nic nie musicie przysyłać. Z poważaniem Wasza uniżona córka i siostra Dagrida.
Milareza jak to ostatecznie ustaliłyśmy nie zawiozła listu na pocztę tylko do miejsca pracy mego ojca.
Miała na sobie damski strój posłańca poczty tolimańskiej ponieważ właśnie jako posłaniec, mniejsza o to, że swój własny, latała w różne miejsca.
Choć opisałam Milarezie wygląd ojca denerwowałam się czy arandeta nie pomyliła go z jego wspólnikiem, mogli przecież zamienić się dyżurami. Milareza od ręki narysowała portret mojego ojca.
-Ależ ty masz talent - zachwyciłam się - to ty powinnaś iść do szkoły nauczycielskiej.
-Nie, moja mi w zupełności odpowiada a kiedyś założę sobie takie biuro jak ma Twój ojciec - odpowiedziała.
-Rozpakował przy tobie list?
-Nawet przeczytał i wyglądało na to, że jest mu przykro.
-Ależ ja nie napisałam tam nic takiego aby mogło mu być przykro.
____________________________________________________

wspomnienia siostrzenicy

Ciocia Zulare zaczęła pierwszą swoją lekcję z nowymi uczennicami standarowo - od przepytania.
Powinny od razu wiedzieć, że mają być na lekcję przygotowane.
Dziewczyna z pierwszego rzędu stolików przyglądała jej się z przyjaznym uśmiechem. Ciocia też miała chęć się do niej uśmiechnąć wbrew własnej zasadzie - żadnej poufałości. Starała się więc na nią nie patrzeć, nawet nie otaksowała jej stroju a lubiła tym w lepszych stawiać na powitanie złe noty choć to nie sprzyjało jej karierze.
Niektóre się zgłaszały, te ignorowała. Za każdym razem zgłaszała się ta uśmiechnięta z pierwszego rzędu. Podnosiła rękę w takim momencie gdy ciocia odwracała głowę w tę stronę gdzie ona siedziała. Niezbyt wysoko ją podnosiła i na krótko ale ciocia zawsze widziała moment podniesienia.
Potem "Uśmiechnięta" szykowała pióro. Uważnie maczała w kałamarzu, usuwała nadmiar atramentu o jego brzeg, układała na podstawce ale prawie go nie używała.
Jeszcze dwie dziewczyny często się zgłaszały. Wyciągały ręce wysoko, poruszały palcami, unosiły się z siedzeń. Na próżno.
Ciocia czekała na moment gdy nie będą znały odpowiedzi i pytała inne.
Zaczęła od wystraszonej dziewczyny z trzeciego rzędu po pierwsze dlatego, że była wystraszona, po drugie dlatego, że miała wyhaftowany znak na żakiecie zapewne odpowiadający jej imieniu.
Oczywiście dziewczyna nie znała odpowiedzi.
-Zapisz swoje imię na tablicy i postaw przy nim poziomą kreskę - poleciła ciocia, tak, haftowany znak oznaczał imię tej uczennicy - Dziewczyno czy ty nie wiesz co o jest poziom?
Uśmiechnieta poparzyła na nauczycielkę z wyrzutem.
Od pewnego momentu zaczęła się zgłaszać dziewczyna z ostatniego rzędu, zdaniem cioci najpiękniejsza na kursie. Ponieważ była biednie ubrana ciocia nie zamierzała jej pytać o ile sama się nie zgłosi. Tymczasem jedna z tych o wysoko wyciągniętych rękach nie zgłosiła się na kolejne pytanie i trąciła siedzącą obok "uśmiechniętą" tak jakby chciała podpowiedzi "uśmiechnięta" odwróciła się ku niej i zaśmiała. Ciocia zaś wywołała tę drugą do odpowiedzi.
Dziewczyna odpowiedziała znakomicie i była wyraźnie zadowolona z tego, że nabrała nauczycielkę.
-Twoje imię? - Zapytała ciocia.
-Eluksendrea - padła odpowiedź. To była córka sędziego ale na cioci nie robiło to wrażania.
-Podejdź do tablicy napisz swoje imię i postaw pionową kreskę.
Następnym razem wywołała do odpowiedzi zgłaszającą się ślicznotkę w znoszonym mundurku i tu znowu niespodzianka ...
Dziewczyna była nieprzygotowana.
-Twoje imię ?- spytała.
-Symelinda.
- Dostajesz ocenę negatywną.
-Wszystkie dostawały tylko kreski.
-A ty od razu ocenę negatywną bo próbowałaś mnie nabrać.
-A mnie się wydaje, że Luirduetea wszystkich nastawia przeciw mnie bo uważam Arębimarę za państwo autonomiczne a po za tym nie przerabiałyśmy jeszcze tej lekcji.
-A masz podręczniki i program zajęć? ... To nie dyskutuj. Ty to omówisz - wskazała na drugą dziewczynę podnoszącą wysoko rękę. Dziewczyna była przygotowana, dostała pionową kreskę ale nie wyczerpała tematu więc Zulare co nieco dopowiedziała "uśmiechnięta" była tym razem zajęta pisaniem.
-Widzę dziecko, że pilnie notujesz - zwróciła się do niej ciocia Zulare - pokaż mi swoje notatki. Dziewczyna najpierw starannie zakręciła kałamarz, odłożyła pióro a potem ostrożnie przyniosła otworzony zeszyt nauczycielce.
Większość notatek dawno wyschła ale na szerokich marginesach były dopiski zrobione tym samym pięknym charakterem pisma, ostatni jeszcze mokry.
-No i tak właśnie powinna być przygotowana uczennica do lekcji. Za same te notatki daję ci celujący a musisz wiedzieć, że to dopiero drugi celujący w mojej karierze nauczycielskiej . - Mówiąc to patrzyła na uczennicę i wreszcie auważyła, że jej strój był z bardzo drogiej materii.
Tu chyba czegoś brakuje? - Spytała by pokryć zmieszanie.
-Tak. Staram się używać pisma środkowopukatańskiego ale niektóre znaki zapominam. Sprawdzę w domu.
-To sprawdź i doprowadź notatki do porządku. Nie może być tak podopisywane na marginesach.
-Dobrze dostojna nauczycielko.
-A ten zapomniany znak dla utrwalenia napiszesz oddzielnie 20 razy, najlepiej w specjalnym zeszycie. Ty zapewne uważasz, że Ąrębimara stanowi część Haberlandów?
-Czy naprawdę interesuje cię moja opinia dostojna nauczycielko? - Spytała z wyraźnym zaciekawieniem. dopiero później ciocia Zulare nabrała podejrzeń, że sztucznym bo "uśmiechnięta" chciała usłyszeć właśnie to co powiedziała:
-Ani trochę. Możesz usiąść.
-Dziękuję - dziewczyna elegancko dygnęła. ciocia już chwilę wcześniej zorientowała się kim ona jest ale nie wycofała się z obiecanej oceny celującej choć takie noty wolałaby zachowywać dla skromnych panienek z ubogich rodzin.
Z całą premedytacją nie poznawała panienek zawczasu by okazać im jak mało dla niej znaczą ewentualne tytuły, tyle że ich bogactwo oceniała po stroju i wyposażeniu, Tym razem wyposażenie dziewczęta miały jednakowe bo Milander zakupił 35 kompletów podręczników i 35 zestawów artykułów piśmiennych.
Podręczniki były dla szkoły i dziewczęta miały je oddać po "przerobieniu" materiału albo opuszczeniu szkoły reszta należała do nich.
Tego dnia ciocia miała jeszcze zajęcia z wyższym kursem a potem zaprosiła ją do siebie Luirduetea.
-Czy zawsze po pierwszej lekcji z tobą, któraś uczennica musi przybiec na skargę? - Zapytała szykując herbatę. To nie był jakiś szczególny wyrzut, Luirduetea jako kierowniczka malutkiej szkółki nie mogła za bardzo wybrzydzać a ciocia miała dobre wyniki w nauczaniu.
-Arębimaranka? - Zapytała.
-Tak. Burmistrzanka z Ąrębimary. Powiem ci, że byłam zdziwiona, że udało ci się ją zaskoczyć odpytywaniem bo mieszka z Ewaldyną ...
-Aaa. Mundurek chyba też ma po Ewaldynie. To ciekawe. Burmistrzanka?
-Ukradziono albo zawieruszono jej bagaż. Rezeryka kazała Ewaldynie oddać Symelindzie mundurek a dla Ewaldyny zamówiła nowy.
-Musi jej nie lubić.
-Ewaldyny?
-Nie. Symelindy.
-Tego nie wiem. Mogła mieć inne powody. Może po prostu lubi Ewaldynę.
-Nie. Na mojego nosa coś tu jest nie tak. Milareza i Symelinda siedzą z dala od siebie ...
-Bo posadziłam dziewczęta według wzrostu.
-Milareza była przygotowana ...
-Symelinda ma co do tego wątpliwości. Podobno notatki Milarezy były niepełne i z pozapisywanymi marginesami.
-Myślisz, że ja bym postawiła arandecie czy innej bzdecie celujący gdyby te notatki nie stanowiły dowodu, że się bardzo dobrze przygotowała do lekcji? Na marginesach robiła dopiski z tego co ja mówiłam. Miałam ją za to ukarać? A że nie pamięta jakiegoś tam znaku z waszego pisma to co z tego? Mnie się też to zdarza. To nie jest lokalna szkółka dla pędraków żebym się notatkami przejmowała, notatki są dla uczennic nie nauczycielki, jakie zrobią takie będą miały z nich korzyści.
-To dlaczego kazałaś jej przepisywać?
-Bo to arandeta.
Luirduetea najpierw się roześmiała potem powiedziała - tylko, że jej ojciec obsypał szkołę podarunkami.
-To chyba w nadziei, że ją czegoś nauczymy? Bez obaw, nauczymy.
-Mam do ciebie jeszcze jedną sprawę. Można dodatkowo zarobić.
-No to mów, na zarobki jestem łasa - ciocia miała mało lekcji i przez to niskie dochody a ja i siostra byłyśmy na jej utrzymaniu.
-Chodzi o indywidualne nauczanie jednej z uczennic. To atelianka.
-Uuuuu. A ile płacą?
-Dziewczyna jest niepełnosprawna.
-No chyba, że tak.
-Trudno się z nią porozumieć.
-Taka kapryśna?
-Kapryśna to ona jest swoją drogą. Ty kompletnie nie wiesz co się na świecie dzieje. Dziewczyna nie mówi, kołysze się jakby jej w środku sprężynki się poluzowały i nawet sygnalizowanie czegoś gestami nie wchodzi w grę.
-To jak ona chce się uczyć?
-Jej siostra ci pomoże. Zreszta właściwie to ona ją uczy, ty tylko odpytasz. Pokażę ci jak.
---------
Trzy dni później ciocię powitał w Sasance przyjazny uśmiech Milarezy.
To nie była najłatwiejsza lekcja ale nie z takich powodów z jakich oczekiwała. Czuła, że coś jest nie tak. Milareza podawała prawidłowe odpowiedzi, czytnik błedne a Cypryla wyraźnie się złościła.
-Znowu to robi? - spytała obserwująca lekcję z boku Rezeryka.
Ta jej obecność stresowała ciocię zwłaszcza, że Rezeryka zamiast zająć się jakąś babską robótką patrzyła w podręcznik, popodkreślany(o zgrozo) i to krzywo, podręcznik. Ciocię takie niszczenie książek ogromnie irytowało. To nie był taki podręcznik jakiego używano na kursie grafików gdzie nauka prawa administracyjnego była zawężona w stosunku do tego czego uczono na kursie biurowości. Owszem, grafików zatrudniano w różnych miejscach ale po to aby rysowali. W zasadzie jeśli umieli rysować to w ogóle nie musieli chodzić do szkoły. Jednak po kursie grafików mogli zdobyć pracę łączącą różne inne funkcje z funkcją grafika. Podręcznik Rezeryki był taki sam jak podręcznik na kursie biurowości. Chyba starała się uczyć z dziewczynami.
A wracając do rzeczy:
-Tak, znowu - przyznała zrezygnowana Milareza.
- To jeszcze nie zrozumiała, że ciebie nie oszuka?
-Ćwiczyła to z czytnikiem emocji. Sądziła,że już umie i chciała spra ....- Milareza urwała bo Cypryla aż się popluła ze złości.
-To chodźcie na herbatę a ona się przez ten czas uspokoi.
-Cypryla też chce herbatę.
-Niech mi nie zawraca głowy. Ta kobieta się przygotowała, poświęciła swój czas .. .
-Nie ty płacisz - doszedł ciocię w tle cichy głos Milarezy. Rezeryka go nie usłyszała i kontynuowała - a przecież z pewnością ma co robić, trzeba coś wyprać, ugotować ... Wycie Cypryli trochę ją zagłuszyło.
-Dostojna mamo przecież Cypryla wie, że to robią gosposie wtrąciła sie Milareza.
-Nie każdy je ma, moje panny mądralińskie. Pobiegnij narwać trochę śliwek a my sobie pogawędzimy w moim pokoju. A ta czego znowu sie złości?
-Cyprysia uważa, że powinnyśmy się nią zajmować.
-Jutro, jeśli jej fanaberie przejdą. Gnaj po śliwki.
Rezeryka naprawdę zaprosiła ciocię do swojego pokoju. Pokój był czysty, ładny. wygodny ale bez przepychu, wielofunkcyjny.
Przyniesiono im tam herbatę i ciastka.
-Nie martw się - powiedziała Rezeryka - zapłacę ci za całą lekcję i mam nadzieję, że to wcale nie będzie stracony czas. Cyprysia jest niesamowicie rozpuszczona, tyranizuje Milarezę a ostatnio jest zła bo Orbort dał Milarezie lotopławę. Uważa, że ona powinna ją dostać.
- Umiałaby poprowadzić?
-No właśnie nie ale uważa, że to był bonus dla Milarezy za Cyprysine zasługi. Nawet nie wiem jakie. Ciebie też chce tyranizować. Dlatego musiałam być dla niej taka surowa. Ona
musi się nauczyć, że inni ludzie też mają uczucia i jakieś własne sprawy, jak się stanie milsza to i otoczeniu i jej samej będzie lżej. Traktuj ją tak jakby była zdrowa. Żadnej taryfy ulgowej.
A Mizie się nie dziw, wychowała się w pałacu i mało wie o życiu.
-A ty dostojna gdzie się wychowałaś?
-Mów mi Rezeryka, jesteśmy prawie rówieśnicami, Ja? Czasem się zastanawiam czy to była już patologia czy jeszcze przeciętna, szara rodzina bakarabeska.
-Jesteś Bakarabeszanką?
-Już nie. Od chwii gdy urodzilam córkę czuję się Tolimanką a czy ty jesteś Karebordżanką? Milareza uważa, że Ąrębimaranką.
-Ma rację a jak to wywnioskowała?
-Nawet nie wiem, może coś w mowie, może w wyglądzie. Ona potrafi to rozróżnić.
-Tak tylko, że ja jestem na wpół Festryjką. Moi dziadkowie wyemigrowali do Festrii zanim przyszła na świat moja matka. Mój ojciec jest Festryjczykiem, jestem do niego podobna, języka ąrębimarańskiego uczyłam się jak obcego a po 16 arlach zamieszkiwania w Karebordze nabrałam tutejszego akcentu.
-Nie wiem, Może wywnioskowała coś z twojego zachowania. Z nią trzeba uważać. Od niemowlęctwa spędza czas z Cyprysią, przywykła zgadywać czego chce Cyprysia a na dodatek jest świetną portrecistką a kiedy o kmiś mówi, nieświadomie go naśladuje. Chodzi mi o to, że ona dostrzega więcej niż przeciętny człowiek.
Ma swoje wady na przykład jest przesadną pedantką (ciocia też była) a niektórzy uważają nawet, że nudziarą ale dla mnie to wszystko jest urocze. To moje dziecko.
-A jak się dogaduje z Symelindą?
-Milareza z każdym się dogaduje.
-Nurtuje mnie jedna kwestia: czy one razem się uczą?
- Nie. Milareza uczy się z Cyprylą a to dla osób nieprzyzwyczajonych może być uciążliwe. A ty masz rodzinę?
-Jeżeli masz na myśli męża i dzieci to nie. Opiekuję sie córkami po zmarłej siostrze. Marna ze mnie opiekunka ale innej nie mają.
______________
 

 

6
***
M E L I W A R E T T A
Czegoś takiego nie mogłabym sobie wyobrazić nawet w najgorszych snach. Oto stałam w dość dużym pokoju z ochmistrzynią za plecami i dwiema dziewczynami przede mną.
Poznajcie dziewczęta, to Meliwaretta - przedstawiła mnie Emriwalda - będzie mieszkać z Symelindą.
Symelinda to była burmistrzanka z Ebredoz! ta sama, której zabrałam kufer. Na szczęście ona raczej nie mogła mnie zapamiętać, wsiadła później, ja siedziałam z tyłu, ona z przodu udawałam, że drzemię, a gdy opuszczałam dyliżans po ciemku, ona już spała, w dodatku byłam ucharakteryzowana. Mimo to nie było przyjemnie ją spotkać i z nią zamieszkać. Bardzo poprawiało sytuację to, że nie miałam już nic należącego do niej.
Burmistrzanka wyglądała na zirytowaną.
-Ewaldyna ma większy pokój - zaprotestowała.
-Nie szkodzi - Ewaldyna zarządza tym domkiem więc przysługuje jej oddzielny pokój. Jeżeli ci to nie odpowiada droga wolna, przenieś się do bursy. - Nikt tu w okół niej nie skakał a pewnie była do tego przyzwyczajona.
-Postaw to wreszcie - poradziła mi Ewaldyna wskazując moje nowiuteńkie walizki i dodała - oczywiście mogę się z wami zamienić na pokój.
-Oj a nie możecie mieszkać razem? Ja się tu już urządziłam, zresztą tu nie ma drugiego łóżka -protestowała Symelinda. Ja też nie miałam chęci z nią mieszkać, popatrzyłam błagalnie na Ewaldynę.
-O, nie moja droga - zamiast Ewaldyny odpowiedziała ochmistrzyni - ty nie będziesz tu rządzić.
-A ty też nie. Rezeryce nie przeszadzało, że zajęłam mniejszy pokój.
-To prawda ale właśnie ona postanowiła, że skoro chcesz mniejszy to zamieszkasz w nim ze współlokatorką i ona ustanowiła Lukipeterę zarządczynią w sprawach gospodarczych a mnie w
waszych. Ty chyba nie otrzymałaś tej funkcji? Więc proszę się dostosować, łóżko oczywiście się przestawi. Ewaldyno w tym domku ty rządzisz i nie pozwól Symelce aby ci tę funkcję odebrała.
-Nie pozwolę ale w tym wypadku jej ustąpię - odpowiedziała Ewaldyna. - Chce być sama to niech będzie sama. Zaręczam ci Emriwaldo, że tak będzie lepiej.
-A wzięłaś pod uwagę to, że może ci się zdarzyć wziąć jakąś pracę biurową do domu?
- Nie wezmę.
-No dobrze, ty decydujesz.
-Jeden warunek - zwróciła się do mnie Ewaldyna- nie będziesz zajmować łazienki na tak długo abym ja musiała czekać do późnej nocy albo nie mogła się wyszykować na czas do szkoły.
-To przecież oczywiste - powiedziałam choć o zajmowanie łazienki stale mąż miał do mnie pretensje. Tu się dostosuję. Jestem przecież Meliwarettą. Kimś zupełnie nowym. Ewaldyna jest szefową domku i z tym należy się liczyć. Ona wskazała mi, które łóżko mam zająć, które jest moje biurko, półki, szafa. Do tej pory ... to znaczy do ucieczki z domu męża to ja byłam taką decydentką. Teraz musiałam się podporządkować. Oczywiście wypytywała mnie o wszystko ale na to byłam przygotowana. Mój plan był od początku taki - trochę się odmłodzić stosując rozmaite zabiegi, maseczki i balsamy a potem dostać do szkoły żon. Za słabo jednak znam ten świat. Tu gdzie się zapędziłam takich szkół nie było. Jedna z krawcowych u których szyłam nowe stroje poradziła mi szkołę w Degeden a ponieważ dała też na nią namiary i zaproponowała uszycie szkolnego stroju, zdecydowałam się.
Spytała mnie jakiego koloru ma być fartuch, powiedziałam bez namysłu - brązowy bo akurat taki materiał leżał u niej na półce.
-Świetnie sie składa -powiedziała krawcowa - bo akurat mam taki materiał. a więc zamierzasz studiować biurowość? - upewniła się.
-No tak - przyznałam choć wcześniej to wcale nie było moim zamiarem. Kiedy odbierałam mundurek pomyślałam, że już gdzieś taki zestaw widziałam. Biała, niezbyt cienka sukienka i brązowy fartuch, nawet chodziło mi po głowie, że to była nieco inna biel i zdecydowanie jaśniejszy brąz ale dopiero gdy zobaczyłam Symelindę przypomniałam sobie dokładnie. Tamta suknia była z grubszego materiału, w odcieniu szarości, moja ma odcień beżu co świetnie współgra z barwą fartucha. Mój fartuch to właściwie taka druga sukienka, krótsza, z krótkimi, szerokimi rąkawkami, dużymi kieszeniami i małym dekoltem. Fartuch Symelindy był nie tylko jaśniejszy ale też o innym kroju, miał zamiast rękawów szerokie ramiączka, żadnych kieszeni, wiązało się go z tyłu. Widziałam to przez krótką chwilę gdy wyciągnęłam to z brązowej, szmacianej torby, w komplecie była też narzutka, pantofle i ta torba w której wyniosłam z hotelu moje kosztowności i lwią część pieniędzy.
Część kosztowności sprzedałam w różnych miejscach. Aż tu ich chyba nie poszukują ale zbyt wiele na raz zwróciłoby uwagę.
Na prośbę Ewaldyny do pierwszych zajęć pomogła mi się przygotować Milareza. Zadawała mniej pytań o moją przeszłść a za to opracowała mi plan odrabiania zaległości i obiecała dalszą pomoc.
Ten plan bardzo mi pomógł gdy Zulare zdemaskowała moje braki. Od razu go wyciągnęłam i wyjaśniłam jak to zamierzam nadrobić. To jej póki co zamknęło usteczka. Oczywiście trochę pouczyć się będę musiała ale przede wszystkim chcę tu upatrzyć jakiegoś bogatego młodzika na męża. a zatem przede wszystkim będę bywała na imprezach. Na pierwsze mam już odpowiednie kiecki, przywieziono mi je w kufrze nazajutrz po moim przyjeździe z walizami. Oczywiście to nie jest kufer Symelindy.
===========
Pierwsza okazja bardzo szybko się nawinęła. Właśnie organizują szkolny bal i nawet wciągnięto mnie w przygotowania. Będę brać udział w skeczu. Jestem może odrobinę starsza od tych dziewcząt ale znowu nie aż tak dużo. Przyjemnie jest czuć się jedną z nich, muszę jednak z nadmiarem poufałości uważać... Eluksendrea zapytała mnie co sądzę o Milarezie. W pierwszej chwili miałam chęć się jej przypodobać i opowiedzieć o jakichś śmiesznostkach Milarezy. Konkretnie o tym, że rozmawia z Cyprysią jak człowiekiem ale zaraz włączyła mi się samokontrola. Przypomniałam sobie wszystko co powiedziałam Seanie gdy ją zwalniałam ze służby, a powiedziałam, że obgadywanie chlebodawczyni to nie tylko podłość ale i głupota bo jakże mogła sądzić, że się nie dowiem i nie pomyśleć o konsekwencjach. Płakała,błagała lecz powiedziałam jej twardo, że ja idiotek wśród swoich służących nie ścierpię.
A teraz co? Miałabym zrobić podobny idiotyzm? Wprawdzie mój los aż w takim stopniu nie zależy od Milarezy jak los Seany zależał ode mnie bo mam środki pozwalające, żyć w luksusie ale przecież nie powinnam nimi tak szastać aby zwracać uwagę, po za tym będę potrzebowała wiana no i coś ważnego już osiągnęłam: zniknęłam w tłumie. Milareza pomaga mi w nauce a to póki co jest nie bez znaczenia.
W jednej chwili zdałam sobie z tego wszystkiego sprawę i podkreśliłam pierwszą pozytywną cechę Milarezy jaką dostrzegłam - jest świetną nauczycielką.
-Kto? - Spytała jakaś dziewuszka, która z całej naszej rozmowy usłyszała tylko ostatnie zdanie.
-Milareza - wyjaśniłam bo niby dlaczego nie? Eluksendrea później powiedziała mi, że polityczniej byłoby powiedzieć, że Luirduetea ale co tam ona się zna na polityce? Owszem, niech do Milarezy dotrze, że ją chwalę.
Milareza ma naszykowaną na bal szafirową suknię ze złotym haftem u dołu, wzbogaconym naszywanymi złotym blaszkami w kształcie gwiazdek a do tego podobnie haftowaną szarfę oraz mały złoty, pasujący do haftu, ażurowy kołnierzyk i takież mankieciki. Mniejsza o mankieciki, mam suknię z krótkimi rękawami ale ten kołnierzyk świetnie by się prezentował powyżej dekoltu mojej zielonkawej sukni. Lepiej niż na szafirowym tle sukni Milarezy. Chodzą słuchy, że ona jednak na ten bal nie pójdzie bo poproszono aby nie zabierała ze sobą Cypryli.
Śmieszna jest. Przecież Cypryla nie jest w stanie mieć pretensji. Oczywiście udaję, że ja też traktuję Cyprylę na serio ale balu bym sobie z jej powodu na pewno nie odpuściła.
=========
Tyle było przygotowań a bal tak szybko zleciał. Mam nadzieję, że bylam na nim najpiękniejsza,
pewna zaś jestem tylko jednego: nikt nie miał tak płomiennych loków jak moje.
Szybko znalazł się pierwszy partner. Nie był atrakcyjny ale przecież od czegoś trzeba było zacząć. Tańczyłam całkiem dobrze, nie zapominając przy tym by wyglądać na panienkę z dobrego domu. Chłopak zapytał mnie o imię, bez namysłu odpowiedziałam - Milareza. To powinno ostudzić jego zapały bo doprawdy nie wyglądał na kogoś kto mógłby się starać o arandetę.
Następny, tym razem przystojniak w bogatym stroju już o imię nie pytał. Często ze mną tańczył i w ogóle miałam ogromne powodzenie.
Zapomniano o mnie na krótko gdy pojawiła się tancerka w białym stroju z twarzą pomalowaną tak, że przypominała pyszczek białego kota, ktoś jej to fajnie zrobił. Zaabsorbowała uwagę wszystkich. Koleżanki uważają, że dziewczyna nie jest uczennicą i przyszła gdzieś z miasta żeby potańczyć.
Od razu niemal wszyscy dobrzy tancerze chcieli tańczyć z nią, nawet ten, którego już w myślach dla siebie zaklepałam. Zastanawiałam się jak przeciwdziałać jego nagłemu zwrotowi. Na szczęście nie musiałam nic robić. Dziewczyna zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Arnusz wrócił do mnie
Zapytał jednak - nie wiesz kim jest ta śnieżyca?
-Kto? Ta biała? Nie, nie wiem albo zawodowa tancerka albo jakaś chuliganka. Niezła była. - odpowiedziałam. Do końca balu tańczyliśmy razem. Chciał mnie odprowadzić, niestety musiałam zostać aby wraz z innymi dziewczętami posprzątać salę z przyległościami. Sama się tego podjęłam, nie byłoby mądrze zawieść. Powiedziałam mu, że mam z kim wracać i zapytałam czy chciałby się ze mna jeszcze spotkać.
-Oczywiście Milarezo - odrzekł.
Ponieważ docelowo chcę wyjść za niego za mąż musiałam sprostować
-Nie jestem Milarezą tylko Meliwarettą.
Chyba mi nie uwierzył ale nie ważne. Nie będzie mógł nigdy zarzucić, że go okłamałam.
No chyba, że się dowie kim jestem naprawdę a moje prawdziwe imię jest zupełnie inne.
Nie ważne jakie. Dla mniej tamto już się nie liczy. Zaczynam od nowa a po tamtej, którą byłam zostały mi tylko duuuże pieniądze. Pieniądze, które należy dobrze spożytkować by zbudować swój nowy świat. Kołnierzyk oczywiście odłożyłam prawie na miejsce. Prawie bo szafirowa suknia już nie wisiała za zasłonką. Po prostu włożyłam go do szuflady z ołówkami, przecież każdemu się takie roztargnienie zdarza. Miałam upuścić aby było na Dagridę ale gdyby wynikła jakaś afera ktoś mógłby sobie przypomnieć ten kołnierzyk z balu. A jeżeli i tak zostanę o niego zapytana od razu się przyznam. Przecież go tylko pożyczyłam. To normalne między dziewczętami.
-----
Nikt nie pyta za to w pokoju Milarezy i Dagridy na widocznych miejscach leżą pierścionki, pieniądze i.t.p.
Słyszałam z plotek, że Milareza chce być detektywem. No to raczej powodzenia w tym zawodzie mieć nie będzie. Grubymi nićmi szyte są te jej prowokacje.


============

M I L A R E Z A N A T R O P I E
Nagrywane opowieści Milarezy


-Trzy uczennice szczególnie się wyróżniają - oświadczyła Luirduetea: Milareza, Eluksendrea i Nala. Najlepsza jest Milareza ale ma za dużo zajęć aby ją dodatkowo obciążać więc moją przyboczną będzie Eluksendrea. Trochę liczyłam na tę funkcję . Eluksendrea była jednak tak uszczęśliwiona, że i ja się ucieszyłam.
Zajęć rzeczywiście trochę miałam bo załatwiałam sprawy zlecane przez Binius a korzystając z tego, że mam lotopławę zajęłam się też sprawą bagażu Symelindy.W miarę szybko go odzyskała. Jednak zamek w kuferku był otworzony. Kiedy przywiozłam to Symelindzie, wykrzyknęła: Jak to? Grzebałaś w moich rzeczach?
Aż zmarłam z wrażenia. Tego się nie spodziewałam.
-Nie. Nie grzebałam w twoich rzeczach. - Odpowiedziałam po chwili oschle i wyszłam z jej pokoju.
Próżno oczekiwałam, że Symelinda ochłonąwszy przeprosi. Nic takiego się nie wydarzyło.
Wkrótce zaczęto organizować szkolny bal. Wiele uczennic miało przy tym zajęcie. Mnie o nic nie poproszono. Sama zaproponowałam, że mogłabym się zająć dekoracją. Niestety usłyszałam, że tym zawsze zajmują się dziewczęta ze szkoły dekoratorek wnętrz. Zgłosiłam się do grupy przygotowującej taniec zespołowy, okazało się, że jestem za niska a po za tym na pewno nie umiem taczyć. Do kabaretu byłam ponoć za poważna, chciałam chociaż układać owoce ale usłyszałam, że moje "talenty" kulinarne są szeroko znane. Zwykle sama z tego żartowałam, tym razem zrobiło mi się przykro. Poczułam się definitywnie odtrącona. Przestałam się narzucać i wzięłam intensywniej za naukę.
W tym czasie pojawiła się Meliwaretta miła, grzeczna, nie to co Symelinda. Dziewczęta szybko wciągnęły Meliwarettę w przygotowania i zaproponowały udział w skeczu. Widocznie ja nie byłam tak miła jak nowa koleżanka. A może chodziło o urodę?
Zamierzałam iść na bal mimo, że dużo nam przed nim zadano. Chciałam się wykazać, że potrafię tańczyć. Przygotowałam sobie odpowiednią sukienkę taką aby się nie wyróżniać, zadbałam o suknie na zmianę dla Cypryli i już się więcej tym nie zajmowałam.
Niestety na trzy dni przed balem Luirdueti doniesiono, że zamierzam na niego zabrać kuzynkę a mogą być kłopoty bo Cypryla nie panuje nad swoją fizjologią.
Luirduetea delikatnie poprosiłą mnie aby Cypryla została w domu. W tej sytuacji czułam się zobowiązana zrezygnować.
-Nie chcą nas tam - wyjaśniłam przybranej siostrze.
Postanowiłam poświęcić czas balu na utrwalenie materiału z prawa międzynarodowego. Nauczyciel zadał nam dodatkowy materiał z innego podręcznika. Podręcznik był trudno dostępny, jednak pracownicy Milandera znaleźli go dla mnie a ja skopiowałam potrzebny rozdział dla wszystkich kolegów uczęszczających na lekcje z tego przedmiotu.
Wprawdzie Cyprysia nie uczęszczała, miałam jednak swoje sposoby aby zchęcić ją do uczestniczenia w tym czym sama się zająć chciałam więc uczyłyśmy się razem póki znużona nie zasnęła.
Nie bacząc na to uczyłam się dalej aż Karyhena cichutko zabierając wózek z Cyprysią szepnęła - jeszcze zdążysz.
- Poleciłam zabrać moją suknię do garderoby, nie chcę robić zamieszania - wyjaśniłam.
-Nie szukaj wymówki, zresztą suknia wciąż wisi za zasłonką na wypadek gdybyś zmieniła zdanie.
Suknia rzeczywiście wisiała ale brakowało jej koronkowego kołnierzyka z gwiazdeczkami i bardzo wyraźnie czuć było ten brak.
- Poszukam - powiedziała Karyhena.
-Gdzie? Przecież nie przełożyłabym w inne miejsce. Zostaw to. Ubiorę się inaczej.
Spontaniczność nie należała do moich zwyczajów ale tym razem szybko zmieniłam decyzję co do stroju.
Pobiegłam do lotopławy. Właściwie mogłabym w niej mieszkać jednak Milander mi to odradził. Szybko dotarłam wózkiem do swojej garderoby. Miałam tu między innymi strój śnieżycy, w którym wystąpiłam w pałacowym spektaklu jako jedna z tancerek. Dodatkami do niego oprócz welonu i biżuterii były bucik i proteza na wysokachnych obcasach. Błyskawicznie pomalowałam twarz, zmywalnymi farbami, Nie wyszło bez zarzutu ( na pewno się mylisz - wtrąciła Tali lecz nie dostała odpowiedzi)
trudno, szkoda było tracić czas. Nieoświetlonym, cichojezdnym wózkiem podjechałam pod bramę budynku z salą balową, o tej porze prawie nie było przechodniów. Przed drzwiami do budynku wylegitymował mnie nauczyciel prawa międzynarodowego aby się upewnić czy jestem uczennicą.
-No nie, Milareza jest niższa - powiedział .
-Bo do szkoły nie zakładam wysokich obcasów - odpowiedziałam. Profilaktycznie zapytał mnie jeszcze o anegdotkę, którą opowiedział na ostatniej lekcji, coś tam pomruczał i mnie przepuścił. Na salę balową weszłam bez hałasu, po prostu wsunęłam się i zaraz dołączyłam do korowodu tańczących dziewcząt. Dostosowałam się do nich.
Potem samodzielnie odtańczyłam taniec śnieżycy. Zrobiono mi tyle miejsca, że mogłam szaleć po sali. Czułam się wspaniale. Do czasu ...
Dynamiczny taniec nie przeszkadzał mi w obserwowaniu otoczenia.Zauważyłam dyrektorkę zespołu żeńskich szkół, jej spojrzenie było złowróżebne. Domyśliwszy się, że chyba naruszyłam jakieś szkolne zasady straciłam ochotę na bal. Chciałam się wymknąć, nim mi się to udało wpierw poprosił mnie do tańca jakiś młodzieniec, potem drugi i trzeci. Wreszcie wybiegałam na taras i zeszłam po drabinie awaryjnej. Starałam się robić to bardzo ostrożnie, stawiając na szczeblach przednią część stopy ale pod koniec nadepnęłam na spódnicę i gdyby nie czyjeś życzliwe ręce byłabym spadła (opowiadająca roześmiała się, słuchacze też i na tym opowiadanie się urwało, ktoś inny dorwał się do głosu ale Karis wiedział co było dalej.)

Obróciłam się gdy nieznajomy postawił mnie na ziemię.
Śmiał się. - Błagam, nie mów nikomu - szepnęłam - aż parsknął a potem wskazał mi drogę - tam jest dziura w płocie, prowadzi na Aleję Jabłoni, lepiej abyś nie natknęła się na Szuarada. Odprowadziłbym cię ale to mogłoby nam zepsuć opinię. W razie kłopotów wrzeszcz.
Nie musiałam wrzeszczeć bo zaraz za płotem wezwałam swój wózek. Nim do domu wróciła Dagrida ona już spałam.
Rano pomyślałam, że chyba nie powinnam była uciekać, przecież przed wejściem mnie wylegitymowano i nauczyciel na pewno mnie zapamiętał. Ten dzień mieliśmy wolny więc dopiero następnego rana udałam się do Eneroze. Ewaldyna popatrzyła na mnie pytająco po czym weszła do dyrektorki a po chwili dyrektorka poprosiła do mnie siebie i zapytała o co chodzi.
-Miałam wrażenie, że przedwczoraj na balu popełniłam jakiś błąd - wyjaśniłam - ale nie wiem jaki.
-Ja też nie wiem ... W ogóle tam ciebie nie widziałam.
-Byłam w stroju śnieżycy ... to znaczy białym w płatki, z szalami.
-Aaaa. Solistka. Wydawałaś się wyższa. Co ci strzeliło do głowy, żeby dołączyć do zespołu tancerek i psuć im układ?
-To był zespół? Nie wiedziałam, były różnie ubrane.
-Bo to nie są zawodowe tancerki, skąd mają mieć identyczne suknie?
-Przepraszam. Dołączyłam do nich zaraz po wejściu na salę. Byłam mocno spóźniona, chciałam wykorzystać czas, który pozostał do końca balu.
-To dlaczego nie zostałaś do końca?
- Bo zauważyłam twoje spojrzenie. Mówiło mi, że coś jest nie w porządku.
-Świetnie tańczysz. Na przyszłość lepiej współpracuj z koleżankami i nie improwizuj! Co cię śmieszy?
-Zawsze słyszę rady abym była bardziej spontaniczna i czasem coś zaimprowizowała. Tym razem to robiłam w nadmiarze. A z dziewczętami chciałam współpracować, to one mnie nie chcą. Sądzę, że to ma związek z bagażem Symelindy. Dołożyłam starań aby go odszukać. Niestety był naruszony, może nawet czegoś tam brakowało. Zdaje się, że Symelinda podejrzewa mnie teraz o grzebanie w jej rzeczach a może nawet o kradzież. Mogła tak przedstawić sprawę innym dziewczętom i kto wie czy nie dlatego one mnie odtrącają.
-Z tego powodu spóźniłaś sie na bal?
-Nie. Chodziło o Cyprysię. Uważałam, że lepiej się poczuje jeżeli ja też nie pójdę ale potem zasnęła i wtedy...
-To trzeba było ją zabrać. Starczy. rozumiem w czym rzecz i nie będziemy dłużej tego wałkować. Dobrze, że do mnie przyszłaś bo zamierzałam przeprowadzić dochodzenie. Z dziewczętami poradź sobie sama.Wierz mi tak będzie lepiej.
W T R Ę T G R Y G I T A L A

Na zajęciach z prawa międzynarodowego została dokładnie odpytana. Była tu jedyną uczennicą, resztę stanowili chłopcy więc towarzyszyła jej dla przyzwoitości Rezeryka. Zawsze przylatywała na te zajęcia. Nauczyciel pytał też nas ale skupił się przede wszystkim na Milarezie. Dotąd ją zwyczajnie ignorował wreszcie miała okazję popisać się wiedzą a miała czym. Pamiętam, że wszyscy byliśmy zdumieni. Nawet Szuarad.
-A już myślałem, że tylko tańce ci w głowie- powiedział wreszcie i nie postawił jej oceny.
Nam stawiał, jej nie.
==========
W jakiś czas potem przygotowując się do lekcji prowadzenia korespondencji pomyślałam, ze mogłabym na nią zabrać pisma w sprawie bagażu Symelindy.
Nikt mnie nigdy o ten bagaż nie pytał więc nie miałam okazji nic wyjaśnić a pisma tłumaczyły wszystko.
Właściwie powinnam je była pokazać Symelindzie. Żałowałam, że w odpowiednim czasie tego nie zrobiłam.Położyłam teczkę na swoim pulpicie i czekałam na moment aż będę mogła się tym posłużyć. Luirduetea sama wzięła teczkę i zaczęła przeglądać.
-To niemożliwe abyś tak szybko to załatwiła - powiedziała - poczta tak szybko nie idzie ... a te pokwitowania na pismach ... Zupełnie tak jakby to ktoś dostarczył na miejsce... Musiał ktoś dostarczyć bo przecież Symelinda ma już swój mundurek.
Symelindę na dźwięk jej imienia aż poderwało.
-Posługuję się pojazdem latającym, a że jest duży i nieporęczny to na koniec dojeżdżam wózkiem
samojezdnym - wyjaśniłm. Prześwietny Orbort mi to umożliwił abym mogła wykonać zlecone mi zadania nie angażując w nie dodatkowego posłańca. Sama jestem posłańcem i sama siebie wysyłam tam gdzie potrzeba.
-Powinnaś była zabrać ze sobą Symelindę po odbiór kufra. Mogłaby na miejscu ocenić co zginęło.
-Tak ale ja nie wiedziałam, że akurat tego dnia będę mogła odebrać kufer a miałam do załatwienia inne sprawy w okolicy. Ponadto nie spodziewałam się, że kufer będzie otwarty.
-A gdyby to był nie ten kufer?
-Był podpisany a ja wcześniej poprosiłam Symelindę o jego opisanie.
-No tak, to nawet wynika z pism. Rozdaj je koleżankom do obejrzenia bo są wzorcowe.
-A może ja sobie nie życzę ?! -Oburzyła się Symelinda.
-Nie wiem dlaczego. Tu nie ma żadnych tajemnic no ale skoro ci zależy ... Zabierz to Milarezo.
W czasie tej wymiany zdań widząc reakcje koleżanek nabrałam pewności, że nikt mnie o kradzież czy o włamanie do kufra nie podejrzewał. Powód dla którego koleżanki nie chciały ze mną współpracować musiał być inny. Może powinnam je o to wprost zapytać? A może po prostu nie zawracać sobie tym głowy? Wybrałam to drugie rozwiązanie bo miałam sobie czym tę głowę zaprzątnąć tak aby ten problem już się w niej nie zmieścił.
Było między zajmującymi mnie sprawami coś co nie dawało spokoju. Podczas swego krótkiego pobytu na balu zauważyłam Meliwarettę w swoim kołnierzyku. Potem kołnierzyk został odłożony do zupełnie nieodpowiedniej szuflady. Ktoś inny pomyślaby, że to drobiazg, przecież gdyby Meliwaretta poprosiła, to bym jej go dała ale... nie poprosiła.
Podawała się za Festryjkę i raczej naprawdę nią była, tylko chyba starszą niż podawała. Od początku uważałam że Meliwaretta bardzo o siebie dba i stosuje kosmetyki odmładzające, chyba jednak ma już 14 - 15 arli a nie tak jak my około 11 -13.
Teraz głębiej się nad tym zastanowiłam a będąc w Festrii odwiedziłam miasteczko z którego ponoć
przybyła Meliwaretta. Nikt tam jej nie znał.
______________

 

 
7


JABŁKA I TEATR
To było działanie spontaniczne do jakiego ponoć nie jestem zdolna a tak naprawdę to go unikam. Tym razem jednak "coś we mnie wstąpiło". Zobaczyłam jak dwóch uczniów męskiej szkoły zdejmuje tylną ściankę wozu w skutek czego wysypały się z niego jabłka. Weszłam na swoje auto i stamtąd korzystając ze wzmacniacza głosu poczęłam nawoływać do zbierania jabłek i ładowania na wóz. Niektórych wzywałam imiennie, innych według nazw szkół. Tamci dwaj stanęli i wpatrywali się we mnie jak oniemiali. Podszedł do nich Fantegris i krzyknął - Łatwo agitować , trudniej zbierać!
Paru chłopaków zachichotało.
-Na pewno sobie poradzisz - odkrzyknęłam. Fantegris nigdy nie był moim przyjacielem ale w tamtym czasie miałam wrażenie, że zionie nienawiścią. Teraz gdy nasze spojrzenia się spotkały wzruszył ramionami . Kiedy odchodził, ktoś odkładający na bok instrument wykrzyknął - są jakieś kosze? -Wy tutaj - odkrzyknęłam bo pytający należał do grupki z instrumentami.
-Potraficie zagrać pieśń szkoły?
-Dałoby się ale chcemy zbierać!
-Tu jesteście bardziej potrzebni! Wchodźcie i grajcie a ja zorganizuję kosze.
-A wolno tu wejść?
-Wam wolno! Daję na to słowo uczennicy! - Na potwierdzenie owego słowa spuściłam im drabinkę. - Kto mieszka blisko i ma w domu kosze, niech je pożyczy zbierającym - krzyknęłam jeszcze a potem - Lalotta, Ewaldyna na auto! Zaśpiewacie przy wtórze orkiestry! Sama zsunęłam się do auta i przez aparat łącznościowy poprosiłam swą intendentkę o dostarczenie koszy, po opuszczeniu auta zajęłam się zbieraniem jabłek do torby na zakupy bo koszy jeszcze nie było. Orkiestra dość szybko się zorganizowała. Grali świetnie, Ewaldyna zaintonowała pieśń, Lalotta się przyłączyła.
Fantegris zatrzymał się i patrzył jak blondas zabawnie potrząsający "wicherkiem" na głowie grając śpiewa: "I chociaż czasem zawodzimy fest, to kiedy trzeba stać nas na ten gest: każdy ochotny i robotny jest."
W takt tej pieśni lżej i weselej się pracowało. Chwilę się wahał ale potem podbiegł dołączyć do śpiewających bo przecież śpiewał przepięknie.
-Nie możesz tu wejść - oświadczył ciemnorudy w czapce (Wtedy jeszcze go nie znałam) - nie masz zezwolenia. - Potem patrzył z ironicznym uśmiechem na odchodzącego syna następcy tolimańskiego tronu.
Tymczasem blondas i Lalotta wiedli mimiczny spór o to jak należy przeciągać "o" w słowie szkoły i każde z nich śpiewało po swojemu: "pragniemy dumą być dla naszej szkoooły" co nikomu po za nimi nie przeszkadzało.
W pewnym momencie rudy krzyknął: Kończą! - Zostawił instrument i zlazł z dachu a za jego przykładem
reszta zespołu wraz z Lalottą i Ewaldyną by zdążyć coś tam jeszcze zebrać i dostarczyć na wóz oszołomionego właściciela jabłek. Na koniec ktoś spontanicznie zaczął tańczyć, inni się dołączyli, ja również. Podszedł do mnie rudzielec i zapytał czy chciałabym należeć do szkolnej grupy teatralnej.
- W zasadzie bardzo - odpowiedziałam i nim dodałam - ale muszę to rozważyć odpowiedział - no to należysz. Przyjdź jutro z tymi śpiewaczkami na spotkanie - podał adres i uciekł tanecznym krokiem.
No cóż - pomyślałam - wszak się nie deklarowałam, zdążę rozważyć.

ENEROZE



Na podstawie wspomnień Eneroze uzyskanych i uzupełnionych przez Dagridę oraz wspomnień Ewaldyny
________________

-Dlaczego nie zorganizujecie jakiegoś teatru w naszej szkole zamiast udzielać się w męskim? -
Spytała Eneroze swoją sekretarkę.
-To nie jest teatr męski tylko międzyszkolny - wyjaśniła Ewaldyna a Eneroze przygryzła wargi.
Ewaldyna nie zwracała na takie szczegóły tak wytężonej uwagi jak Mrilareza więc swobodnie kontynuowała - i wyszło to przypadkiem. Byłyśmy na targu aby uczyć się sztuki kupowania ...
-Oooo - niby to uprzejmie wyraziła swe zdziwienie Eneroze ale tym razem Ewaldyna spostrzegła kryjącą się za tym kpinę więc wyjaśniła - to tylko z pozoru jest proste ale trzeba się
orientować w cenach i umieć wybrać najlepszy produkt.
-Co racja, to racja - przyznała tym razem już poważnie dyrektorka - jednakoważ w kwestii teatru niektórzy mogą sądzić, że szukacie okazji do poznania chłopców.
-Uzgodniłyśmy, że zawsze będzie z nami Emriwalda - odpowiedziała Ewaldyna.
-To dobrze. W ogóle dobrze, że mi o tym powiedziałaś bo gdyby wpierw dowiedzieli się członkowie organizacji " Porządkowanie społecznych relacji", mogłoby dojść do skandalu.
Eneroze dowiedziała się o sprawie na tyle wcześnie, że w towarzystwie Luridutei udała się
obejrzeć pierwszą wizytę dziewcząt w kółku teatralnym. Nauczycielki przyszły z wyprzedzeniem aby zapewnić organizatorów, że nie zamierzają przeszkadzać lecz obserwować.
Dlatego zaskoczyły rozbawioną Eluksendreę, samą w otoczeniu mężczyzn i chłopców. Nie było to tak całkiem naganne gdyż asystent reżysera był jej kuzynem a brat należał do młodocianych
aktorów.
-Eluksendreo - spytała mimo to Eneroze - dlaczego nie powiadomiłaś żadnej z nauczycielek o tym, że bierzesz udział w próbach teatralnych? Zadbałabym o zapewnienie ci takiego
towarzystwa dzięki któremu nie mogłabyś się spotkać z obmową.
-Oddelegowałałabyś jedną z nauczycielek ? - Zdziwił się Nattufor .
-Nie. Zobowiązałabym jej matkę do zadbania o reputację córki. Dziś przyszłyśmy przez wzgląd na dziewczęta, które niedawno zaprosiliście do współpracy, nie macie nic przeciw temu, że
trochę poobserwujemy?
Nie uwierzyła w szczerość zapewnienień, że absolutnie nie przeszkadzają ale udała, że wierzy i grzecznie zajęła zaproponowane jej miejsce z tyłu, obok usiadła Luirduetea
- dziewczynki z pewnością zjawią się dokładnie o czasie - zapewniła i chciała jeszcze coś dodać ale przeszkodziło jej pełne niechęci zdziwienie Eluksendrei - Milareza?
-Masz coś przeciwko niej? - Zapytała Eneroze.
-To oczywiste -odpowiedziała zamiast dziewczęcia Luirduetea - to Milareza powinna być prymuską.
-Sama mówiłaś, że ona nie ma czasu - zaaoponowała Eluksendrea.
-Myliłam się, zawsze go znajduje gdy komuś trzeba pomóc.
Rozmowę przerwało im wejście reżysera w towarzystwie nauczycielki ze szkoły muzycznej.
-Nie ma jeszcze tych twoich? - Zwrócił się do Luirduetei
-Przyjdą o czasie, zdążą zająć miejsca a najmniejsza z nich będzie patrzeć ze zdziwieniem dlaczego jeszcze nie zaczynasz.
Jest bardzo skrupulatna - wyjaśniła z przekąsem.
Wbiegła grupka dziewcząt ze szkoły muzycznej, oczywiście zmieszały się na widok Eneroze, ona zaś szepneła do Luiduetei - zostało jeszcze osiem momentów. Jesteś pewna, że przyjdą
punktualnie?
-Zobaczysz, będą moment przed czasem i zdążą tylko zająć miejsca. - odpowiedziała.
Zaciekawiony Enilioborian skupił wzrok na zegarze. 2 momenty przed czasem weszły Emriwalda, Ewaldyna, Lalotta, Dagrida i Milareza.
-Przyprowadziłam przyjaciółkę - może się przyda - wyjaśniła Milareza wskazując Dagridę.
-Zobaczymy - życzliwie odrzekł reżyser. Od początku lubił Milarezę.
-Moja ukochana guwernantka będzie nam towarzyszyć dla przystojności - wyjaśniła jeszcze.
-W porządku - odrzekł - dobrze, że o tym pomyślałaś.
Choć Luirduetea nieco się pomyliła co do czasu pojawienia się dziewcząt, w jednym miała rację: ledwo zdążyły zająć miejsca już był czas na rozpoczęcie spotkania i Enilioborian, ku wyraźnemu zaskoczeniu większości aktorów, zaczął je punktualnie. Parę osób się spóźniło, gestem nakazywał im milczenie.
Gdy Eluksendrea śpiewała jedną z piosenek wzbogacających sztukę, weszła Ramata najlepsza uczennica szkoły muzycznej. Z leciutką pogardą słuchała wcale nie tak złego śpiewu przyszłej prawniczki.
Jako następną Tagunak wskazał Ewaldynę. Wzgarda znikła z oblicza Ramaty gdy ta zaczęła śpiewać
zaś Enilioborian poprosił - to teraz jeszcze zatańcz z .... Tym kolegą! Eneroze nie zdawała sobie sprawy, że Ewaldyna tak pięknie śpiewa tym bardziej nie spodziewała się, że znakomicie tańczy bo na żadnych szkolnych imprezach nigdy nie tańczyła. Tekst mówiony też wypadł dobrze.
-Ona - powiedział stanowczo Enilioborian - teraz wybierzemy dziewczynę do roli Daralmesetty czyli rywalki pięknej Nalicemaryndy. - Ty spróbuj - wskazał Ramatę. Ramata zaśpiewała tę samą piosenkę co Eluksendrea, tylko dużo lepiej.
- Co myślisz? - Spytał Enilioborian najlepszego śpiewaka w zespole.
-Jest bardzo dobra - ale sprawdźmy jeszcze inne - odrzekł Tagunak - próbuj - nieoczekiwanie wskazał Dagridę.
Zaśpiewała coś innego, całkiem poprawnie ale nie dorównywała Ramacie.
-Dobra jest. Przyda się w chórze - ocenił Tagunak - następna! Większość dziewcząt odpadała w scenach mówionych. Przyszła kolej na Milarezę. Od razu zaznaczyła, że śpiew nie jest dla niej, chyba, że wolno fałszować. Tagunak się zaśmiał ale bez ironii, raczej z sympatią. Weszli dwaj nauczyciele z męskiej szkoły. Enilioborian gestem nakazał im milczeniei wskazał miejsca obok Eneroze i Luirduetei. Wyraźnie speszyli sie na ich widok. Czyżby chcieli przyłapać uczennice na niestosownym zachowaniu? A może Enilioboriana? No to im się nie udało.
-Jakiś wierszyk poprosimy - uśmiechnął się do dziewczyny Enilioborian.
-No i cóż, że nie wypada - Milareza zdaniem Eneroze wybrala tekst fatalny i mówiła jak prozę - lecz przynajmniej go wybadasz. Choć twarz piękna na sercu mieć może skazę. Chcesz mieć męża czy obrazek?
-Pięknie - orzekł Tagunak - ale akurat Dazolia ma do zaśpiewania sporo piosenek. (Dotąd nie było mowy o żadnej Dazolii)
-Tak tylko, że ona jest postacią komiczną więc może fałszować - usłyszawszy to Tagunak znowu się zaśmiał.
-Znasz tę sztukę - zauważył Enilioborian.
-Tak i mam taki trochę karkołomny pomysł na taniec Dazolii z takim partnerem - wskazała na najwyższego z obecnych Nattufora.
-No rzeczywiście karkołomny - ocenił Enilioborian.
-Wiem ale wspierałam jeszcze wyższego tancerza w tańcu, który dał mu papiery tancmistrza. On to wymyślił i opracował a tę sztukę by to doskonale wzbogaciło. Pomyślałam o tym już wtedy gdy ją ujrzałam wkrótce po tym pokazie tanecznym. W sztuce odbywa się bal i właśnie wtedy możnaby zatańczyć.
Oczywiście nie musielibyśmy wykonać całego tańca bo to wymagałoby wielu ćwiczeń a i tak na pierwszym planie muszą być Nalicemarynda i Winiriusz.
-Zdemonstruj - poprosił Nattufor.
-Żałuję, że nie wzięłam lalki bo i tak zademonstrować mogę tylko męską rolę, moja bez współpartnera, tylko momentami jest możliwa i nic nie wyjaśni.
-No to próbuj męską - odrzekł. Spróbowała, potem jeszcze wykonała rysunki objaśniające a wreszcie spróbowali razem. Trochę to śmiesznie wyglądało ale Nattufor powiedział do Enilioboriana - to trzeba poćwiczyć i będzie dobrze.
-Wierzę - odrzekł reżyser i zwrócił się do dziewczęcia -Podaj mi swoje imię - odważna dziewczyno abym mógł cię znaleźć - To nie było nic niezwykłego, wszystkie o to prosił bo wszystkie zostały wybrane, jak nie do ważnej roli to przynajmniej scen zbiorowych.
-Milareza - odpowiedziała, przez chwilę miał głupią minę a potem powiedział - aha, stąd się wzięło "słowo uczennicy". Eneroze nie zrozumiała co miał na myśli, zamierzała później zapytać lecz zapomniała bo bardziej interesowała ją wizyta nauczycieli z męskiej szkoły. Próbowała ich podpytać - widzę, że was też interesuje ten teatr - powiedziała.
-No jasne - odrzekł Wuntuz - trzeba trzymać rękę na pulsie. Widzę, że wy przyszłyście całą brygadą.
Milareza, obserwowała ich, Na koniec skupiła uwagę na młodszym bracie Eluksendrei. Dlatego Eneroze spytała go gdy wychodził - pokłócilłeś się z siostrą?
-Nie wiem o czym mówisz odrzekł. Chyba jednak wiedział bo niby dlaczego Eluksendrea dała mu z zamierzenia dyskretnego lecz jednak przez wielu zauważonego kopniaka?
____________
 

 
http://b4.pinger.pl/50284787d9af96fee0ed9e1d713584a6/TYTUY.jpg
8
http://b4.pinger.pl/13088dd60de51013b101922ec5505347/TYTUY.jpg
Tego wątku Karis dotąd nie znał. Opowiedział im to jeden z degedeńskich mistrzów rzemiosła, dawniej kolega Arnusza.


A R N U S Z
Ojciec przywiózł Arnusza do szkoły po tym jak parobek przyłapał go ze swoją córką na obściskiwaniu i postanowil nająć się gdzieś gdzie lepiej ją uszanują.
Alternatywą było ogłoszenie zaręczyn ale złotnikowie nie zamierzali ani żenić syna z córką parobka ani się tego
parobka pozbywać.
W konsekwencji to Arnusz musiał opuścić dom.
Ojciec przywiózł go do swego stryja, który z dawna wyemigrował ze Snesz wiedząc, że warsztat
złotnika odziedziczy jego starszy brat (dziadek Arnusza) a on musiałby całe życie być tylko czeladnikiem.
Teraz wyuczony przez najlepszych spośród mistrzów mieszkał w niezbyt dużej odległości od Degeden, siedziby dwóch słynnych zespołów szkół zawodowych.
Ojciec zostawił Arnuszowi wierzchowca i kazał na niego i siebie uczciwie zarobić. Niezależnie od tego oczywiście zapłacił stryjowi za naukę napomykając przy tym, że Arnusz już dużo umie.
Stryj był grzeczny, uśmiechał się potakiwał ale przypadkiem usłyszeli jak nocą mówi do swej żony: albo ten smarkacz ma lewe ręce do roboty albo jest łobuzem. Nie wypada mi odmówić a najchętniej to bym go pognał. Coś w tym jest, że tak nagle Ezroch postanowił go usunąć z domu. Nikt się dobrego pomocnika tak łatwo nie pozbywa.
-Skąd wiesz, że nagle? Może po naszym wyjeździe zaczęli nad tym deliberować?
-Nie, nie, nie. Gdybym ja miał pracowitego, zdolnego, grzecznego syna to bym go trzymał jak skarb. Ja to sam uciekłem, nikt mnie nie wyganiał. Arnusz miał nadzieję, że ojciec się rozmyśli i go tu nie zostawi ale on milczał a gdy go już Arnusz na statek powrotny odprowadzał rzekł mu:
Zarób na lepszą opinię. Przecież naprawdę jesteś dobrym złotnikiem i porządnym człowiekiem.
No i zakręć się za którąś z córek stryja to może wam warsztat zapisze.
Córki stryja pięknościami nie były lecz Arnusz zauważył, że są miłe, uczynne, radosne i pracowite.
Wiekowo najlepiej do niego pasowała średnia, najładniejsza była najmłodsza ale ze względu na warsztat postanowił się starać o najstarszą.
Od poczatku było widać, że stryj go nie lubi. Nic co Arnusz zrobił mu nie pasowało, wszystko krytykował. Arnusz zamierzał zacisnąć zęby i wytrzymać, niestety szybko mu się odmieniło.
Punktem zwrotnym był szkolny bal a raczej to co się przed balem zdarzyło.
Właśnie kończył się ubierać gdy wszedł stryj - śmietnik zostawiłeś na dole- powiedział - idź to najpierw posprzątaj a potem sie szykuj na bal.
-Niech ten sprzata, kto nabałaganił - odrzekł Arnusz bo dobrze wiedział, że zostawił po sobie porządek - od jutra szukam nowego zatrudnienia a z takiego pracownika jak ja każdy będzie zadowolony, nie muszę tutaj być pomiotłem.Wyszedł trzaskając drzwiami i pognał konno na bal.
Początkowo nie kwapił się do tańca bo humor miał całkiem zepsuty. Potem jednak słyszał jak jeden chłopak drugiego pyta kim jest ta ruda ślicznotka, z którą przed chwilą tańczył.
-Milareza, wnuczka Orborta - wyjaśnił tamten i wtedy Arnusza olśniło - nie musiał się starać o złotnikównę. Jego matka pochodziła z prastarej linii matek władców. Pierwsza władczyni Haberland zwała się Adela Haber i to ona zdecydowała, że następcą tronu będzie jej najstarszy
syn Miron a po nim najstarszy syn jej najstarszej córki. Ten system dziedziczenia utrwalił się w
Haberlandach. Tolimania go przejęła a pramatką tolimańskiej dynastii była Tola prawnuczka Adeli, zwanej w
Tolimanii Atelą . Druga po tej, której syn miał dziedziczyć władzę w Haberlandach.
Milareza nie pochodziła od Toli była jednak córką człowieka niewyobrażalnie bogatego a przy tym przyrodniego brata ówczesnego mirona Tolimanii.
Arnusz widział, z którą dziewczyną tańczył chłopak zapewniający, że była to Milareza i natychmiast poszedł ją poprosić do tańca. Nie dość, że była utytułowana to i piękna na dodatek.
Starał się tańczyć z nią jak najwięcej ale gdy ktoś go wyprzedził, prosił inną. W tańcu odzyskał humor.
W pewnym momencie nie wiedzieć skąd, wśród tanecznic pojawiła się dziewczyna, której solowy taniec kojarzył mu się z szalejącą, haberlandzką śnieżycą. Udało mu się z nią zatańczyć nim zniknęła.
-Czy jesteś Haberlandką? - Zapytał ją w ojczystym języku.
-Teraz jestem tylko tańczącą śnieżycą-odpowiedziała po karebordżańsku.
Oczarowała go tym tańcem. Szkoda, że nie widział jej twarzy.
Potem zniknęła a on wrócił do czarowania "Milarezy"
Obawiał się, że kiedy wróci do domu stryja jego rzeczy będą wystawione za próg ale nie. Mógł spokojnie iść do swojego pokoiku nad warsztatem i się przespać a przez następne dni stryj za bardzo się go nie czepiał.
Dopiero po trzech powiedział, że załatwił mu odlot do domu bo są tu tacy co mają latające maszyny. Arnusz zdołał sie pożegnać ze swoją Milarezą. Poczekał na nia przed jej szkołą. Zrobili sobie długi spacer, dużo rozmawiali . Zwierzył jej się, że boi się lotu.
-Ja już nie jeden raz latałam - powiedziała - ale za każdym razem się boję. Znaleźli się w mało uczęszczanym miejscu. Potem obiecał, że wyśle do niej swatów.

http://b4.pinger.pl/6ad26dd1847eb5f53c2db26331a6d572/TYTUY.jpg ***

PROBLEMY Z SYMELINDĄ
Myślałam o Symelindzie tak samo jak Nala, która wprost jej powiedziała - ty chyba jesteś nienormalna. Co by ci szkodziło gdybyśmy obejrzały te pisma?
-A musiała się nimi tak popisywać?
- Zazdrość cię zżera co?
-No wiesz!
-Gdybym ja była na jej miejscu to już dawno pokazałabym te listy bo niby dlaczego nie? - Wtrąciła swoje trzy grosze Humraga.
-----
Opowiedziałam co się wydarzyło na lekcji Ewaldynie.
-Wstrętna dziewucha - zdenerwowała się - prawie oskarżyła Milarezę o kradzież kufra, kto wie czy cichaczem nie psuła jej opinii ...
-Cooo? - Symelinda akurat weszła do naszego pokoju, jak zwykle bez pukania a sama wymaga aby do niej pukać. -Coś ty powiedziała?
-Skoro się podsłuchuje to czasem można coś niemiłego usłyszeć-oświadczyła Ewaldyna.
-Nie podsłuchiwałam tylko weszłam.
-Nie słyszałam pukania.
-Nie odwracaj kota ogonem. Niby kiedy oskarżałam Milarezę o kradzież?
-To już nie pamiętasz jak się zachowałaś kiedy ci dostarczyła kufer?
-Ojej, niech nie będzie taka delikatna, tylko zapytałam czy nie grzebała w moich rzeczach.
-A ty czasem w naszych nie grzebiesz? Przecież włazisz tu bez pukania.
-Jak możesz! To ty jesteś wstretną dziewuchą nie ja.
-O co ci chodzi? Przecież ja tylko zapytałam. Nie bądź taka delikatna.
Symelinda wybiegła trzaskając drzwiami.
-Naskarży na mnie Eneroze - stwierdziła Ewaldyna ale zbytnio się tym nie przejęła.
Następnego wieczora Eneroze nas odwiedziła w towarzystwie Luirduetei i kazała zawołać Symelindę do naszego pokoju. Natychmiast wyciągnęłam kosz owoców.
-Nie trzeba - powiedziała Luirduetea.
-Ależ my to mamy od Rezeryki abyśmy godnie reprezentowały Siegridówkę wobec gości. Byłaby niezadowolona gdybyśmy się okazały niegościnne.
-Może ale na razie to schowaj.
Symelka przyszła z paterą ciastek (żadna z nauczycielek tego nie skomentowała).
- Mogłybyście chociaż jakieś picie naszykować - skrytykowała nas.
Ewaldyna wymieniła spojrzenia z Eneroze po czym widząc gest przyzwalający poprosiła mnie abym się tym zajęła, sama zaczęła częstować ciastkami przyniesionymi przez Symelindę, mnie nałożyła na talerzyk i sobie też jedno wzięła. Chciało mi się z tego śmiać bo Symelinda nigdy nas niczym nie częstuje . W sumie fajnie jest być uczennicą i mieć uczniackie problemy.
-Powtórz Symelindo przy Ewaldynie co mi powiedziałaś -poprosiła Eneroze.
-Powiedziałam, że jest mi przykro bo Ewaldyna oskarża mnie o przeglądanie ich rzeczy.
-Tak było Ewaldyno?
-Nie, ja tylko zapytałam czy tego nie robi i była to replika na jej twierdzenie, że ona Milarezę o coś takiego też tylko zapytała i Milareza nie powinna się tym przejmować.
-No widzisz Symelko - powiedziała grzecznie Eneroze - a ty się jednak przejęłaś. Czego teraz od mnie oczekujesz?
-Bo one jeszcze o mnie plotkują i nazywają wstretną dziewuchą, i mnie izolują.
-To nie tak - odpowiedziała Ewaldyna, która zresztą już wcześniej wyjaśniła wszystko Eneroze.
-Meliwaretta opowiedziała mi co się działo u nich na lekcji i kiedy wspomniała o pismach dotyczących kufra mnie sie nagle przypomniało jak Symelinda oskarżała Milarezę aż Milareza podobno w nocy płakała i wyrwały mi się słowa "wstrętna dziewucha" a Symelka akurat podsłuchiwała.
-Nie podsłuchiwałam. Wchodziłam.
-Tak cicho, że nawet drzwi nie zaskrzypiały a nam do siebie każesz pukać. Ponadto to nie my ciebie tylko ty sama się odizolowałaś. Nawet kiedy cię prosiłam abyś pomogła w nauce Meliwaretcie powiedziałaś, że każdy uczy się na swój rachunek. Z Milarezą nie było problemu. Ona na pewno cieszyłaby się z postępów Meliwaretty nawet gdy Meliwaretta odebrała jej palmę pierwszeństwa.
-Ma powody do dumy - oświadczyła Luirduetea - Meliwaretta przesunęła sie w rankingu uczennic tego kursu na piątą pozycję. Tobie Symelko też należą się gratulacje. Jesteś ósma. Mam nadzieję, że od połowy arla załatwię ci miejsce w bursie. Wytrzymajcie ze sobą jeszcze te trochę. W końcu to chyba nie takie trudne. Ewaldyno?
-Oczywiście i jeszcze raz zapewniam, że to pytanie o grzebanie w naszych rzeczach postawiłam wyłącznie w celach wychowawczych.
-I mam nadzieję, że nie będziesz jej więcej nazywać wstrętną dziewuchą?
-Nie mam takiego zamiaru.
-Powinnaś mnie przeprosić - oświadczyła Symelka.
-Za wstrętną dziewuchę? Dobrze, przepraszam. To nie było eleganckie. A czy ty nie powinnaś przeprosić Milarezy?
To pytanie zostało bez odpowiedzi.
- No to teraz Ewaldyno - zadysponowała Eneroze - prowadź mnie do Milarezy. Chciałam zobaczyć ten nowy kompleks kuchenny a bez niej zwiedzać nie wypada.
Kompleks kuchenny był w budowie. Postawiono już piece różnych narodów, większość mieściła się w pawilonie, który był prawie gotowy w momencie przywiezienia, wymagał tylko skanalizowania i urządzenia, a dwa na dworze. Ponadto były tu tłocznie i masa innych urządzeń.
Eneroze chciała uzgodnić czy będą mogły z tego korzystać dziewczęta z kursu prowadzenia gospodarstwa domowego. Milareza chętnie się zgodziła stawiając jednak warunek, że po wcześniejszym uzgodnieniu ponieważ ona też tu będzie brała lekcje, prowadzone przez specjalnie sprowadzoną nauczycielkę.
-A to nasza ci nie odpowiada? -Zdziwiła się niemile Eneroze
-Nie ma do mnie cierpliwości - odpowiedziała spokojnie Milareza - jest przyzwyczajona do zdolniejszych dziewcząt a ja wszak też chcę się czegoś nauczyć. W Tolimanii zbliżają się pokazy dla panien pretendujących do godności dorosłych, muszę się bardzo starać aby uzupełnić braki w moim wyszkoleniu.
Eneroze zadowoliła się tą odpowiedzią, miała do Milarezy jeszcze jedną sprawę. Zbliżało się drugie półarle nauki i zgodnie z regulaminem powinnyśmy podjąć pracę, to znaczy te z nas, które jeszcze nie pracują. Tymczasem nie zawsze jest o nią łatwo.
-Czy nie mogłabyś założyć biura porad prawnych oraz korespondencji urzędowej? - Zapytała - miałabyś zajęcie ty i niektóre z twoich koleżanek.
-Jestem gotowa o tym pomyśleć - odpowiedziała Milareza.
Od razu wiedziałam, że muszę zrobić wszystko aby dostać pracę w tym biurze. Właściwie wolałabym je sama założyć lecz nie chciałam zdradzać, że mnie na to stać. Są to przecież pieniądze z rozbojów Wenkebeza i moich kradzieży. Uciekłam z nimi zaraz potem gdy się dowiedziałam, że go aresztowano. Szczęśliwie wieści były szybsze niż strażnicy a ja się też długo nie wahałam.
Luirdutea zostawszy nieco z tyłu z Ewaldyną, spytała ją a ja natężyłam słuch aby słyszeć : pewnie uważasz,że dziwnie się wobec was zachowałyśmy? Nie chciałyśmy aby Symelinda odniosła wrażenie,że wasza gościnność ma wpływ na naszą ocenę sytuacji. Oczywiście nie powtarzaj tego Meliwaretcie.
Nie było takiej potrzeby. Nawet gdybym nie słyszała to już się przecież domyśliłam. Chciałabym aby mi kiedyś tak ufała jak Ewaldynie.

 

 


9

Mezgechemeza była pewna, że uda się załatwić sprawę wykorzystania kompleksu kuchennego Milarezy w celu pokazania uczennicom kuchennych urządzeń różnych narodów.
Poprosiła o wstawiennictwo nie tylko Eneroze ale i żonę następcy tolimańskiego tronu. Stało się to przypadkiem. Omawiała pewnego dnia z zarządczynią Siegridówki Lukipeterą listę zakupów. Lukipetera musiała ją na chwilę opuścić i właśnie wtedy zaświstało milanderłącze. Umiała już odbierać rozmowy, to nie było trudne. Łatwiejsze niż otworzenie drzwi. Na ekranie ukazała się Grisolda, Mezgechemeza jeszcze jej nie znała ale natychmiast powitała w języku haberlandzkim bo ponoć jest bardzo podobny do tolimańskiego a tolimańskiego nie znała. Wyszło jeszcze lepiej. Okazało się Grisolda też była z pochodzenia Haberlandką i chwilę miło pogawędziły.
Grisolda skorzystała z okazji aby zapytać o postępy Milarezy w dziedzinie gotowania a Mezegechemza by zapewnić sobie poparcie. Przedstawiła Grisoldzie plan użytkowania kompleksu przez swoje uczennice, Grisolda absolutnie nie widziała żadnych przeszkód. Poprosiła o przekazanie Milarezie,że zmieniła termin pokazów.


Mezegechemza przekazała to Lukipeterze - Wiem bo byłam jej zaufaną uczennicą. Zamierzała pomówić jeszcze z Rezeryką o harmonogramie swoich zajęć ale jakoś się nie złożyło. Albo nie było Rezeryki albo gdy już była, nie spotkały się a raz nauczycielce akurat "wyszło to z głowy".
Nie widziała jednak problemu bo zdobyła plan zajęć Milarezy i dopasowała do niego lekcje w jej kuchni. Do czasu wszystko szło znakomicie.
Pewnego dnia jednak gdy podchodziłyśmy do kompleksu, wyszła nam na przeciw Emriwalda
- Nie możecie tam teraz wejść - powiedziała.
-A mogę wiedzieć dlaczego? - Oburzyła się Mezgechemeza.
-Daruj ale to chyba nie ja powinnam się tłumaczyć przed tobą - odpowiedziała Emriwalda - wiem, że Milareza zgodziła się udostępnić waszej szkole ten kompleks, jednak terminy miały być uzgodnione.
-Przecież uzgodniałam.
-Sugerujesz, że Milareza mogłaby to przeoczyć? Na pewno nie. Ona wszystko ma zaplanowane, jest pedantką i nie ma takiej możliwości aby znając twój harmonogram dopuściła do kolizji z własnym. Nie ma takiej możliwości - powtórzyła z naciskiem.
-Ale przecież dziś powinna ćwiczyć taniec z Nattuforem.
-Nie. Dziś powinna być w swojej kuchni.
-Może wobec tego włączymy się w jej zajęcia.
-Nie.
-Nie będziemy przeszkadzać, dziewczęta chętnie pomogą w podrzędnych pracach.
-Wierz mi, będziecie przeszkadzać.
-Omówiłam wszystko z prześwietną Grisoldą...
-Z kim? ... A jak się skontaktowałaś z Grisoldą?
Dało się wyczuć że to nie jest grzecznościowe pytanie, nauczycielka najchętniej wykręciłaby się od odpowiedzi. Niestety nie miała pomysłu jak a całą my obserwowałyśmy. Powiedziała więc prawdę. Gdy później zrelacjonowała sytuację Lukipeterze, ta się wystraszyła - dostojna Rezeryka wpadnie w szał, one z Grisoldą się po prostu nie znoszą. Jeszcze ja przy okazji oberwę.
-A to nie Grisolda jest ważniejsza?
-Tutaj? Nie. To posesja Rezeryki i to w państwie niepodlegającym władzy mirona a gdyby nawet podlegało to niekoniecznie chciałby się w to mieszać.
Rezeryka zjawiła się nazajutrz a dowiedziawszy się, że zastanie Mezgechemezę w kompleksie kuchennym podczas lekcji, wzięła ze sobą nauczycielkę Milarezy Pnuczillę. Zaproponowała aby dalszą część lekcji poprowadziła Pnuczilla i w związku z tym zapytała jaki jest temat lekcji. Była absolutnie spokojna. Gdy już znalazły się sam na sam powiedziała po prostu - spakuj swoje rzeczy i więcej nigdy tu nie przychodź. Jeżeli chcesz aby uczennice miały tu czasem lekcje omów to z Pnuczillą i niech ona te lekcje prowadzi. Ciebie nie chcę tu już widzieć.
-Co takiego zrobiłam?
-Oplotkowałaś moje dziecko i to przed moim największym wrogiem. Na podstawie tego co ty powiedziałaś, Grisolda zdecydowała, że Milareza nie musi brać udziału w pokazach by ją zdyskwalifikować.
-Nie zdawałam sobie sprawy, że to tak wygląda.
-A tego, że to nie Grisolda zarządza kompleksem kuchennym Milarezy też nie wiedziałaś?
-Nie było ciebie, nie miałam z kim uzgodnić.
-Daruj sobie. My widziałyśmy się jakieś pięć dni temu, Milarezę widujesz codziennie. A gdybyś nawet
żadnej z nas nie widywała jest jeszcze Lukipetera, Emriwalda i milanderłącze. A... i jeszcze Pnuczilla.
-Sądziłam, że mogę korzystać z kompleksu kiedy Milareza ma inne zajęcia..
-Gdyby tak było Milareza nie postawiłaby warunku, że twoje zajęcia mają być z nią uzgodnione.
Z nią! A nie Grisoldą!
Mezgechemeza była pewna, że to co się stało było wynikiem złośliwości urażonej Milarezy.
Spytała nawet Nattufora dlaczego już nie ćwiczy tańca z Milarezą.
-Ćwiczę - odrzekł - tylko zrobiliśmy przerwę bo Milareza miała jakąś bardzo ważną sprawę do załatwienie.
-No jasne pomyślała Mezgechemeza - chciała się na mnie zemścić. Musiała jednak w duchu przyznać, że powody były.


ENILIOBORIAN



Doczekałem się wreszcie wystawienia sztuki w mojej reżyserii. Początkowo były kłopoty. Żaden chłopiec nie chciał zagrać roli pięknej bohaterki. Owszem jej zazdrosną koleżankę, dowcipną wieśniaczkę, babulinkę tak ale, żaden nie chciał być porównywany do ślicznej dziewczyny. Wiedziałem że należałoby zaprosić dziewczęta lecz nie mogłem się na to zdobyć. Pomógł mu przypadek.
Pewna dziewczynka (wtedy jeszcze się nie znaliśmy) zawołała naszą grupę muzyczną abyśmy śpiewali pieśń szkoły i dodała do nam do towarzystwa dwie koleżanki.
Uroda jednej z nich wydała mu się wręcz idealna. Zdobyłem się na odwagę i poprosiłem je obie o przyjście na próbę. Potem jeszcze zaprosiłem ich niską koleżankę bo ładnie tańczyła i była odważna. Podziwiałem odważnych ludzi.
-A może weżmy jeszcze kilka ze szkoły muzycznej - zaproponował - Tagunak.
-Nie, bo musiałbym niektóre odrzucić a ta z brązowymi lokami jest w sam raz.
-Zawsze do czegoś się przydadzą - przekonywał mnie Tagunak - zresztą sam się tym zajmę. A tę czarnulkę niepotrzebnie zaprosiłeś, źle się z nią będzie współpracować. Mylił się. Gdy Lalotta zrozumiała, że Tagunak jest ważnym asystentem reżysera i nauczycielem w męskiej szkole muzycznej, nabrała do nigo szacunku i już się z nim o nic nie kłóciła. Niezależnie od nich, Nattufor sprowadził swoją kuzynkę, prawie obiecał jej główną rolę. Na szczęście zaznaczył, że ostateczną decyzję ja podejmę. Była zawiedziona gdy nie obsadziliśmy jej w żadnej liczącej się roli. Miała tylko śpiewć w chórze, tańczyć na balu i pięknie wyglądać.
Milarezie kazałem się ubrać jak dziewczynka, zachwytu nie było, nie protestowała jednak a nawet na własny koszt zamówiła odpowiedni strój i fartuszki aby trochę odmieniać swój wygląd. Zamówiła też stroje dla wszystkich występujących dziewcząt, w tym zespołu tancerek, którym dodatkowo sprawiła jednakowe ubiory co zresztą też w niektórych scenach wykorzystałem. Choć niczego w zamian nie żądała postarałem się aby dużo występowała. Była w obsadzie większości scen choćby tylko po to aby się gapić i wysłuchiwać relacjii narratora.
Nieoczekiwanie chłopiec będący narratorem rozchorował się. Dowiedziałem się o tym tuż przed spektaklem. - Kto go zastąpi? - Spytałem spanikowany. -Zrobimy to -niemal krzyknęła Dagrida do Milarezy.
-Mam nadzieję - jęknąłem.
-To się uda - powiedziała spokojnie Milareza. Wydawały mu się zbyt pewne siebie ale nie miałem wyboru bo tylko one się zgłosiły a nie było już czasu na dyskusje. Pierwsza ich scenka mnie zaskoczyła, Milareza zamiast wygłaszać tekst ze scenariusza zagrała mimiką.
-Spokojnie - powiedziała mi Ewaldyna - ona raz nam w ten sposób życie ocaliła. Zdębiałem i nie zauważyłem
kiedy tekst w formie pytań zaczęła wygłaszać Dagrida. Milareza potwierdzała gestani, chichotem, mruczeniem. Zrozumiałem. Grała rolę niemowy, składającej relację ciekawskiej koleżance. Obie dobrze znały sztukę i chyba wcześniej przećwiczyły dla zabawy swoje role. Dagrida świetnie odgrywała zaciekawienie, po za tym obie prezentowały całą gamę emocji, nie stały jak kołki tylko odgrywały realistyczne scenki i były świetne. Jeszcze im w trakcie co nieco popdpowiedziałem n.p. że jedna ze scenek ma być w czasie przerwy w pracach polowych i muszą do niej pasować. Milareza pośpiesznie zburzyła fryzurę Dagridy, ktoś dostarczył dla większego realizmu naczynie z pierogami. Do sceny końcowej przywieziono z Siegridówki słodycze aby Ewaldyna rzucała je na widownię. W innym momencie kazałem Milarezie dołączyć do chóru i na migi pokazać, że ona niestety śpiewać nie może.Tagunak omal nie spadł z ławki gdy to zobaczył. O taki efekt mi chodziło.
Prawie powinienem dziękować Tydengalowi, za to, że zachorował - powiedziałem do mojego asystenta.
-Powiedz raczej, że zasabotował przedstawienie bo chory to on nie jest - wtrąciła się Ramata po czym poszła ucałować Milarezę.
Przypomniałem sobie jak Eneroze pytała - sądzisz, że nasi koledzy zjawili się na próbie by postawić zarzuty tobie czy dziewczętom?
-Nie miałbym takich podejrzeń - odpowiedziałem wtedy - po prostu mieli prawo zwizytować a ja nigdy
nie pozwoliłbym aby dziewczętom nie towarzyszyła żadna ze starszych nauczycielek. Widziałaś chyba, że przyszła Ilga ze szkoły muzycznej.
-Aha a więc to ty o tym pomyślałeś?
-Oczywiście. Dziewczęta są przecież zbyt niedoświadczone i naiwne aby wszystko przewidzieć. Miały prawo sądzić, że my o to zadbamy.
Poszedłem zaraz po przedstawieniu do Tydengala ale nie było go w domu.
-Mam nadzieję, że dobrze się czuje - stwierdziłem.
-A co się stało? - zaniepokoiła się jego matka.
-Nie przyszedł na przedstawienie. Wygląda na to, że je zasabotował.
-I co nie wyszło? - Spytał ojciec wychodząc z innego pomieszczenia.
-Przeciwnie. Lepiej wypadło bez nigo niż z nim. Koleżanki go zastąpiły..
Ojciec przez chwilę wyglądał ja uderzony - wszędzie te dziewczyny - powiedział oburzony - jak ci nie wstyd je popierać.
-Nie moja wina, że w sztuce jak w życiu są mężczyźni i kobiety. Zresztą żenić też się zamierzam z kobietą. Matka niedoszłego narratora zachichotała zaś ja ukłoniłwszy się wyszedłem.
Nie omieszkałem później wspomnieć Eneroze jak bardzo zaniepokoiła mnie uwaga Ewaldyny, że Milareza im raz grą mimiczną życie ocaliła. Erenoze to zbagatelizowała - młode dziewczęta lubią przesadzać.
Po spektaklu dużo mówiło się o Milarezie.
-Myślisz, że dałoby się ją wciągnąć w akcję dobroczynną? - Spytał mnie Walturian.
-Próbuj.
-Mnie chodzi o to abyś ty zapytał, masz już kontakt.
- No nie bardzo. Sztuka wystawiona, nie ma prób. Poproś Eneroze - wymigiwałem się. Tak się jednak złożyło,że spotkałem Milarezę wśród obserwatorów prób zespołu tanecznego dziewcząt. Opiekę nad nim przejął Nattufor a ja miałem właśnie do tego kolegi sprawę. Przy okazji usłyszałem jak dwie tancerki krytykują stroje sprawione im jako zespołowi przez Milarezę. W życiu już się nauczyłem, że na prezenty się nie wydziwia jeżeli chce się jeszcze kiedyś coś dostać. Palnąłem więc bez namysłu: To sukienki mogłyby z was być niezadowolone a nie na odwrót. One są świetne.
Później wykorzystałem okazję by przedstawić prośbę Walturiana Milarezie, spytała jak może się z Walturianem skontaktować a wkrótce potem szykowała kanapki na posiłki dla biednych, sponsorując je przy okazji.
Kolega dziękując mi dodał - a pomysł z Eneroze był beznadziejny. Powiedziała mi, że Milareza jest zbyt zajęta. od razu pomyślałem, że jednak na teatr czas miała.
-No trochę się musiałem do niej dostosowywać - przyznałem.
-Na naszej akcji też nie zawsze może być - wyjaśnił Walturian -lecz czasem może i jest chętna. Kanapki tak pięknie komponuje, że nie powstydziłoby się ich najwytworniejsze przyjęcie i robi to szybko. Po prostu skarb nie dziewczyna choć kuzynka Nattufora sądzi inaczej.
Tylko jedno mnie cały czas męczy - ja już gdzieś słyszałem jej głos a i ona gdy mnie pierwszy raz ujrzała jakby się speszyła. Nie wiesz gdzie ja ją mogłem spotkać?
-Nie uwierzysz ale nie wiem - odpowiedziałem.
 

 

10


Gdyby chodziło o kogo innego Fantegris pewnie powiedziałby po prostu, że w jego latalce koń się nie zmieści ale gdy usłyszał kogo miałby odwieźć do domu, nie tylko się zgodził ale najpierw poleciał do Tolimanii aby pożyczyć większy pojazd. Zrobił to potajemnie i wziął "pigułę" Orborta co do której miał nadzieję, że dostanie ją w testamencie.
Zwykle lekceważył przepisy dotyczące odseparowania kierowcy od reszty pasażerów, tym razem ze względu na konia musiał się zastosować. Rozmawiał jednak z Arnuszem za pośrednictwem milanderłączy a rozmawiając pamiętał o ukrywaniu emocji. Nie znali się, Fantegris miał jednak swoje powody aby nie lubieć Arnusza i chcieć się go z Degeden pozbyć.
Był zaskoczony kiedy nowy kolega poprosił go aby w krótkim czasie przyleciał po jego rodziców. Arnusz koniecznie chciał się żenić z Milarezą.
-Tak ci się podoba? - Zdziwił się Fantegris. Dziwił się tym bardziej, że ostatnio widywał go z dziewczyną, która jemu samemu bardzo się podobała tylko dotąd nie miał śmiałości do niej zagadać.
-Piękna jest - powiedział Arnusz o Milarezie.
-No tak - przyznał Fantegris fałszywie - może trochę nudna ale ...
-Ja tak nie uważam - odrzekł nieco urażony Arnusz.
-A rozmawiałeś z nią kiedykolwiek?
-Tak na przykład o tym, że boi się latać.
Fantegris zachował powagę choć miał chęć się roześmiać. Milareza znała lotopławy od urodzenia a teraz była uważana za jednego z lepszych stangretlotów, on zresztą też.
Nabrał podejrzeń, że mówią o dwóch różnych dziewczynach i nawet domyślił się o której mówi Arnusz.
Dla upewnienia się powiedział - za to jej loki są piękne.
-Cała jest piękna i ma fascynujące kocie oczy - odrzekł Arnusz.
Fantegris nie pamiętał jakie oczy ma jego kuzynka ale że Meliwaretta miała kocie zauważył.
Postanowił nie prostować błędu kolegi a o sprawie opowiedział tylko mnie twierdząc, że będziemy mieli ubaw. Kiedy mi relacjonował jak podszedł Arnusza twierdząc, że Milareza ma loki mało się nie załamałam.
- No przecież ma, tylko czesze się w warkocze a ty się przecież dziewczętami nie interesujesz to nie zauważyłeś - wyjaśniłam nie wiedząc, że jedną się interesuje.
-A oczy? - Zapytał mnie.
-Niebieskie.
-Czyli nie kocie?
-No nie.
Ciągle słyszałam że mam brać wzór z Milarezy i niezbyt ją przez to lubiłam toteż chętnie zgodziłam się poczekać na rozwój wydarzeń.
Jednego nie przewidzieliśmy. Rozmowa z rodzicami Arnusza odbyła się bez naszej obecności . Kiedy próbowaliśmy o nią podpytać usłyszeliśmy że jesteśmy za młodzi a sprawa nas nie dotyczy. Dziwne ale wyglądało na to, że oświadczyny zostały potraktowane bardzo serio.
-No, Arnusz to w końcu nie jest najgorsza partia - ocenił Fantegris a ponieważ Arnusz nie mógł mu przeszkodzić sam zajął się rudą ślicznotką. Dowiedziałam się o tym później.
Za bardzo to on z dziewczynami nie umiał rozmawiać.
Zaczął od zapytania dlaczego podaje się za Milarezę. To nie było zręczne lecz od czegoś musiał zacząć.
-Raz tak zażartowałam a potem już mi nikt nie wierzył, że nie jestem - odpowiedziała.
-Widocznie za mało się starałaś przekonać o tym Arnusza, czy wiesz, że jego rodzice poprosili o rękę Milarezy? Jestem ciekaw jego miny kiedy zobaczy tę prawdziwą bo muszę przyznać, że nie jest tak atrakcyjna jak ty. I co ty na to?
-Nie chciałam aby tak wyszło. Może jakoś to odkręcę, powiem Milarezie.
-Daj temu spokój. Arnusz i tak się po czymś takim z tobą nie ożeni a ja... Czemu nie?
-Nie żartuj.
-Nie żartuję. od początku mi się podobałaś.
-Nikt nie dopuści do naszego ślubu więc mnie zostaw - odpowiedziała.
No cóż, pozostało mu tylko nadal ją od czasu do czasu śledzić za pośrednictwem latających, zdalnie sterowanych mikrokamerek. Wkrótce spostrzegł, że nie tylko on się nią interesuje. Była śledzona a raz zaczepiło ją dwóch drabów . Na szczęście gdy ktoś przechodził odeszli.
Tego wieczora ujrzał ich na monitorze w okolicach Siegridówki.
Czekali w powozie. Szybko pobiegł do latalki by móc w każdej chwili interweniować. Gdy zapadły ciemności postawił ją zamaskowaną w ogrodzie sąsiadującym z posesją Rezeryki..
W pewnym momencie spostrzegł Meliwarettę jak się tarabaniła z bagażami, aż nadto obciążającymi malutki wózeczek, wyszła przez furtkę wiodącą na pola. Podleciał gdy już uszła spory kawałek. Wysiadł i podszedł do niej.
-To ja - powiedział - nie krzycz - dokąd się wybierasz?
-Muszę. Ojciec mnie znalazł i grozi, że mi narobi wstydu na całe Degeden jeżeli natychmiast nie wrócę do domu i nie poślubię jego kolegi.
Zabrał jej ciężki kufer - co spadnie z wózka porzuć -poradził -i śpiesz się bo czekają przed bramą i gotowi zacząć się dobijać a wtedy Milareza cię znajdzie i jak przystało na chodzącą Etykietę postawi przed naczelnikiem Degeden aby rozsądził między tobą a ojcem.
Dała radę przewieźć to co jej zostawił. Szybko spojrzał na monitor. Mężczyźni stali wciąż tam gdzie ich widział ostatnio.
-A może ja cię niepotrzebnie zabieram? Może wolałabyś wrócić z nimi?
-Nigdy.
-Dlaczego właściwie uciekasz? Gdzie sie podziejesz? Może jednak powinniśmy to zgłosić naczelnikowi? - Fantegris zaczął mieć wątpliwości.
-A naczelnik powie, że ojciec ma prawo wydać mnie za kogo zechce. Nie. Nie chcę.
- Zastanawiam się gdzie z tobą lecieć.
-Do jakiegoś odległego miejsca. Jak najdalej stąd, tylko żeby używano tam albo języka festryjskiego albo karebordżańskiego bo innych nie znam.
-To się nauczysz - odrzekł postanawiając ją wywieźć do Auretanii.
Na razie do uzdrowiska gdzie nasi rodzice mieli domek, wiedział jak go otworzyć bez klucza.
Obiecał dziewczynie, że po nią przyleci, teraz jednak nie chce aby jej zniknięcie łączono z jego osobą więc musi szybko wracać do Degeden.
Miał nadzieje, że Meliwaretta nie znając auretańskiego nie odważy się uciekać, zresztą ukradkiem przyczepił jej do pilnie strzeżonej torebki lokalizator.
Pokazał gdzie są w domku zapasy żywności i poprosił aby nie wychodziła.
-Załatwię ci wszystko czego potrzebujesz - obiecał - tylko daj mi czas.




No to przegrałam tę partię. W chwili gdy Arnusz mi mówił, że się oświadczy coś mnie zaćmiło, gdyby nie to może już byśmy razem wyjechali i nie spotkałabym duetu złodziei z dyliżansu. Nie wiem czy mnie poszukiwali, czy nasze spotkanie było zbiegiem okoliczności, faktem jest, że mnie poznali - no popatrz Gentesmegiranie - powiedział rudy do jegomościa - tych kocich oczu nie da się zapomnieć. Są wyjątkowe. Pomyślałbyś, że nasza szarotka to taka ruda piękność?
Nie wiem czy jegomość by pomyślał ale ja słysząc czyjeś kroki pomyślałam, że trzeba wrzeszczeć, już otwierałam usta gdy grubas powiedział: już ci wybaczyliśmy, chodzi o współpracę. Podali mi czas i miejsce spotkania po czym ukłoniwszy się poszli dalej. Zrozumiałam, że czas uciekać. Moja mała zemsta na tych osobnikach była dużym błędem. Gdybyż chociaż zabrane im pieniądze, łącznie z tymi, które mi ukradli były mi niezbędne ale nie. Stanowiły nieznaczny dodatek do fortuny, której najistotniejszą część wiozłam przykrytą prowiantem w łatanej torbie ustawionej między mną i oknem. Okradłam ich bo moja złodziejska duma została draśnięta a przecież już wtedy nie marzyłam o dalszej karierze złodziejki więc czemu zrobiłam to jeszcze raz? . Nie było warto. Teraz musiałam uciekać nim mnie zmuszą do współpracy. Żal mi się zrobiło tego wszystkiego co mam a przecież nie jest kradzione, nie chcę wszystkiego kupować od nowa. Pożyczyłam od Dagridy jej wózek pod pretekstem, że przyda mi sie na targu. Pożyczka to nie kradzież.
Potem miałam szczęście bo zabrał mnie Fantegris, przytomnie powiedziałam mu, że znam tylko dwa języki. Uwierzył, zawiózł mnie do kraju, którego język też znam bo przecież szanująca się festryjka z elity auretański znać powinna. Może nie jestem w tym tak dobra aby udawać Auretankę ale chyba powinnam się dogadać. Po przemyśleniu sytuacji, zdecydowałam się jednak nie uciekać, przynajmniej nie tak od razu. Mało prawdopodobne aby jegomościowie mnie tu znaleźli. Drugi raz tułać się nie będę. Trzeba pochodzić do szewca, fryzjera, pralni, magla i na targ, posłuchać o czym ludzie mówią, ostrożnie podpytać i dopiero kombinawać jak to swoje życie dalej urządzić.
Szkoda mi szkoły w Degeden. Przesunęłam się w rankingu na czwartą pozycję podczas gdy dumna burmistrzanka została na ósmej. To mnie cieszyło, chciałam wyprzedzić jeszcze Eluksendreę i Nalę a może nawet zrównać się z Milarezą co byłoby trudne. W przeddzień mojej ucieczki dostała od dawna jej należne miejsce prymuski. Luirduetea powiedziała, że się bardzo pomyliła sądząc, że Milarezie braknie czasu. Milareza wszystko tak doskonale planuje, że czasu jej starcza. Wyróżnia się jako urodzona społecznica i szkoda byłoby to zmarnować.
Może zmienię sobie imię na jakieś inne, na nowo podejmę naukę i będę urodzoną społecznicą. To mi się teraz marzy. To społecznikowstwo to właściwie już zaczęłam bo Milareza poprosiła abym poszukała pracy na własną rękę. Trudno o taką pracę ale znalazłam bezpłatną. Stać mnie na to aby nie brać pensji no i obracałabym się w towarzystwie dam z elity Degeden, to mogłoby się przydać.
 

 

11


Amalka pisała o sobie w trzeciej osobie. Nie wiadomo dlaczego.

Amaldyna szybko przestała się przejmować ucieczką Meliwaretty.
Teraz najważniejsze było zrobienie i opracowanie materiału filmowego z wydarzeń mających z tym związek.
Do Siegridówki przybyli śledczy, wszędzie łazili, o wszystko wypytywali, trzeba było posłać za nimi jakąś kamerkę. Dziewczęta zebrali w dużej sali jadalnej i musiały czekać aż śledczy się rozejrzą, przepytując służbę. Milareza wykorzystywała czas
na naukę i chyba nawet nie słyszała jak pozostałe, pod przewodnictwem Dagridy odśpiewały regulamin zespołu szkół na melodię piosenki zatytułowanej "szympanse" Efekt był tak przekomiczny, że nawet Emriwalda zwijała sie ze śmiechu. Pewnie, że martwiły się zniknięciem koleżanki ale były pewne, że nic się jej nie stało. Milareza przecież prześledziła z pomocą kamer najbliższe okolice i nic podejrzanego nie znalazła. Wpuściła jakieś pływające penetratory do jeziora, sprawdziła studnie oraz chaszcze i nic, ani śladu. Wiadomo było tylko, że Meliwaretta uciekła z wózkiem Dagridy, do pewnego momentu można było ją obserwować na nagraniach ogrodowych kamerek, potem zniknęła. Snuły różne przypuszczenia, jednak najgorsze już od siebie odsunęły i znów mogły się głośno śmiać, zabijając nudę. Wreszcie śledczy raczyli się zająć przesłuchaniem. Robił to w pokoju opuszczonym przez Mezgechemezę Sninamherk w towarzystwie Eneroze oraz swojej protokolantki.
Tak sie złożyło, że zaczął właśnie od Amalki. Pytał ogólnie jak sie układają stosunki między mieszkankami Siegridówki i jak była traktowana Meliwaretta.
-Od razu ją polubiłyśmy - oświadczyła Amalka niby to poprawiając kwiaty w wazonie a tak naprawdę instalując tam dodatkową kamerę - to bardzo miła i koleżeńska dziewczyna.
-A co to za historia z tym kołnierzykiem Milarezy?
-Nie mam pojęcia.
-Podobno Milareza go Meliwaretcie pożyczyła a potem twierdziła, że Meli go ukradła.
-Wykluczone. Milareza ma swoje wady ale czegoś podobnego nigdyby nie zrobiła. Zresztą kto tak twierdzi? Symelinda?
-Dlaczego uważasz, że Symelinda?
-Bo jej nie lubię.
-To trochę za mało by kogoś posądzać nie uważasz? A nie przeszkadzało wam to, że Meliwaretta miała niższą pozycję społeczną?
-Niższą niż kto? Ewaldyna i Lalotta wysokiej nie mają a jakoś nikomu to nie przeszkadza a ja też księżniczką nie jestem.
Popytał ją jeszcze o to i owo a jako następną wezwał Lalottę. W jadalni było wesoło dziewczęta opowiadały sobie różne anegdotki i wybuchały śmiechem aż to szokowało siedzącego z boku Badibema. Czas szybko im biegł. Wszystko zaczęło się psuć od momentu gdy do jadalni wróciła czarnowłosa Lalotta. Zaskoczonej jej furią Amalce zdawało się,że przyjaciółka doskoczy do niej i rozdrapie pazurami jej całkiem ładną buzię powodując trwałe uszkodzenia.
-Prosimy Amaldynę - powiedziała Eneroze zza pleców Lalotty - Amaldyna weszła czując na sobie wściekłe spojrzenie (byłej?) przyjaciółki. Tym razem dowiedziała się na swój temat paru faktów, które tutaj mogły znać tylko Lalotta i Milareza. O Fantegrisia chwilowo nie pomyślała. Zastanawiała się po co śledczy ją o tym informuje i dlaczego Lalotta była taka rozzłoszczona.
-No tak - przyznała - ujeżdżałam oślicę władcy Joksolanii, był na mnie rozsierdzony i rzeczywiście nazywał oślą woltyżerką ale nie rozumiem dlaczego teraz o tym mówimy. Meliwaretta nie miała oślicy - Amalka zachichotała co niewątpliwie zrobiło bardzo złe wrażenie.
-Chciałem po prostu wiedzieć czy nie byłaś równie nielitościwa dla Meliwaretty.
-Że niby kazałam jej się dźwigać na plecach? Nic podobnego a tamto zdarzyło sie pięć arli temu. Nie sądzisz chyba, że dziś zrobiłabym to samo? Dlaczego Lalotta wyskoczyła taka zdenerwowana? Co wy jej zrobiliście? Ona tak się nie zachowuje.
-Widocznie jeszcze jej nie znasz - odrzekł. Gdy wyszła Lalotta już na nią nie napadała ale siedziała obrażona i nawet spojrzeć na nią nie chciała.
Poproszono Symelindę, potem Ewaldynę. W trakcie gdy ją przesłuchiwano, Sinnamherk nagle wbiegł do jadalni i spytał Milarezę - podobno masz jakieś nagrania z nocy kiedy zniknęła Meliwaretta.
-Tak mam.
-Proszę mi to dać!
-Odmawiam, twoje żądanie nie jest zgodne z prawem.
-A zatajanie faktów jest?
-Nie zamierzam ich zatajać ale nie mam obowiązku dawać czegokolwiek z tego co należy do mnie komukolwiek a z tego co należy do prześwietnej Rezeryki, to nawet prawa. Ponadto sama na razie te nagrania analizuję gdyż planuję zostać detektywem. To ja chcę tę sprawę wyjaśnić.
-Chyba jednak powinnaś mu to dać - powiedziała Emriwalda gdy wyszedł - może się mścić.
-Nie zachęcałaby go do tego. Nie dam mu żadnych nadprogramowych materiałów bo go nie lubię. Coś tu jest bardzo nie w porządku. Czuję to.
Po Ewaldynie wezwano Milarezę, potem Dagridę i znów Milarezę. Wreszcie im podziękowano.
Dopiero nazajutrz gdy już nie było Lalki bo pojechała do szkoły, Amalka przejrzała zebrany materiał a i to tylko w części dotyczącej dziewcząt, służbę na razie zostawiła.
Sninamherk miał prostą taktykę najpierw wzywał jedną współmieszkankę i próbował się czegos dowiedzieć potem drugą i tej wmawiał, że koleżanka na nią nagadała. Po co to robił nie pojmowała. Czyżby sądził, że usiekły i poćwiartowały Meliwarettę a skłócając je miał nadzieję, że któraś na złość innym mu to zdradzi? Połowa z dziewcząt wyszła z tej próby zwycięsko.
Dagrida zupełnie Amalkę zaskoczyła zachowywała się wręcz nonszalancko.
- Pozwolę sobie usiąść - powiedziała - A mogę zamówić świeżą miętę? Wolę napar z świeżej niż suszonej. Skorzystała z mikrołącza aby poprosić o miętę dla wszystkich a potem spytała - A w czym mogę pomóc?
-Słucham? - Szorstko się odezwał Sinamherk.
-Co chciałbyś wiedzieć?
-Jestem śledczym.
-A ja bezczelną dziewuchą z przedmieścia.
-Podobno niezbyt się lubiłyście z Meliwarettą?
-Kto tak twierdzi?
-Milareza.
-O? Tak mówiła? Bezczelna - w głosie Dagridy nie było ani śladu irytacji, pewnie dlatego, że przeczytała parę kryminałów i coś tam wiedziała o prowokacji ze strony śledczych.
-Opowiedziała nam kilka twoich tajemnic - oświadczył.
-Ale chyba nie o tym jak wylałam pomyje na burmistrza? - spytała Dagrida wyraźnie zaniepokojona.
-O tym też.
-No to zmyśla. Nigdy nie wylewam pomyj przez okno, podwórze bym sobie zaświniła, zresztą burmistrz pod moimi oknami nie chadza a kuchnia jest u nas w piwnicy. Mogę się poczęstować tym ciastkiem?
-Nie, nie możesz.
-Trudno. Nie każdy jest gościnny. Co jeszcze chciałbyś wiedzieć?
-Za co Milareza nie lubiła Meliwaretty?
-Meliwarettę wszyscy lubili. To sympatyczna dziewczyna. Milareza pomogła jej nadrobić zaległości. Z przyjemnością słuchałam jak naucza i rozmyślałam co mogłabym w przyszłości wykorzystać jako nauczycielka.
-Z takimi manierami to ty raczej nauczycielką nie zostaniesz.
-W takim razie zostanę śledczym - z całą powagą oznajmiła Dagrida.
Eneroze odwróciła wzrok w inną stronę, protokolantka się roześmiała a Dagrida zachowała powagę.
-Totetta wspomniała, że Milarezie zginął kołnierzyk a potem został odłożony na miejsce. Ty to zrobiłaś? - Pytał dalej Dagridę, skarciwszy protokolantkę wzrokiem.
-Miarezie nigdy nic nie mogło zginąć, to pedantka. Nie przypominam sobie aby czegokolwiek, kiedykolwiek szukała po za kufrem Symelindy.
-Chodzi o kołnierzyk do sukni, którą chciała założyć na bal.
-Na bal nie zakłada się kołnierzyków. Chociaż....Niektóre dziewczyny miały i wyglądało to nieźle ale ja nie miałam - wyjawiła - bo wpojono mi zasadę, że konierzyka się na bal nie zakłada.
Po Dagridzie powtórnie poproszono Milarezę. Z tego co Amalka pamiętała to dziewczyny zdołały tylko wymienić spojrzenia mijając sie w przejściu.
Oczywiście Milarezy też łatwo nie można było zmanipulować.
Zachowywała sie zupełnie inaczej niż Dagrida. Wchodząc ukłoniła się a ponieważ nie poproszono aby usiadła stała. Odpowiadała krótko, rzeczowo, beznamiętnie ani słowem nie odniosła się do Dagridy choć śledczy przytaczał różne historie z życia Milarezy rzekomo opowiedziane przez Dagridę. Nie powiedziała nawet czy wierzy czy nie wierzy, że Dagrida ją obgaduje.
Chyba jednak nie wierzyła bo kiedy wyszła uśmiechnęła się do Dagridy a uśmiech został odwzajemniony.
Wcześniej jednak śledczy zapytał ją o tę nieszczęsną oślicę ujeżdżaną przez Amalkę
- Nie moge wykluczyć, że coś takiego się zdarzyło - powiedziała, dobrze wiedząc, że się zdarzyło, przecież to był wielki skandal a wódz wspominał o tym przy każdej ich bytności na wyspie. - Każdy popełnia błędy - dodała - nawet dygnitarzowi może się zdarzyć jeździć karuzelą o świcie możliwe więc, że jakieś dziewczęta jeżdżą czasem na ośle lub świni. Skoro Fantegris tak twierdzi to pewnie tak było. A jaki związek ma z tym Meliwaretta?

Niestety Ewaldyna dała się zmanipulować i usłyszawszy co Symelinda o niej nagadała zrewanżowała się pięknym za nadobne przy okazji wyjawiając, że przyjaźniła sie z Meliwarettą.
-I nie zauważyłaś jak przyjaciółka a do tego współmieszkanka wychodzi?
-Nie, nie zauważyłam. Widocznie mam twardy sen. Zresztą na nagraniach Milarezy widać, że była już spakowana a rzeczy na wózku Dagridy ukryła w ogrodzie.
-Jakich nagraniach?
- Tu są rozstawione i włączane nocą takie małe szpiegulce nagrywające co się dzieje. (Ewaldyna nie miała racji, szpiegulce czyli kamerki włączały się gdy wyczuły, żywą istotę i to niezależnie od pory dnia.) Widać jak Meliwaretta wychodzi przez okno...
-Chwileczkę.- Śledczy wybiegł z pokoju, wrócił zdenerwowany ale postarał się nad sobą zapanować i dokończył przesłuchanie. Symelinda nie musiała wchodzić do śledczego powtórnie, już za pierwszym razem powiedziała o koleżankach wszystko najgorsze. Jednak i z jej zeznań wynikało, że lubiły Meliwarettę i tylko ona jedna przeczuwała, że to jakaś skandalistka w skórze grzecznej panienki. Po tych przesłuchaniach niemal wszystkie współmieszkanki były skłócone. Do chlubnych wyjątków należały Milareza i Dagrida. trzymały z nimi Ewaldyna skłócona z Symelindą i Amaldyna skłócona z Lalottą. We cztery pojechały do męskiej szkoły aby tuż przed zajęciami Milareza mogła zapytać Fantegrisa dlaczego rozpowiada o wpadkach z jej dzieciństwa.
-Nie rozpowiadam - odrzekł - mówiłem tylko Sninamherkowi bo mnie o to pytał.
-O to czy płynnie mówiłam wierszyki?
-Nie. O to jaka jesteś i tak się zgadało.
- Po prostu na ploty wam się zebrało - wtrąciła się Dagrida - bo chyba zgodzisz się, że klepanie wierszyków, przez maluchy albo ujeżdżanie oślicy przez trzpiotowate dziewczynki nijak się ma do zaginięcia Meliwaretty.
-A może masz coś z tym wspólnego i chciałeś od siebie odwrócić uwagę? - Spytała Milareza a Ewaldyna dodała - i nie bój się, ona o twoich stłuczonych kolankach nie opowiadała.
-To skąd wiesz? - Spytał jeden z kolegów Fantegrisa.
-Stąd, że każdy mały chłopczyk stłukł kiedyś kolanko i mamusia mu je całowała aby mniej bolało. Ty nie? Co takiego ważnego dla sprawy zaginięcia Meliwaretty jest w tym, że malutka Milareza popłakała się gdy kazano jej recytować wierszyk przed nieprzychylną widownią? Dzieci takie są a ona na dodatek łatwiej niż inni wyczuwa nastroje.
-Dobrze wiesz dlaczego opowiadałeś Sinamherkowi takie bzdety - oświadczyła Amaldyna - Po to aby mógł twierdzić, że wie to od Dagridy i skłócić je ze sobą. Albo o tej oślicy - dodała.
- Z nikim nie rozmawiałem o tym twoim triumfalnym przejeździe - odparł.
- Tere fere, nikt inny tego nie zrobił. Co uważasz, że skoro jechałam na zakazanej oślicy to i Meliwarettę porwałam? Po co w ogóle opowiadałeś mu anegdotki z dzieciństwa? On to nikczemny intrygant a ty jego usłużny pomocnik. Do widzenia dzielni panowie o powściągliwych językach. Wstydźcie się.
-To niech Fantegris się wstydzi - odrzekł inny kolega i te słowa już słyszał nauczyciel .
-O co chodzi? - Zapytał.
-Ja po prostu chciałam coś wyjaśnić z kuzynem dostojny nauczycielu - odpowiedziała Milareza - a koleżanki towarzyszą mi dla przyzwoitości. Nie będziemy dłużej przeszkadzać. Ukłoniły się i bez przeszkód wyszły.
Na tym się jednak sprawa nie skończyła bo zostały wezwne przez Eneroze i musiały wytłumaczyć, że wcale nie przeszkadzały chłopcom w zajęciach.
Eneroze uwierzyła im ale i tak musiały za karę zbierać owoce opadłe na Aleję Jabłoni. Dobrze im to zrobiło bo przy tej pracy odzyskały dobry humor.

Ewaldyna powiedziała:

Ktoś (Symelinda?) jednak oskarżył nas przed dyrektorką, że zamiast zbierać kupiły. Eneroze nie wzywała nas wszystkich, zapytała tylko mnie jak było a szkolną intendentkę co o tym sądzi.
-To są spady z Alei Jabłoni - stanowczo oświadczyła intendentka - w dodatku proszono mnie aby dziewczęta tak głośno od świtu nie śpiewały i się nie śmiały. -Ciekawe co je tak bawiło kiedy koleżanka zaginęła - dodała.
-Uciekła - poprawiła Eneroze - i powiem ci, że tyle złego się przez to zdarzyło, że jej tego nie wybaczę i choćby na klęczkach błagała z powrotem do szkoły nie przyjmę. Dobrze, że te
dziewczęta potrafią jeszcze się śmiać.


WYBRYK DZIEWCZĄT Z PIWONII



Byłam bardzo speszona gdy Rezeryka wezwawszy mnie i Amaldynę kazała wyjaśnić co takiego powiedziały o sobie na przesłuchaniu.
Wyszło na to, że to nie Amaldyna nadawała na mnie tylko ja na Amaldynę. Zdradziłam jej szkolne sekrety, Amalka miała z tego powodu kłopoty i nie była chętna do odnowienia przyjaźni. Potem jednak udało mi się ją namówić do wspólnej zemsty na Sinamherku.
Wywiedziałyśmy się gdzie mieszka i czyim jest mężem. Usiadłyśmy sobie niby to przypadkiem koło młodej matki pilnującej bawiących się dzieci.
-Coś ty? - Dziwiła się na niby Amalka - To ona miała mieć z nim dziecko? O jak dobrze, że mnie ostrzegłaś a taki uczciwy sie wydawał.
-Jaki tam uczciwy? Ma żonę i trójkę dzieci. - odpowiedziałam.
-Nie. Tu już trochę przesadziłaś, przecież tak by mnie nie okłamał.
-Nie bądź naiwana dziecko - wtrąciła się żona Sinamherka - i uciekaj od tego drania zanim cię skrzywdzi. Jeszcze ci jego żona jakim żrącym płynem oczy wypali.
-Z jakiej racji - udałam oburzenie - to jemu powinna łomot sprawić. Co winna Alilla, że się zakochała? Myślała, że jest uczciwy, że się z nią ożeni.
-Taki był miły - Amalka niemal szlochała - nazywał mnie swoim obłoczkiem, prezenty kupował.
-Mnie on się nigdy nie podobał - oświadczyłam - kiedy mruży te swoje żółte ślepia wygląda jak fałszywy błazen i pewno nie zauważyłaś ale zaczyna łysieć, nie ma jednego zęba i ciągle się drapie po nogach.
-A czy ty przypadkiem nie jesteś zazdrosna?
Chciałyśmy jedynie naprowadzić kobietę na to, że chodzi o jej męża ale nagle on się zjawił. Amaldyna pierwsza go zobaczyła wstała i wyszła mu na przeciw.
-Powiedz prawdę zażądała - jesteś żonaty?
-A to chyba nie twoja sprawa -odrzekł.
-Ale moja -powiedziała rozgniewana małżonka i dała mu w twarz.
Uciekłyśmy.
Jeszcze tego dnia do Siegridówki przyjechali powozem Eneroze oraz Sinamherk z żoną. Najpierw rozmawiali z Rezeryką potem Rezeryka nas wezwała.
-Proszę abyście powiedziały prawdę - powiedziała - chciałyście się zemścić na Sinamherku?
Milczałyśmy.
-Zamierzacie rozwalić tej kobiecie i jej dzieciom rodzinę? - Grzmiała na nas Eneroze.
-A on mógł zniszczyć naszą przyjaźń? - Spytałam.
-Ja doskonale wiem co zrobił i też uważam, że było to nikczemne - oświadczyła Eneroze - ale wy okazałyście się jeszcze gorsze. W dodatku na interwencję Milarezy Sinamherk.stracił tę sprawę. więc wy już nic nie musiałyście kombinować.
-I co z tego? Ale nas skłócił - odpowiedziała Amalka.
- Nie wyglądacie na skłócone.
-Bo w sprawie takiego drania jesteśmy zdecydowane działać wspólnie. A ja bym chciała się chociaż dowiedzieć dlaczego on to zrobił.
Teraz możesz mnie nawet wywalić ze szkoły. Zresztą po tym co przez tego drania przeżyłam nawet chętnie stąd wyjadę i daruj przepraszać go nie będę.
-Jego nie ale moje dzieci byś mogła - powiedziała żona śledczego.
-Jeszcze zobaczysz jak będzie je skłócał aby się dowiedzieć kto zjadł jego ciastko - wtrąciłam się - nigdy mu tego nie wybaczę. Zniszczył naszą przyjaźń i to po prostu dla zabawy bo innego uzasadnienia dla takiego zachowania nie widzę.
-A ja chyba tak -oświadczyła Amalka - kluczem do zagadki jest pewien kołnierzyk i nieopatrznie użyte zdrobnienie.
-Kołnierzyk Milarezy? - Zdziwiłm się.
-Tak. Nikt nic o nim nie wiedział oprócz naszego drogiego gościa -oświadczyła Amaldyna patrząc śledczemu prosto w oczy - Karyhena wiedziała tylko tyle, że kołnierzyk zginął i się znalazł. Po za tym nikt nawet Dagrida nic nie wiedział.
Meliwaretta miała na balu piękny kołnierzyk. Przyjmijmy założenie, że właśnie ten. Twierdziła, że Milareza ma bałagan w swoich rzeczach, trzyma wszystko na wierzchu, jeszcze jej kto ukradnie i będą kłopoty. To interesujące bo przecież Milareza jest pedantką. A może rozkładała te rzeczy by sprawdzić czy Meli - tu Amalka łobuzersko spojrzała na śledczego - nie kradnie. Prawdopodobnie jednak nie kradła, skusił ją tylko ten kołnierzyk, podrzuciła go później ale Milareza nabrała co do niej podejrzeń. Tak myślę bo to pasowałoby do Milarezy, jest bezwzględnie uczciwa i nie uznałaby za niewinną pożyczkę wzięcia czegoś bez wiedzy właściciela. To jest kradzież a zwrot, to zwrot kradzionej a nie pożyczonej rzeczy.
Rezeryka potwierdzała jej słowa kiwaniem głową.
-Meli jest piękna. - Mówiła dalej Amalka - Nie ma dowodów na to aby spotykała się z naszym śledczym ale załóżmy, że tak. Załóżmy, że aby wywrzeć na nim wrażenie opowiadała niestworzone rzeczy na nasz temat.
Milareza twierdziła a Dagrida to potwierdziła, że od naszego drogiego gościa znów lekko się skłoniła śledczemu - biła fala nienawiści. Nie należy lekceważyć takich odczuć Milarezy. (Rezeryka znów skinęła głową)
Czyżby to Meli nakłamała mu, że Milareza oskarżyła ją o kradzież kołnierzyka?
Nasz drogi gość lubi zmyślać różne historie ale w tej coś musi być. Warto byłoby to sprawdzić. Jak mniemasz Rezeryko?
-Wcześniej niż ty wpadła na to Milareza - odpowiedziała Rezeryka.
-Lodwar jej nie uwierzył ale mój mąż bada ten wątek bo nas też obchodzi gdzie podziała się Meliwaretta. - A gdyby twój mąż ją ukrył to gdzie? - Zwróciła się do żony śledczego.
-Nie mamy takiego miejsca a zresztą ja i Meliwaretta należymy do stowarzyszenia wspierającego porzucone kobiety, Meli społecznie przyjęła tam funkcję sekretarki a ja społecznie jestem przewodniczącą. Opowiedziała mi jak ją traktujecie a ja to powtórzyłam mężowi.więc nie dorabiajcie sobie teorii. Przykro mi ale wtedy to ja jej uwierzyłam, była bardzo przekonująca.
-I pomyśleć, że myśmy ją wszystkie bardzo lubiły - powiedziałam - mam nadzieję, że do nas nie wróci ale wolałabym aby się znalazła.
-A ja uważam, że wy obie też powinnyście być zwolnione ze szkoły -oświadczył Simnaherk.
-Na szczęście to ja o tym decyduję - odpowiedziała Eneroze - zostaną oczywiście ukarane ale nie zwolnię najlepszych uczennic za jeden wybryk. Zostaniecie odsunięte od zajmowanych funkcji, macie zakaz zakładania mundurków przez dwie szestnice i popracujecie w ośrodku dla wygnanych kobiet.

Amalka to się nawet za bardzo nie przejęła bo wszędzie można zbierać materiał do reportażu. Mnie żal było funkcji przybocznej ale przynajmniej moja przyjaźń z Amalką została uratowana. Byłyśmy pewne, że na tym się skończy , Niestety rada międzyszkolna uznała, że to co zrobiłyśmy było poważnym przestępstwem i zostałyśmy zawieszone w prawach uczennic z ostrzeżeniem relegowania gdyby podobna sytuacja się powtórzyła.
Niewątpliwie przysłużyło nam się to, że poszłyśmy pokazać Lodwarowi nagrania z przesłuchania.
-Jakim prawem to nagrywałyście? - Zapytał.
-Przecież nie ma przepisu, któryby tego zabraniał - odpowiedziała Amalka. Wprawdzie na przepisach to ona się nie znała ale skoro nikt przed nią nie pokazywał w Karebordze filmów to nie mogło tam być dotyczących ich przepisów.
-Za to jest przepis, że nie wolno osobom postronnym przesłuchań podsłuchiwać i podglądać - odrzekł. Zdębiałyśmy, miałyśmy ochotę szybko opuścić Degeden. Rezeryka namówiła nas abyśmy zostały i kontynuowały naukę z pomocą prywatnych nauczycielek a później zdały egzamin.
____________



Odwiedziłem Milarezę w towarzystwie Fantegrisa i Cczeoka. Przynieśliśmy podpisaną przez Fanteora decyzję o tym, że ma przekazać referat do spraw współpracy z Biniusem Cczeokowi.. Od razu prosił o wykaz niezałatwionych spraw razem z tłumaczeniem z unaskiego na tolimański.
Cyprysia wyraźnie się denerwowała. Ignorowaliśmy to.
-Chodzi o sprawy przekazane w piśmie do naczelników Pukatanu? - Zapytała Milareza.
-No właśnie o te - potwierdził.
-Już je załatwiłam - odpowiedziała.
-Ale po co? - Wykrzyknął Cczeok - przecież dopiero w drugim półarlu trzeba pracować.
-Na załatwienie tych spraw czekali ludzie, to dla nich ważne.
-Przecież wciąż jeździsz do różnych krajów
- zauważył Fantegris
- Załatwiam sprawy zlecane mi na bieżąco przez Binius i wróciłam do sporządzania moich katalogów sztuki. Co do referatu współpracy z Biniusem, odwołam się jeszcze do prześwietnego mirona Lanborta.
-To bez sensu - wykrzyknął - przecież wychodzisz za mąż.
-Nic mi o tym nie wiadomo - oświadczyła i zauważyła i spojrzała na Fantegrisa.
-Jest coś na rzeczy? - Spytała go.
-Arnusz się o ciebie oświadczył - wyjaśnił.
-Kim jest Arnusz?
- To syn złotnika, uczył się tu ale krótko, widocznie nie mieliście się okazji poznać. Jego matka pochodzi z rodu Adeli, to dobra partia.
Proszę zostawcie mnie teraz samą. Muszę to wszystko wyjaśnić bo jestem w szoku.


Już po krótkiej rozmowie z Cyprysią ustaliłam co mi chciała tak pilnie powiedzieć. Zażyczyła sobie być przy rozmowie z Lanbortem.
Zgłosiłam oczekiwanie na rozmowę zarówno u mirona jak i ojca, każdemu zgłaszając, że zaanonsowałam się też temu drugiemu. Za niedługo zgłosił się Lanbort i powiedziawszy, że są obaj razem poprosił o przedstwienie sprawy. Wyjaśniając o co chodzi powiedziałam też: a Cyprysia zgłasza (tu Cypryla poruszyła się z zadowoleniem), że człowiekiem, który stał na tle stawu obserwując zakopywanie skrzyni był Cczeok kolega szkolny Fantegrisa.
-Dziwne - powiedział Lanbort - no ale może Fanteor nie chce aby dowiedziała się Orfanta i nie kazała cichaczem wykopać skrzyni, ostatecznie zakopywanie butów, które można by komuś oddać nie jest zgodne z prawem. Chce więc młodzika przekupić aby milczał.
W sprawie referatu, to ja myślę, że trzeba go skasować i jakoś inaczej ułożyć twoje kontakty z Biniusem. A sprawę małżeństwa zbadamy i przemyślimy a nuż Arnusz ci się spodoba.
Ma dobry zawód i to pasujący do twoich zainteresowań. Jeszcze się temu przyjrzymy. W końcu kiedyś trzeba skojarzyć twoje małżeństwo.
 

 

12


Zauważyłam - opowiadała Dianilotta, że Grisolda przygryzała wargi słuchając jak Rezeryka opowiada o tym, że nie zdążyła poszyć sukien Milarezie bo ani jej, ani jej męża, ani Milarezy nie powiadomiono w porę o ślubie. Milareza dowiedziała się z plotek.
W końcu Grissy nie wytrzymała i powiedziała - a to nie wiesz, że trzeba się było śpieszyć bo młodzi już się zeszli?
-Jak śmiesz mówić tak o mojej córce?! - Rozgniewała się Rezeryka - ona nawet o czymś takim nie ma czasu pomyśleć, uczy się, pracuje, jest prymuską na swoim kursie a jeszcze udziela się społecznie, już szybciej twoja Grifka by coś takiego zrobiła z braku zajęcia.
-Cooo? -Wrzasnęła Grifka i właśnie wtedy wbiegła grupka dziewcząt w sukniach różniących się tylko kolorem, po za jedną z upiętymi fałdami. Tą suknię miała na sobie zupełnie
niespodziewana ale znana, niestety z nienajlepszej strony osóbka.
Jak doszło do tego, że się tam zjawiła?
Wesele przeszkadzało Milarezie w pracy i nauce.W dniu spotkania przy robótkach poleciała odebrać dokumenty z bambelockiej kancelarii.
Santra z niejsnych powodów ją uwielbiała i z równie niejasnych powodów Milareza lubila Santrę choć wcale do siebie nie pasowały (może właśnie dlatego). Królewnie obiło sie o uszy, że Milareza ma wesele toteż czekala na kogoś, kto w jej imieniu przyjedzie do kancelarii.

-Miza! Ty łotrze - krzyknęła na jej widok - czy to prawda, że nie zaprosiłaś mnie na swoje wesele?
-Znamienita królewno. Jestem tylko arandetą - odpowiedziała Milareza zapominając o kamerze Amalki.
-No i właśnie tylko dlatego, że zrobiłaś to przez skromność i delikatność, to ci wybaczę.
Kazałam spakować wszystkie moje najlepsze suknie. Jedziemy?
Milareza była oszołomiona ale odmówić nie wypadało.
-Dobrze ale czy wiesz, że lecimy prosto na spotkanie przy robótkach?
-Mogę być tak ubrana?
-Tak.
- A nie bedę wygladała gorzej od Grifki?
-To tylko spotkanie przy robótkach.
-Nigdy nie mogę wyglądać gorzej od Grifki. Ona twierdzi,że Bambelot w stosunku do Tolimanii to mały piesek przy mamucie. Przebiorę się w lotopławie. Ma się rozumieć zabieram ze sobą
pokojówkę. Załatw nam jakieś pokoje. Milareza musiała powiadomić majordomusa.
Ona sama oraz towarzyszące jej koleżanki założyły różnobarwne, połyskliwe suknie o jednakowym, skromnym kroju, w szybkim tempie uszyte na maszynach w szwalni należącej do Felikandry.
W kilku pracowniach zrobiono stroiki do włosów dziewcząt i u ośmiu szewców zamówiono dla
nich pasujące do stroju pantofelki. (Cyprysia i Totetta też takie dostały)
W lotopławie czesały je dwie fryzjerki lecz Milareza już była gotowa. Jej suknia była srebrzysta.
Symelka o coś się obraziła i z nimi nie poleciała.
Na przewidzianą dla niej zieloną suknię skusiła sie Santra bo materiał był znakomity. Pokojówka upięła jej kilka fałd i podała odpowiednią biżuterię oraz pantofelki. ( przewidziane dla Symelki miały inny rozmiar.)
Do salonu Rezeryki dziewczęta wemknęły się przez pustą salę balową, wąskimi drzwiczkami.
Czekały na nie pozaczynane robótki. Santrze coś tam chciała podać Rezemcia ale królewna podeszła do Rezeryki - pokaż mi co ty robisz.
- Nabijam oczka, chcesz spróbować?
-Ano pokaż. Nie mam chęci dziergać.
Lanfelcia weszła na najwyższą półkę, żeby zaśpiewać coś zupełnie niodpowiedniego dla młodego dziewczęcia a już szczególnie córki mirona - "Hej tam na poddaszu wicher sobie hula, tam siedzi dziad siwy i babę przytula" Grifka ją ściągnęła i sama wlazła aby zacząć swoje śpiewanie a była ku niezadowoleniu Santry najpiękniej przyodziana ze wszystkich dziewcząt.
Zaraz potem drzwiami wiodącymi z holu weszli mężczyźni. Zgodnie zarówno z tolimańskim jak i haberlandzkim zwyczajem nie mieli zaproszenia, ale wiadomo było, że przyjdą.
-Śmiało prześwietny ojcze zachęcił Milander Orborta, który jako najstarszy powinien był zacząć drugą część spotkania - wejdź i wygoń dziewczynki.
Orbort wszedł i stanął jakby nie wiedząc co czynić i wtedy inicjatywę przejął Arnusz, najwyraźniej wiedząc już, że jego ukochana rudowłosa nie jest Milarezą zaśpiewał do Grifki -Cóż to za dziewczyna pięknie wystrojona? Czy to jest królowa czy to moja żona? - Santra aż zapiszczała z radości.
Jeden ze śpiewaków Lanborta replikował - To mężna Grifana w druty uzbrojona.
Chwilę konsternacji wypełnił śpiew drugiego - oj w druty i buty. Wysoko zasiadła podsuńcie drabinę aby nam nie spadła.
-Och wyjdźmy na chwilę to panna zeskoczy, to dziewczyna zgrabna i ma piękne oczy - odśpiewał trzeci.
Naprawdę wyszli. Został jedynie Lanbort ale odwrócił oczy by nie podglądać zeskakującej Grifki..
To właściwie z którą on się tak blisko spoufalił? -Spytała surowym tonem Orfanta. Rezeryce zrobiło się żal Grifany więc powiedziała - Ja to wyjaśnię prześwietna atelo Tolimanii - nie znał żadnej, znał trzecią, która się za Milarezę podawała, nie wiem co się stało, że pomylił ją z Grifaną.
-Ja to wiem wtrącił się Lanbort - na naszym męskim spotkaniu Elnuman zaprezentował zrobiony przez swoją siostrę film ze szkolnego balu w Degeden a nasz naczelny tancmistrz zidentyfikował Milarezę. Miała pomalowaną w koci pyszczek twarz (tu kilka dziewcząt aż krzyknęło z wrażenia bo były na tym balu i zapamiętały tancerkę z twarzą kota) - więc nie mógł jej teraz rozpoznać, wybrał tę, która się najpiękniej wystroiła i najwyżej zasiadła.
W tym czasie na dworze koledzy Arnusza aż się skręcali ze śmiechu.
-A bo musiała wysoko siedzieć? - bronił się.
-Ojej to przecież nie czas żałoby - odpowiedział jego starszy brat Tanas - po prostu się wygłupiała no a ty się wygłupiłeś.
Zanim powtórnie weszli Milander poprosił oblubieńca aby zrezygnował ze swej przyśpiewki.
-Moja córka jest ubrana stosownie - wyjaśnił - ale nie mieliśmy aż tyle czasu na przygotowania co rodzina mojego siostrzeńca - tu lekko skinął głową Fanteorowi - bo tylko przypadkiem się dowiedzieliśmy, że postanowił nasze dziecko wydać za mąż.
-Jeśli nie jest najlepiej ubrana to to jest obelga dla oblubieńca - oznajmił dziadek Arnusza.
-Skoro chcecie tak to nazywać ... - Milander szeroko rozłożył ręce w geście mówiącym -
przesadzacie ale nie będę się spierał. Oczywiście, że Milareza mogła się piękniej przystroić, coś by się przecież w jej szafach znalazło, zrazu był na nią zły, że tego nie zrobiła lecz teraz mu to pasowało.
Weszli. Tym razem nie dręczył Salwaturia. Z przyśpiewką pośpieszył dziadek Arnusza:
- Czemuście nas baby w domu zostawiły? Ciast żeśta napiekły, nas nie zaprosiły.
Chórek tolimańskich śpiewaczek odpowiedział - Siedź chłopie za piecem, siedź chłopie za piecem. My tutaj radzimy w sprawie babskich kiecek.
Niedorosłe dziewczynki mogą już iść spać - oznajmił Milander - Natymena wskaże wam sypialnię i poczyta bajki do snu aby rodzice nie musieli was do domu prowadzić. Trochę pomarudziły ale ojcowie je przegnali.
Milander z żoną podeszli otworzyć podwoje sąsiedniego pomieszczenia co stało się sygnałem dla już oczekującej tam orkiestry.
Arnusz był tak zawiedziony posturą oblubienicy, że nie zatańczył z nią ani razu. Tańczyła z innymi a dla odpoczynku siadała przy starszych damach słuchając anegdotek i śmiejąc się wesoło
choć czasem spoczywał na niej chmurny wzrok Arnusza. Chłopak zdawał się ją winić za to, że
nie była tą, której oczekiwał. A może i za to, że na balu w Degeden miała bardzo wysokie obcasy.
Santra tańczyła najchętniej szybkie tańce z przytupem przy najwolniejszym usiadła obok Milarezy aby się napić lemoniady.
-Wzięłabym tego głupiego trepa, kopnęła w kostkę i walnęła pustym łbem o ścianę. Może choć
na bęben by się nadał - powiedziała. Słysząc to Rezeryka lekko się uśmiechnąła, odłożyła aparat
do nabijania oczek i poszła się zająć krojeniem ciasta.
-Spokojnie - powiedziała królewnie Milareza - kto się złości ten przegrywa a ja zamierzam tę batalię wygrać.
-A ja nie mówię o tobie.Wiesz jaki numer mi jeden przystojniak wyciął?
-Jaki?
-Ja mu trochę tak na wyrost powiedziałam, że jest najprzystojniejszym młodzieńcem na tej sali a
on na to, że koniecznie musi to powtórzyć żonie bo go nie docenia. Mężczyźni to dranie! A ten w różowej sukmanie jest kawalerem?
-Kleon? Daj mu spokój, to porządny mężczyzna.
-Porządny czy nie, tańce są po to żeby flirtować! A tego "swojego" powinnaś wychować. Jestem pewna, że trzaśnięcie w łeb jest najskuteczniejsze.
Pod koniec imprezy matka Arnusza próbowała zaprosić Milarezę do siebie na kwaterę na
następny dzień żeby się lepiej zaznajomiły. Niestety Milareza musiała odmówić - zechciej mi
wybaczyć - powiedziała
- muszę się trzymać ściśle planu bo mam jeszcze inne sprawy na głowie oprócz wesela.
Jutro na przykład odwożę koleżanki i idę na ważne wykłady a po za tym muszę przesłać pocztę.
Widziała, że Sunelao nie jest zadowolona ale trudno przecież powiedziała prawdę.





Wszystko szło źle. Milander i Rezeryka nie byli wdzięczni za opiekę nad Milarezą. Przeciwnie między Rezeryką a Grisoldą doszło ponoć do kłótni na spotkaniu przy robótkach.
Niestety Grisolda nad sobą nie zapanowała i powiedziała w nerwach, że tych smarkaczy czyli Arnusza i Milarezę trzeba było szybko żenić bo już się zeszli. Szczęście, że żadne jeszcze nie zaręczone.
Rezeryka jej wykrzyczała, że o takie coś szybciej by Grifkę można podejrzewać bo nic nie robi całe dnie tylko psoci więc ma czas a jej córcia, jest najlepszą uczennicą na kursie, bierze dodatkowe lekcje, pracuje, udziela się w kółku teatralnym i jeszcze opiekuje Cyprylą. Na pewno niczym sobie nie zasłużyła na takie kalumnie. Informatorka zdradziła mi, że część dam się ironicznie uśmiechnęła bo nie lubią Rezeryki.
Potem (co już widzieliśmy na własne oczy) okazało się, że Arnusz tego dnia po raz pierwszy w życiu zobaczył Milarezę. Dla Fanteora i Grisoldy był to wstyd niesamowity. Za szybko uwierzyli swatom.
- Że też ty nie umiesz utrzymać języka na wodzy - skarcił żonę prawie na osobności. To nie było jego jedyne zmartwienie. Fantegris nie zjawił się na weselu.
-Wyślij kogoś po niego -prosiła Grisolda - bo to robi złe wrażenie.
-Lepiej będzie jeśli sam polecę -odrzekł - Kogo innego mógłby zbyć bo pewnie ma dużo nauki. Tylko miej baczenie na Grifkę. Jeżeli znów coś wywinie, będą gadać, że słuszniej byłoby to jej kandydaturę na dorosłą odrzucić. Ona naprawdę jest niepoważna.
Bardziej niż córce ufał synowi. Oczywiście pogadał z nim kiedy Milander poradził na niego uważać ale zdaje się, że była to tylko złośliwość ze strony Milandera. Fantegris śmiał się, że jedynym jego problemem jest chroniczny brak pieniędzy.
Fanteor powiedział mu wtedy, że chyba żarty sobie robi ale trochę mu dorzucił. Fantegris to jego duma. Świetny chłopak, tyle, że w Sarinejskiej szkole go nie docenili i musiał zacząć od nowa w Degeden.

Niestety nie zastał tego syna ani w wynajętym mieszkaniu ani w szkole.
Gorzej, jeden z nauczycieli powiedział - Fantegris nas oszukuje i to nie wiadomo po co. Przecież to jego sprawa czy jest na lekcjach. Ważne czy zda egzaminy a on opowiada, że jego kuzynka Milareza wychodzi za mąż i on tam musi być bo rodzicom zależy. Tymczasem Milareza była na moim wykładzie, jego nie było. Jeżeli jeszcze raz takie oszustwo się powtórzy ...
- To nie do końca było oszustwo - odrzekł Fanteor - Milareza rzeczywiście wychodzi za mąż tylko, że program wesela uwzględnia jej pilne sprawy a na mniej istotnych imprezach po prostu jej nie ma. Rodzina oblubieńca jest tym zbulwersowana. Na dodatek mój najstarszy syn się nie pokazuje i dlatego po niego przyjechałem.Milareza powinna być dla niego jak siostra. Nie wiem co on takiego ważnego ma na głowie, że lekceważy i szkołę i wesele. Spróbuję to wyjaśnić. Który z uczniów się z nim przyjaźni?
Wypytując kolegów Fanteor dotarł na budowę gdzie jego ukochany syn dźwigał cegły. Inaczej sobie wyobrażał jego życie z daleka od domu.
Chciał go stamtąd zabrać ale chłopak powiedział, że nie bo straci pracę i zarobek.
-Ile tego zarobku się spodziewasz? - Spytał Fanteor a potem dał mu trochę więcej aby wszyscy widzieli, że go stać i zabrał stamtąd.
-Na co ci te pieniądze potrzebne? - Zapytał.
-Mam dług karciany - wyznał.
-To najpierw pójdziemy spłacić.
-Nie. Teraz to już nie traćmy czasu.
Fanteor nabrał podejrzeń.-Czy ktoś cię szantażuje?
-Ależ skąd? Coś ty ojcze wymyślił? Nie ufasz mi?
-A jak mam ci ufać skoro wszystkich okłamujesz? Powiedz mi co ty takiego zrobiłeś, że cię szantażują?
-Nic. Po prostu się ożeniłem i potrzebuję zarobić na utrzymanie żony.
Fanteor nie wiedział czy to nowe kłamstwo czy prawda i która opcja jest lepsza.
-Przedstawisz mi ją? - Zapytał.
-Ona jest w Auretanii.
-Dobrze. Jeszcze do tego wrócimy - powiedział - teraz się zbieraj. Poczekam. - Pomyślał, że jakoś sam będzie musiał wyjasnić sprawę bo od syna prawdy się nie dowie.
Usiadł zdruzgotany przy stole i czekał. Na podłodze zobaczył jakiś karteluszek więc go podniósł.
To był wiersz, być może tekst jakiejś piosenki na zajęcia umuzykalniające:
Gdym cię ujrzał raz pierwszy, na twej głowie igrały płomienie.
Tańczył z tobą ktoś śmielszy, mnie zostało patrzenie.
Tylko ciebie widziałem chociaż wiele tańczyło.
Było mnóstwo sukienek i twe loki i miłość.
Cóż, że po całej sali przetańczyła śnieżyca?
To on na nią się patrzył. On się tamtą zachwycał.
Moje serce płonęło.
Jak rażony piorunem, całowałem w marzeniu ogień loków i łunę.

Tak, to był tylko wierszyk, nic co mogłoby dać Fanteorowi jakąś wskazówkę.
Zabrał chłopaka do swojego lotobusu a latalka została. Po drodze poinstruował go, że ma tańczyć
i być na widoku.
Potem obserwował go i niby to przypadkiem zbliżył się gdy ujrzał przy nim Arnusza.
Usłyszał tylko jak syn mówi do kolegi - nie jestem twoim stangretlotem. Fantegris zaraz odszedł a Fanteor zapytał Arnusza - a gdzie chciałeś lecieć? Może jakoś pomogę?
-To nic ważnego.
To z pewnością było coś ważnego. Wkrótce Fantegris gdzieś zniknął a z nim lotobus Fanteora. Ledwo się zorientował a zaraz został zagadnięty przez najstarszą z córek.
Właściwie dopiero chciała mu coś powiedzieć czy zapytać ale gdy spojrzała w jego rozsierdzone oczy tylko dygnęła i bąknęła - przepraszam. Sam na siebie był o to zły. Próbował się później dowiedzieć o co chodziło. Powiedziała, że ktoś przestawił statywy w jadalni.
-To jakaś poważna gafa? -zapytał.
-Mnie sie wydaje, że tak ale Milareza zakazała służbie poprawiać.
-Czyje statywy przestawiono?
-Jej i służącej Sunelao.
-Ty to zrobiłaś?
-Ja? Ależ ojcze! - Wykrzyknęła tak jakby jej się nigdy takie kawały nie trzymały.
-Zainteresuj tym Rezerykę albo mistrza ceremonii - poradził - bo inaczej pomyślą, że to ty. Może nawet ...
-chciał powiedzieć - specjalnie tak robią aby na to wyszło -ale mu przerwała - ale myśmy wszystkie widziały kto to zrobił bo stałyśmy na galerii a ona nas nie widziała.
-Wszystkie czyli kto?
-Ja, Milareza, Lanfelcia, Santra i Rezemcia.
-No i kto to zrobił?
-Taka blondyna od Sunelao, kręciła się tam niby do pomocy. Milareza chce zobaczyć co z tego wyniknie.
-Aha. A nie wiesz gdzie jest Fantegris?
-Poszukam ojcze odpowiedziała, dygnęła i odeszła a on sobie uprzytomnił, że to nie mogło chodzić o statywy bo wtedy kiedy do niego podeszła byli jeszcze na hali maszynerii do zabawy a tam posiłków nie podawano.
Statywy były przypisane do konkretnych osób i zaznaczone ich symbolami. Miało to znaczenie
bo od razu dopasowywano ich wysokość aby nikt nie musiał się tym sam trudzić i przez to wprowadzać zamieszanie, Statyw Milarezy miał wysoko ustawione siedzenie i podnóżek a stał nie
obok arnuszowego lecz na przeciwko.
Poniewaz Milareza spokojnie zajęła wyznaczone jej miejsce nikt się nie zdecydował interweniować.
Obok Arnusza siedziała piękna, rosła blondyna. Fanteor skinął na jednego z kelnerów.
-Kim jest ta dziewczyna? - Zapytał.
-Domowniczka Ezrocha i Sunelao. Chodzą słuchy, że pierwsza miłość Arnusza.
-Ja bym jej kazał się przenieść.
-Milareza chce zobaczyć jak daleko się posunie ta dziewczyna a właściwie to chyba chce aby się posunęła. Ja myślę,że ona chce aby tamta doprowadziła do zerwania zaślubin z winy Arnusza..
-Nie chce wyjść za mąż? - Zapytał zdziwiony.Był pewien, że tego chcą wszystkie dziewczęta.
-Pewno nie -zgodził się z nim kelner - przecież to jeszcze prawie dziecko. Zresztą powiadają, że
panienki założyły klub ale to pewnie plotki. Fanteor wsunął mu w dłoń monetę.
-Klub wiecznych panien ale nie wiem czy Milareza do niego należy.
- A moja Grifka?
-Jest przewodniczącą. Podobno twierdzi, że dostojna Grisolda dość się wyżyje matkując na ślubie Milarezy.
-Nie rozumiem Milarezy. Przecież małżeństwo da jej prawa osoby dorosłej.
-Ona już je ma bo, w Arblandach jej przyznali. Prześwietna Orfanta ją tam zarekomendowała i Milareza uczestniczyła w popisach za pośrednictwem milanderłącza pod opieką swej nauczycielki gotowania.
Kelner zamierzał odejść by zająć się swoją pracą ale Fanteor zapytał go czy nie widział gdzieś Fantegrisa.
-Ja nie ale mówią, że rano lecieli gdzieś z Grifaną.
- No jasne - pomyślał zirytowany i poszedł się rozejrzeć za latalką Fantegrisa, oczywiście była i oczywiście stała nie tam gdzie powinna bo Grifka nigdy niczego nie odstawiała na miejsce.
*****
Zastanawiał się czy nie zabrać Fantegrisa ze szkoły.
Plotkarskie środowisko pałacowe zaczęłoby dociekać co też takiego chłopak narozrabiał ale on mniej by się zadręczał czy się jego synowi tam w Degeden jakaś krzywda nie dzieje.
Tymczasem Grisolda zaczęła go namawiać aby dał Fantegrisowi odpowiedzialniejszą pracę w kancelarii.
-Kobieto, Lanbort nie pozwoli.
-A Milarezunia dostała stanowisko referenta.
-Bo jej umiejętności akurat wpasowały sie w drugorzędne potrzeby kancelarii ale ta praca już się jej kończy.
-To wiesz co? Załużmy Fantegrisowi takie małe biuro w Degeden, jakieś pisanie podań, udzielanie porad, pomoc w załatwianiu spraw urzędowych.
-To by było nawet niezłe ale obawiam się, że on tam w Degeden popadł w złe towarzystwo.
-Akurat! Po prostu jest zakochany.
-Co ty pleciesz, Fantegris? On nawet nie patrzy na dziewczęta.
-A z Kororem tak nie było? Nie patrzył, nie patrzył aż nagle się ożenił z aptekarzówną.
-Ach, ja bym już nie robił takich awantur jak Kordelis - Fanteor prawie się ucieszył. Zdecydowanie wolał mezalians niż złe towarzystwo i szantaż
- Dobra pomyślę o tym biurze - obiecał.
-To się pośpiesz, żeby czasem Milander nie wpadł na ten sam pomysł skoro Milarezuni praca się kończy.
Pojechał już nazajutrz do Degeden pogadać z nauczycielami czy ten pomysł ma sens.
- Czemu nie - powiedział Ętszur jeżeli załatwisz to szybko zanim ktokolwiek cię ubiegnie to pomysł nie jest zły. Po prostu to zarejestruj i może ci się uda wynająć pawilon przy Alei Wieczornej. Jest bardzo odpowiedni choć chyba niezbyt tani.
Fanteor zapytał przy okazji Ętszura czy Fantegris nie zakochał sie przypadkiem w jakiejś rudej koleżance.
-Dlaczego rudej? - Zaniepokoił się dyrektor.
-Bo znalazłem u niego wierszyk. Nawet nie wiem czy jego. On nigdy nie pisał wierszy. To mógł być tekst do jakiejś weselnej przyśpiewki. Zauważyłem, że jedna z koleżanek Milarezy jest ruda - miał na myśli Dagridę, choć loki Dagridy były niemal brązowe i płomieni nie przypominały.
- Zaginęła - Odrzekł Ętszur - z filmów zrobionych przez bramy Siegridówki oraz innych śladów wynika, że Meliwaretta wyszła z bagażami sama a w tym czasie przy innej bramie dłuższy czas stał powóz. Chyba się z kimś nie dogadała.
Fanteor miał ochotę trochę podpytać o tę Meliwarettę lecz nie chciał wzbudzać podejrzeń.
Zresztą wiedział gdzie szukać: W Auretanii. Mieli tam domek letniskowy w uzdrowisku.
Poprosił Ętszura o załatwienie sprawy biura dla Fantegrisa i dał mu na to pieniądze.
Sam natychmiast poleciał sprawdzić domek w Auretanii.Z całą pewnością przez jakiś czas ktoś tam mieszkał. Korzystał ze spiżarni i po sobie nie posprzątał.Tak jakby wyjechał nagle. Nawet brudna szklanka została i zaszła pleśnią a w łazience na jego własnej szczotce do włosów zostały płomiennie rude włosy. Postanowił wywalić wszelkie przybory toaletowe oraz brudne naczynia. Kupi się nowe.
Wrócił do Tolimanii.
-Już się niepokoiłam - powiedziała Grisolda - załatwiłeś?
-Poprosiłem o załatwienie bo to zajmie trochę czasu - odrzekł.
-Nie, lepiej załatw sam bo na nikim nie można polegać.
Nie bardzo miał ochotę lecieć do Degeden skoro już samego dyrektora poprosił o załatwienie sprawy, poleciał jednak i zgłosił się do kancelarii naczelnika miasta. Ku swemu zaskoczeniu spotkał tam Milarezę z Emriwaldą, był też Ętszur z obstawą. Przedstawił mu nauczyciela prawa międzynarodowego Szuarada.
- Skoro jest Milareza - napisał tenże na kartce - to przegraliśmy. W tym momencie Fanteora olśniło.
Aby nie pisać na kartce co niewątpliwie zostałoby przez Mizę zauważone i źle odebrane, podszedl.
-Czy ty może też składasz wniosek o rejestrację biura? - Zapytał.
-Nie dostojny Fanteorze - odpowiedziała -przyjechałam po odbiór decyzji w tej sprawie. Niemożliwe abyś nie wiedział - mówiła patrząc mu prosto w oczy - wszak dostojny Szuarad wiedział już dawno a nadto sama wspomniałam o tym dostojnej Grisoldzie. Nikt ci nie powiedział?
Czuł się jak ostatni osioł. Pzez chwilę chciał się wycofać.
-No tak ale ty przecież masz już zajęcie - przypomniał sobie nagle.
-Owszem, chodzi raczej o moje koleżanki, którym trudniej jest znależć pracę niż mężczyznom.
-To może załóżmy razem to biuro?
-Wtedy zaczną się nieżyczliwe plotki na temat zatrudnionych dziewcząt.
-Moglibyście się podzielić dniami pracy.
-To prawda lecz jedna rzecz mnie nurtuje - czy omawiałeś tę kwestię z Fantegrisem? On może mieć zupełnie inne plany. Może mu nie odpowiadać rodzaj pracy lub jej miejsce.
- Ona może mieć rację - powiedział Fanteor do nauczycieli, którzy już się zbliżyli - Wycofuję się - dodał, nie chciał powtórnie zadzierać z Milanderem, przynajmniej nie teraz kiedy mironem wciąż jest Lanbort i potrafi o tym przypomnieć.
Już teraz wykorzystując swą obecność w Sarinei znajdował czas na wysłuchiwanie skarg obywateli i często podejmował decyzje na ich korzyść nawet jeśli nie dało się jednoznacznie stwierdzić, że ich sprawa jest słuszna. Po prostu dawał Fanteorowi prztyczka w nos.
-Może poprośmy Lodwara o odroczenie sprawy - zaproponował Ętszur.
 

 
13


13



Sunelao była pewna, że okaże się dla Milarezy dobrą teściową. Ani trochę jej nie przeszkadzało to, że Milareza nie zna się na prowadzeniu gospodarstwa domowego. Jej starsza synowa się znała i ciągle dochodziło między nimi do konfliktów. Milareza będzie potrzebowała pomocy a któż jej pomoże jeśli nie teściowa? Na jakiś czas Sunelao mogłaby się nawet do niej przenieść.
Rozczarowanie nastąpiło jeszcze przed pierwszym spotkaniem.
Milareza była w Raugdaege, całkiem blisko Snesz ale do swoich przyszłych teściów nie wstąpiła. Podobno o planowanym małżeństwie dowiedziała się później i to przypadkiem, Sunelao nie chciało się w to wierzyć, starała się jednak usprawiedliwiać przed sobą Milarezę - ot, młoda gąska, nie umie się zachować, z czasem się wyrobi.
Gorzej jednak, że Milarezy nie było na wieczorze robótek .
- Ma ważną sprawę do załatwienia - wyjaśniła Rezeryka - Bez obaw, z pewnością zdąży na czas. Zdążyła, natychmiast wzięła czekającą na nią skarpetę podjęła cerowanie. To trwało krótko ale od razu było widać, że na pewno nie obawa kompromitacji jest powodem spóźnienia. Wkrótce wyszło na jaw, że Arnusz wcale jej dotąd nie znał. Wyraźnie czuł się oszukany.
-Jak ty się zachowujesz? - Karcił go Ezroch - Milareza to doskonała partia. Na pewno dadzą jej duży posag ale już sam dom w Isage to cacko.
-Tamta Milareza jest piękna a ta.... to co to ma być? Na balu udawała większą. Mam się żenić z dzieckiem? - Narzekał.
-Ta jest za to niewinna.
-Z taką aparycją to nietrudne - zakpił chłopak.
-Trzeba było dobrze sprawdzić kim jest tamta a nie teraz stroić fochy.
Pod koniec spotkania, Milareza znowu rozczarowała Sunelao nie przyjmując jej zaproszenia, pod pozorem jakichś ważnych zajęć.
-Pewnie jest na nas obrażona - zwierzyła się świeżo poznanej Emriwaldzie.
-Milareza? Nic podobnego. Ona naprawdę ma dużo zajęć a ten ślub ją zaskoczył. Z trudem opanowała wynikłe z tego zamieszanie opracowując na nowo swój harmonogram zjęć z uwzględnieniem uroczystości weselnych,
To nie było miłe dowiedzieć się, że przyszła synowa jakoś wcisnęła uroczystości weselne w napięty plan zajęć. Obchody były huczne . Milander się o to postarał. Niestety Milareza nie zawsze była obecna. Za to była Czezinaro. Samowolnie zamieniła się z inną służącą i tamta została w domu. Zajęta pilnowaniem aby niczego nie zapomniano zabrać Sunelao, spostrzegła zamianę dopiero na miejscu. Była wściekła ale uznała, że nic już się nie da zrobić. Zapowiedziała dziewczynie, że ma siedzieć na kwaterze i sądziła, że to załatwi sprawę. Powinna była wiedzieć, że skoro Czezinaro wykazała się taką determinacją aby tu wbrew jej woli przylecieć to nadal posłuszna nie będzie. Dopiero Arnusz zdołał załatwić sprawę.
Namówił ją do powrotu z Fantegrisem. Przedtem jednak zdążyła nieźle narozrabiać.
Milareza się chyba nie spostrzegła i nawet wtedy gdy Czezi prawiła jej złośliwości po prostu patrzyła się na nią gapciowato. Tak samo się zachowała gdy Sunelao omawiała z nią urządzenie uroczystości przyjęcia synowej w Isage. Zgodnie ze starym zwyczajem takie przyjęcie należało zrobić w domu teściów lub męża ale obecnie mało kto się tego trzymał. Dom w Isage byłby na taką imprezę idealny no i Milareza od razu zaznajmiłaby się z nowymi sąsiadami. Milareza patrzyła się na nią i milczała więc Sunelao podsumowała: Tak będzie najpraktyczniej - i uznała, że sprawa załatwiona.
O wiele więcej zdecydowania wykazała Milareza gdy spóźniała się zaproszona przez Milandera trupa teatralna. Sunelao już chciała zaproponować skrócenie czasu oczekiwania spontanicznymi występami gdy Milareza skończywszy omawianie czegoś z grupą znajomych, gestem wezwała do siebie mistrza ceremonii a po chwili on zawołał: Prosimy na scenę zespół Enillioboriana z Kareborgi. W tym momencie Milareza zniweczyła plan rodziny swego męża. Na próżno dwa wieczory szlifowali swoje "spontaniczne" występy, na próżno opłacili spóźnienie trupy teatralnej, "profity" zgarnął kto inny.
Oni zaś musieli się użerać ze spóźnioną trupą bo Milander odmówił jej zapłaty.
Milareza jeszcze przed końcem spektaklu błyskawicznie przeczesała przyjaciółkę przywracając jej zburzoną uprzednio fryzurę, potem wybiegła z sali a na sam koniec zamiast niej i Dagridy wystąpił zwykły narrator. Tolimańczyk.
-Co ta dziewczyna wyprawia? - Spytał Fantegrisa zirytowany Arnusz.
-Będziesz się musiał przyzwyczaić. Żonka nie znosi spóźnialskich.
-Za to na pewno nie dopuści abyś kiedykolwiek musiał szukać drugiego buta albo koszuli - wtrącił się inny młodzian.
Gdy miało się odbyć pokazywanie posagu Milareza przyszła punktualnie ale zapytała - a gdzie moja prześwietna matka?
-Ja odegram tę rolę - wyjaśniła Grisolda.
-Nie. Tak być nie może. Pozwólcie, że wykorzystam czas na naukę i zechciejcie mnie wezwać gdy już przybędzie moja prześwietna matka.
Patrzyła gapciowato, ukłoniła się i odeszła mimo gniewnego okrzyku Grisoldy - Milarezo!
-Czy widziałaś co ona wyprawia? - Z oburzeniem zwróciła się Grisolda do męża.
-Zapomniałem ci powiedzieć ale ma już prawa osoby dorosłej.
-Jakim cudem?
-Moja siostra zarekomendowała ją w Arblandach.
-Mogła mi o tym powiedzieć.
-Ale nie musiała. Zaraz poślę kogoś po Rezerykę.
-Ta dzikuska sobie nie poradzi.
-Czy to nasz problem?
Rezeryka sobie poradziła. Tylko, że posag wcale nie był taki wielki jak zapowiadała Grisolda.
Nawet domu w Isage Milareza nie dostała na własność, dostała dom w Karebordze. Nie było też żadnej wzmianki o pojazdach latających a gdy Ezroch usiłował protestować, Milander odpowiedział - przecież i tak dajemy więcej niż wy. To co dajemy wystarczy aby nie żyli w biedzie i zawsze możemy jeszcze dorzucić coś Milarezie po za posagiem.




-Ojej jaka ty dobra jesteś -powiedziała drwiąco Rezeryka. Przez całe wesele robiły sobie na złość. Z tym, że Grisolda jak sama mniemała robiła to w bardziej dystyngowany sposób. Miała pewne osiągnięcia. Doprowadziła do tego, że Fantegris a nie Milareza dostał zezwolenie na założenie biura, Grifka była piękniej wystrojona niż Milareza, co zresztą na dobre nie wyszło, ośmieszyła też Milarezę pokazując Sneszankom jej lalki.Tyle, że to wszystko jakoś po Rezeryce spływało, zdenerwowała się dopiero gdy Grisolda powiedziała Milarezie - jesteś dla mnie jak córka. Gdyby Rezeryka zaczęła zanadto faworyzować własną albo ci ktoś dokuczał z powodu kalectwa, na mnie zawsze możesz liczyć.
- Zechciej się rozchmurzyć prześwietna mamo - powiedziała Milareza do Rezeryki - przecież to prawda, jestem adoptowaną kaleką i bardzo cię kocham, i jestem wdzięczna bo bez twojej i prześwietnego ojca interwencji uśmierconoby mnie jako niemowlę.
Cisza na sali zaległa a Milareza powiedziała jeszcze - teraz jadę z Cyprysię do Siegridówki bo jutro ma egzamin. Musimy być wypoczęte.
-Pojadę z wami kochane dziewczynki i o wszystko zadbam - błyskawicznie zdecydowała się Rezeryka.

Niestety Grisolda nie mogła na życzenie koleżanki z lat młodości zmienić harmonogramu przyjęcia.
Był dostosowany do innych zajęć Milarezy
Odpowiedzialny za to dworzanin szepnął Grisoldzie, że wszelkie zmiany mogłyby być odebrane jako złośliwość a w konsekwencji doprowadzić do skandalu bo Milareza swoich planów nie zmieni zaś Rezeryka gotowa publicznie naubliżać i jemu, i nawet Grisoldzie za występujące z powodu tych zmian zgrzyty na weselu.
Niestety miał rację. Rezeryka by to zrobiła nie bacząc na to, że kompromituje także siebie nie tylko Grisoldę.
Już po wyjeździe Sneszan znowu się pokłóciły, tym razem poszło o to, że Milander zarządził wyjazd do Snesz choć Grisolda tłumaczyła, że powitanie Milarezy odbędzie sie w Isage.
-Tak będzie lepiej - tłumaczyła - dom Milarezy jest w Isage więc tam powinna się zapoznać z sąsiadami a w dodatku przyda jej się w domu pomoc teściowej bo sama nie jest przygotowana do prowadzenia domu i przyjmowania gości.
-Dobra, zapobiegliwa Grissy - kpiła Rezeryka - a nie przyszło ci do głowy, że odkąd wyrwałam moje dziecko z twoich szponów staram sie nadrobić wszystko co ty udając dobrą mamusię zaniedbałaś? Dla ciebie była tylko opiekunką Cyprysi i wcale o nią nie dbałaś tylko popisywałaś się przed ludźmi swoją rzekomą dobrocią.
Cios był silny bo rzeczywiście skoro Grissy matkowała Milarezie powinna była zadbać o jej
rozwój.
-A ty gdzie byłaś? - Wtrącił się Fanteor - trzeba było siedzieć w domu przy córce.
-Trzeba było nam zostawić obie dziewczynki - odrzekł Milander - przecież wcale nie chcieliśmy wam ich oddać. A teraz błagam nie urządzajmy tu awantur tylko lećmy do Snesz.
-Przecież Grissy wyraźnie mówiła, że czekają na nas w Isage.
-Nie mogą czekać w Isage bo nie mają jak otworzyć domu.
-Orbort dał im klucz.
-Mój znamienity ojciec nigdy nie miał i nie potrzebował klucza. Wszelkie drzwi i bramy tego domu otwierają się gdy przed nimi stanie.
-A na zimę kiedy zamieszkują tam bezdomni (ludzie nie posiadający zimowych domów)?
-Nie twierdziłem, że w ogóle nie ma klucza. Jest w depozycie u naczelnika Isage.
-Czyli Sunelao może go dostać?
-To byłoby ze strony naczelnika nierozsądne ale załóżmy, że wydał klucz i co z tego?
Zwyczaj haberlandzki jest taki, że teściowie przyjmują synową w swoim domu niezależnie od tego gdzie później będzie mieszkać więc nawet jeśli oni są w Isage my lecimy do Snesz.
-Nie uważasz, że ich nieobecność będzie afrontem dla twojej córki? - Pytał Fanteor.
-Pozwól, że o moją córkę to ja się będę troszczył - odrzekł Milander - lepszy taki afront niż małżeństwo z łobuzem i władcza teściowa na karku.



W terminie zgodnym z harmonogramem Sarinejczycy zjawili się w Snesz i jeszcze nim wszystkie wozy Milarezy wyjechały z lotopławy rozległa się weselna muzyka emitowana z wysoka przez małe urządzenia latające wśród balonów. Gdy orszak zbliżał się do bram grała już tylko orkiestra a urządzenia spełniwszy swoje zadanie wróciły do lotopławy.
Zaalarmowani i zaskoczeni przyjęliśmy ich w bramie.
Milareza orszak zatrzymała i skłoniwszy się starszyźnie osady powiedziała:
- Darujcie moim wahaniom i lękom lecz w sercu mym zrodził się niepokój i dlatego chcę prosić każdego kto by znał powód dla którego małżeństwo nie powinno być zawarte aby tego nie ukrywał. Zaległa cisza.
-Proszę cię wystąp Czezinaro - Milareza patrzyła gdzieś w tłum i tłum się rozstąpił odsłaniając Czezinaro.
-Byłaś wśród gości weselnych - mówiła spokojnie Milareza. -Głównie z tobą tańczył Arnusz a nawet raz jakby dla żartu przestawiłaś mój statyw w jadalni i zajęłaś moje miejsce.
-To nie ja przestawiłam - oburzyła się Czezinaro
- Milareza zachowała spokój choć Czezinaro reagowała bardzo emocjonalnie.
- Ponieważ nieprzemyślanym zachowaniem zburzyłaś spokój mego serca postanowiłam cię zaprzysiąc.
-Nie waż się składać przysiąg krzyknął do Czezinaro jej ojciec. -Mów dalej -zachęcił Milarezę naczelnik wioski.
-Spójrz zatem - kontynuowała swą przemowę do Czezinaro Milareza - oto wozy. Na pierwszym
a potem czwartym, siódmym i dziesiątym są pióropusze bo rozdzieliłam posag na trzy części. Dostaniesz drugi wóz z każdej grupy, ten za wozem z pióropuszem czyli drugi, piąty i ósmy jeśli powiesz: -przyjmuję to jako odszkodowanie za pomówienie i przysięgam na moje życie nie jestem i nigdy nie będę kochanką ani żoną Arnusza
Lecz jeśli go kochasz to powiedz: -jest mój i nic ci do niego; a jeśli Arnusz to potwierdzi odejdę biorąc z jego rąk odszkodowanie za doznane upokorzenie.
To posunięcie Milarezy zyskało aprobatę mieszkańców wsi a naczelnik począł tłumaczyć skutki prawne każdej decyzji. Wreszcie zaległa cisza. Nawet Nebinad zamilkł oszołomiony widokiem kufrów i wozów, które mogła dostać jego córka. Ku wyraźnemu zaskoczeniu Milarezy Czezinaro była gotowa przysiąc.
-Pamiętaj - powiedziała więc - jeżeli przysiegniesz nie będziesz mogła się związać z Arnuszem nawet po mojej śmierci bo karą za złamanie publicznej przysięgi jest śmierć o ile nie zdołasz w porę uciec, a jeśli uciekniesz już nigdy nie będziesz mogła tu wrócić.
Czezinaro chyba podejrzewła jakiś podstęp. Skoro Milarezie zależało na tym aby nie przysięgła to właśnie tym bardziej to zrobiła.
-Niech zatem to wszystko co ci daję poświadcza, że jesteś wobec mnie w porządku i nich nikt bez wyraźnego dowodu nawet nie śmie cię podejrzewać pod groźbą wygnania. - zakończyła sprawę Milareza.
Orszak ruszył dalej do domu Ezrocha i Sunelao. Trzy razy orkiestra Lanborta zagrała wezwanie do otworzenia drzwi ale oczywiście pozostały zamknięte. Milander podniósł dłoń do góry.
- Proszę o wyłożenie drugiej części posagu mojej córki na drogę, wszystko co jest na wozach z pióropuszem i niech każdy coś zabierze na świadectwo, że ją odrzucono bez jej winy.
Dziwne to wszystko było. Niektórzy z nas podejrzewali, że Sarinejczycy uknuli intrygę, tylko po co?
Nie chcieli Arnusza? To był wyjątkowo przystojny młodzieniec z historycznego rodu a Milareza była kaleką.
Bogatą ale kaleką.
Lanbort dodał - niech ta próba zniewagi jako niczym nie zasłużona spadnie na tych, którzy chcą nas obrazić. Świętujmy zakończenie sprawy bo Milareza uwolni się od wejścia do rodziny, która jej nie szanuje. A teraz przygotujmy plac na zabawę.
Milarezie należy się tu ćwierć połaci odszkodowania. Wymierzmy je i będziemy mieli gdzie ucztować.
-Jak to?- oburzył się ojciec Ezrocha - pod nieobecność gospodarzy?
-Właśnie dlatego, że są nieobecni.To dla nas obelga.
-Czekają na was w Isage. Czemu nie chcecie tego słyszeć?
-Słyszeliśmy. Mam nadzieję, że nie wdarli się bez zezwolenia do domu Orborta. Nikt z nas na to zgody nie dawał.
-No ale plon nie zebrany - zauważył naczelnik.
-Odmierzę należne odszkodowanie z moich zapasów - odrzekł Milander - oszacujemy to wspólnie.
Pole, już nawet zaznaczone narożnymi kamieniami, zewsząd otoczone było posiadłością Ezrocha.
Złotnikowie wybrali po prostu najgorszy kawałek ale Milander nie zamierzał się o to spierać. Poprosił jedynie o zrobienie poprawki aby było dojście.Samą drogę kazał po skoszeniu niedojrzałej trawy odzielić siatką w celu zabezpieczenia upraw Ezrocha a w międzyczasie od góry spuszczono na pole nie duże ale operatywne maszyny, aby posiadłości Ezrocha nie deptać. Najpierw precyzyjną podkaszarkę, potem inne. Z ich pomocą szybko zebrano ściętą trawę w ażurowe pojemniki, miała bowiem służyć w celach leczniczych. Właśnie taka niedojrzała się do tego według ich wiedzy nadawała. Powbijano ozdobne paliki i zwyczajne kołki na rogach wytyczonego pola, rozwinięto dywany, Sneszan poproszono o pomoc w ustawianiu stołów i stołków Tolimanki poczęły szykować jedzenie.
-Milarezo - poleciła Rezerka - rozkładaj owoce - Grifano usmaż placuszki.
-Dlaczego ona ma łatwiejsze zadanie? -oburzyła się śliczna Grifana.
-Dobrze - zgodziła się aranda - więc ty układaj owoce, Milareza będzie smażyć.
Jakiś czas Milareza rzeczywiście smażyła i nieźle sobie radziła. Placuszki były wyśmienite i niemal jednakowe a robiła to szybko wbrew krążącym u nas plotkom na temat jej antytalentów kuchennych. Potem Rezeryka kazała Rezemci ją zastapić a do Milarezy powiedziała
-Wiesz wolę abyś to jednak ty układała owoce.
- Odpocznij trochę Grifanko - poprosiła.
-To draństwo - przygadała Rezeryce Grisolda.
-Co? - zdziwiła się Rezeryka.
-Mścisz się na mojej córce za to, że nie zgłosiłam kandydatury Milarezy na dorosłą.
-A dlaczego ty miałabyś zgłaszać? To ja jestem jej matką.
-Ale mieszkasz w Arblandach a Milareza w Sarine i w Sarinei powinna była zdobywać te prawa.
-Co ty powiesz? Przecież skreśliłaś ją kiedy się okazało, że nie pasuje jej termin. A to z twojej winy nie pasował bo nagle go zmieniłaś. Musiałam załatwić aby to damy z Arbland ją za aprobatą prześwietnej Orfanty przeegzaminowały. a tak w ogóle to Orfanta a nie ty powinna się tymi pokazami zająć. To zawsze należało do ateli. Nie wiem dlaczego pozwala ci się szarogęsić.
Doprawdy nie warto było wchodzić w spory z Rezeryką, ciosy zadawała ostre.

Szczerze współczułam żonie mojego siostrzeńca.
Zawsze stałam po jej stronie bo jest bystra, zaradna, pracowita i zdolna a w przeciwieństwie do Rezeryki zajmuje się tym czym się kobieta zajmować powinna.
Grisoldę denerwowała nieobecność męża, poleciał "Pigułą" do Isage po rodzinę oblubieńca i nie wracał. Wreszcie spytała Milandera co się stało z Fanteorem.
-Z tego co wiem wrócił pigułą do Sarinei. Nie martw się zabierzemy cię wyjaśnił.
-Ale co z Ezerochami? Nawet pieszo już by tu dotarli, przecież powinni się zorientować.
-Może ich aresztowano - wyraził przypuszczenie. Zamilkła
i nie tylko ona, wielu czekało na odpowiedź.
Tymczasem przed narożnymi słupkami umieszczono na porządnie umocnionych cokołach rzeżbione w kamieniu ptaki zwane przez Tapuneków siegridami. Przy mocowaniu pierwszego wystąpił nasz tolimański tancerz i coś tam zaśpiewał na cześć tego kamienia ale nie zapamiętałam bo jeszcze nie wiedziałam, że te śpiewki mogą się stać wiele wyjaśniającą dyskusją.
Nieoczekiwanie Sneszanie odpowiedzieli - uha, uha idzie zawierucha - to chyba ulubiony w tych okolicach refren dokładany po każdej improwizowanej zwrotce bo wcale się nie umawiali przed zaśpiewaniem a tancerz dośpiewał
- niech ze mną zatańczy też naczelnikowa jeśli pierwszy kamień poświadczyć gotowa
-Uha, uha - zawtórowali Sneszanie. Specjalna maszyna umocowała drugi cokół a nasza Inadina zaśpiewała:
- ja ten drugi kamień w drugim narożniku powitam swym tańcem z tobą naczelniku.
Sneszanie odpowiedzieli swoją przyśpiewką, nasi się do nich dołączyli. Przy trzecim siegridzie wyrwała się do śpiewu i tańca Sneszanka wyprzedzając naszego głównego śpiewaka.
- ja za trzeci kamień zatańczę z mironem taką mam okazję więc jej nie uronię.
Obserwował to wszystko ojciec Ezerocha i w końcu nie zdzierżył.
Wystąpił i zaśpiewał - za ten czwarty kamień co tu położono zatańcz Milarezo boś jest na wpół żoną
- i zaraz ironicznie dośpiewał - uha, uha idzie zawierucha.
Jedna ze szkolnych koleżanek Milarezy (równoległy dla opisu dokument filmowy zdradzał , że zrobiła to Ewaldyna) objęła ją ramieniem i zaśpiewała - Oj zatańczy z tobą boś dziadek Arnusza dzisiaj do uciechy nie musi się zmuszać, rzucił ją mężczyzna, który jej nie cenił. Powiedz jego dziadku czemu się ożenił?
-Jeden z tolimańskich śpiewaków po zwyczajowym refrenie dołożył - tak sobie umyślił Arnusz od początku: do ucieczki zmuszę obedrę z majątku. Z inną wnet się zejdę choćby i bez ślubu, będę miał majątek i dziewczynę lubą.
Dziadek odśpiewał - nie ma tu Arnusza, nie może się bronić a ty słowa podłe po próżnicy trwonisz.
Śpiewak replikował - Nie ma tu Arnusza chociaż być powinien. Jeśli go tu nie ma znaczy, że jest winien. Tej nieobecności nie da się obronić, po polach Arnusza nikt nie będzie gonić.
Ojciec Ezrocha w przeciwieństwie do innych śpiewających przy wkopywaniu cokołów z ptakami nie zatańczył. Odwrócił się ze wzgardą i odszedł a z Milarezą zatańczył jej były partner na lekcjach tańca. Zaraz potem Rezeryka znów ją zaangażowała do obsługiwania gości._____________________________________________________________________ 12


Zauważyłam - opowiadała Dianilotta, że Grisolda przygryzała wargi słuchając jak Rezeryka opowiada o tym, że nie zdążyła poszyć sukien Milarezie bo ani jej, ani jej męża, ani Milarezy nie powiadomiono w porę o ślubie. Milareza dowiedziała się z plotek.
W końcu Grissy nie wytrzymała i powiedziała - a to nie wiesz, że trzeba się było śpieszyć bo młodzi już się zeszli?
-Jak śmiesz mówić tak o mojej córce?! - Rozgniewała się Rezeryka - ona nawet o czymś takim nie ma czasu pomyśleć, uczy się, pracuje, jest prymuską na swoim kursie a jeszcze udziela się społecznie, już szybciej twoja Grifka by coś takiego zrobiła z braku zajęcia.
-Cooo? -Wrzasnęła Grifka i właśnie wtedy wbiegła grupka dziewcząt w sukniach różniących się tylko kolorem, po za jedną z upiętymi fałdami. Tą suknię miała na sobie zupełnie
niespodziewana ale znana, niestety z nienajlepszej strony osóbka.
Jak doszło do tego, że się tam zjawiła?
Wesele przeszkadzało Milarezie w pracy i nauce.W dniu spotkania przy robótkach poleciała odebrać dokumenty z bambelockiej kancelarii.
Santra z niejsnych powodów ją uwielbiała i z równie niejasnych powodów Milareza lubila Santrę choć wcale do siebie nie pasowały (może właśnie dlatego). Królewnie obiło sie o uszy, że Milareza ma wesele toteż czekala na kogoś, kto w jej imieniu przyjedzie do kancelarii.

-Miza! Ty łotrze - krzyknęła na jej widok - czy to prawda, że nie zaprosiłaś mnie na swoje wesele?
-Znamienita królewno. Jestem tylko arandetą - odpowiedziała Milareza zapominając o kamerze Amalki.
-No i właśnie tylko dlatego, że zrobiłaś to przez skromność i delikatność, to ci wybaczę.
Kazałam spakować wszystkie moje najlepsze suknie. Jedziemy?
Milareza była oszołomiona ale odmówić nie wypadało.
-Dobrze ale czy wiesz, że lecimy prosto na spotkanie przy robótkach?
-Mogę być tak ubrana?
-Tak.
- A nie bedę wygladała gorzej od Grifki?
-To tylko spotkanie przy robótkach.
-Nigdy nie mogę wyglądać gorzej od Grifki. Ona twierdzi,że Bambelot w stosunku do Tolimanii to mały piesek przy mamucie. Przebiorę się w lotopławie. Ma się rozumieć zabieram ze sobą
pokojówkę. Załatw nam jakieś pokoje. Milareza musiała powiadomić majordomusa.
Ona sama oraz towarzyszące jej koleżanki założyły różnobarwne, połyskliwe suknie o jednakowym, skromnym kroju, w szybkim tempie uszyte na maszynach w szwalni należącej do Felikandry.
W kilku pracowniach zrobiono stroiki do włosów dziewcząt i u ośmiu szewców zamówiono dla
nich pasujące do stroju pantofelki. (Cyprysia i Totetta też takie dostały)
W lotopławie czesały je dwie fryzjerki lecz Milareza już była gotowa. Jej suknia była srebrzysta.
Symelka o coś się obraziła i z nimi nie poleciała.
Na przewidzianą dla niej zieloną suknię skusiła sie Santra bo materiał był znakomity. Pokojówka upięła jej kilka fałd i podała odpowiednią biżuterię oraz pantofelki. ( przewidziane dla Symelki miały inny rozmiar.)
Do salonu Rezeryki dziewczęta wemknęły się przez pustą salę balową, wąskimi drzwiczkami.
Czekały na nie pozaczynane robótki. Santrze coś tam chciała podać Rezemcia ale królewna podeszła do Rezeryki - pokaż mi co ty robisz.
- Nabijam oczka, chcesz spróbować?
-Ano pokaż. Nie mam chęci dziergać.
Lanfelcia weszła na najwyższą półkę, żeby zaśpiewać coś zupełnie niodpowiedniego dla młodego dziewczęcia a już szczególnie córki mirona - "Hej tam na poddaszu wicher sobie hula, tam siedzi dziad siwy i babę przytula" Grifka ją ściągnęła i sama wlazła aby zacząć swoje śpiewanie a była ku niezadowoleniu Santry najpiękniej przyodziana ze wszystkich dziewcząt.
Zaraz potem drzwiami wiodącymi z holu weszli mężczyźni. Zgodnie zarówno z tolimańskim jak i haberlandzkim zwyczajem nie mieli zaproszenia, ale wiadomo było, że przyjdą.
-Śmiało prześwietny ojcze zachęcił Milander Orborta, który jako najstarszy powinien był zacząć drugą część spotkania - wejdź i wygoń dziewczynki.
Orbort wszedł i stanął jakby nie wiedząc co czynić i wtedy inicjatywę przejął Arnusz, najwyraźniej wiedząc już, że jego ukochana rudowłosa nie jest Milarezą zaśpiewał do Grifki -Cóż to za dziewczyna pięknie wystrojona? Czy to jest królowa czy to moja żona? - Santra aż zapiszczała z radości.
Jeden ze śpiewaków Lanborta replikował - To mężna Grifana w druty uzbrojona.
Chwilę konsternacji wypełnił śpiew drugiego - oj w druty i buty. Wysoko zasiadła podsuńcie drabinę aby nam nie spadła.
-Och wyjdźmy na chwilę to panna zeskoczy, to dziewczyna zgrabna i ma piękne oczy - odśpiewał trzeci.
Naprawdę wyszli. Został jedynie Lanbort ale odwrócił oczy by nie podglądać zeskakującej Grifki..
To właściwie z którą on się tak blisko spoufalił? -Spytała surowym tonem Orfanta. Rezeryce zrobiło się żal Grifany więc powiedziała - Ja to wyjaśnię prześwietna atelo Tolimanii - nie znał żadnej, znał trzecią, która się za Milarezę podawała, nie wiem co się stało, że pomylił ją z Grifaną.
-Ja to wiem wtrącił się Lanbort - na naszym męskim spotkaniu Elnuman zaprezentował zrobiony przez swoją siostrę film ze szkolnego balu w Degeden a nasz naczelny tancmistrz zidentyfikował Milarezę. Miała pomalowaną w koci pyszczek twarz (tu kilka dziewcząt aż krzyknęło z wrażenia bo były na tym balu i zapamiętały tancerkę z twarzą kota) - więc nie mógł jej teraz rozpoznać, wybrał tę, która się najpiękniej wystroiła i najwyżej zasiadła.
W tym czasie na dworze koledzy Arnusza aż się skręcali ze śmiechu.
-A bo musiała wysoko siedzieć? - bronił się.
-Ojej to przecież nie czas żałoby - odpowiedział jego starszy brat Tanas - po prostu się wygłupiała no a ty się wygłupiłeś.
Zanim powtórnie weszli Milander poprosił oblubieńca aby zrezygnował ze swej przyśpiewki.
-Moja córka jest ubrana stosownie - wyjaśnił - ale nie mieliśmy aż tyle czasu na przygotowania co rodzina mojego siostrzeńca - tu lekko skinął głową Fanteorowi - bo tylko przypadkiem się dowiedzieliśmy, że postanowił nasze dziecko wydać za mąż.
-Jeśli nie jest najlepiej ubrana to to jest obelga dla oblubieńca - oznajmił dziadek Arnusza.
-Skoro chcecie tak to nazywać ... - Milander szeroko rozłożył ręce w geście mówiącym -
przesadzacie ale nie będę się spierał. Oczywiście, że Milareza mogła się piękniej przystroić, coś by się przecież w jej szafach znalazło, zrazu był na nią zły, że tego nie zrobiła lecz teraz mu to pasowało.
Weszli. Tym razem nie dręczył Salwaturia. Z przyśpiewką pośpieszył dziadek Arnusza:
- Czemuście nas baby w domu zostawiły? Ciast żeśta napiekły, nas nie zaprosiły.
Chórek tolimańskich śpiewaczek odpowiedział - Siedź chłopie za piecem, siedź chłopie za piecem. My tutaj radzimy w sprawie babskich kiecek.
Niedorosłe dziewczynki mogą już iść spać - oznajmił Milander - Natymena wskaże wam sypialnię i poczyta bajki do snu aby rodzice nie musieli was do domu prowadzić. Trochę pomarudziły ale ojcowie je przegnali.
Milander z żoną podeszli otworzyć podwoje sąsiedniego pomieszczenia co stało się sygnałem dla już oczekującej tam orkiestry.
Arnusz był tak zawiedziony posturą oblubienicy, że nie zatańczył z nią ani razu. Tańczyła z innymi a dla odpoczynku siadała przy starszych damach słuchając anegdotek i śmiejąc się wesoło
choć czasem spoczywał na niej chmurny wzrok Arnusza. Chłopak zdawał się ją winić za to, że
nie była tą, której oczekiwał. A może i za to, że na balu w Degeden miała bardzo wysokie obcasy.
Santra tańczyła najchętniej szybkie tańce z przytupem przy najwolniejszym usiadła obok Milarezy aby się napić lemoniady.
-Wzięłabym tego głupiego trepa, kopnęła w kostkę i walnęła pustym łbem o ścianę. Może choć
na bęben by się nadał - powiedziała. Słysząc to Rezeryka lekko się uśmiechnąła, odłożyła aparat
do nabijania oczek i poszła się zająć krojeniem ciasta.
-Spokojnie - powiedziała królewnie Milareza - kto się złości ten przegrywa a ja zamierzam tę batalię wygrać.
-A ja nie mówię o tobie.Wiesz jaki numer mi jeden przystojniak wyciął?
-Jaki?
-Ja mu trochę tak na wyrost powiedziałam, że jest najprzystojniejszym młodzieńcem na tej sali a
on na to, że koniecznie musi to powtórzyć żonie bo go nie docenia. Mężczyźni to dranie! A ten w różowej sukmanie jest kawalerem?
-Kleon? Daj mu spokój, to porządny mężczyzna.
-Porządny czy nie, tańce są po to żeby flirtować! A tego "swojego" powinnaś wychować. Jestem pewna, że trzaśnięcie w łeb jest najskuteczniejsze.
Pod koniec imprezy matka Arnusza próbowała zaprosić Milarezę do siebie na kwaterę na
następny dzień żeby się lepiej zaznajomiły. Niestety Milareza musiała odmówić - zechciej mi
wybaczyć - powiedziała
- muszę się trzymać ściśle planu bo mam jeszcze inne sprawy na głowie oprócz wesela.
Jutro na przykład odwożę koleżanki i idę na ważne wykłady a po za tym muszę przesłać pocztę.
Widziała, że Sunelao nie jest zadowolona ale trudno przecież powiedziała prawdę.





Wszystko szło źle. Milander i Rezeryka nie byli wdzięczni za opiekę nad Milarezą. Przeciwnie między Rezeryką a Grisoldą doszło ponoć do kłótni na spotkaniu przy robótkach.
Niestety Grisolda nad sobą nie zapanowała i powiedziała w nerwach, że tych smarkaczy czyli Arnusza i Milarezę trzeba było szybko żenić bo już się zeszli. Szczęście, że żadne jeszcze nie zaręczone.
Rezeryka jej wykrzyczała, że o takie coś szybciej by Grifkę można podejrzewać bo nic nie robi całe dnie tylko psoci więc ma czas a jej córcia, jest najlepszą uczennicą na kursie, bierze dodatkowe lekcje, pracuje, udziela się w kółku teatralnym i jeszcze opiekuje Cyprylą. Na pewno niczym sobie nie zasłużyła na takie kalumnie. Informatorka zdradziła mi, że część dam się ironicznie uśmiechnęła bo nie lubią Rezeryki.
Potem (co już widzieliśmy na własne oczy) okazało się, że Arnusz tego dnia po raz pierwszy w życiu zobaczył Milarezę. Dla Fanteora i Grisoldy był to wstyd niesamowity. Za szybko uwierzyli swatom.
- Że też ty nie umiesz utrzymać języka na wodzy - skarcił żonę prawie na osobności. To nie było jego jedyne zmartwienie. Fantegris nie zjawił się na weselu.
-Wyślij kogoś po niego -prosiła Grisolda - bo to robi złe wrażenie.
-Lepiej będzie jeśli sam polecę -odrzekł - Kogo innego mógłby zbyć bo pewnie ma dużo nauki. Tylko miej baczenie na Grifkę. Jeżeli znów coś wywinie, będą gadać, że słuszniej byłoby to jej kandydaturę na dorosłą odrzucić. Ona naprawdę jest niepoważna.
Bardziej niż córce ufał synowi. Oczywiście pogadał z nim kiedy Milander poradził na niego uważać ale zdaje się, że była to tylko złośliwość ze strony Milandera. Fantegris śmiał się, że jedynym jego problemem jest chroniczny brak pieniędzy.
Fanteor powiedział mu wtedy, że chyba żarty sobie robi ale trochę mu dorzucił. Fantegris to jego duma. Świetny chłopak, tyle, że w Sarinejskiej szkole go nie docenili i musiał zacząć od nowa w Degeden.

Niestety nie zastał tego syna ani w wynajętym mieszkaniu ani w szkole.
Gorzej, jeden z nauczycieli powiedział - Fantegris nas oszukuje i to nie wiadomo po co. Przecież to jego sprawa czy jest na lekcjach. Ważne czy zda egzaminy a on opowiada, że jego kuzynka Milareza wychodzi za mąż i on tam musi być bo rodzicom zależy. Tymczasem Milareza była na moim wykładzie, jego nie było. Jeżeli jeszcze raz takie oszustwo się powtórzy ...
- To nie do końca było oszustwo - odrzekł Fanteor - Milareza rzeczywiście wychodzi za mąż tylko, że program wesela uwzględnia jej pilne sprawy a na mniej istotnych imprezach po prostu jej nie ma. Rodzina oblubieńca jest tym zbulwersowana. Na dodatek mój najstarszy syn się nie pokazuje i dlatego po niego przyjechałem.Milareza powinna być dla niego jak siostra. Nie wiem co on takiego ważnego ma na głowie, że lekceważy i szkołę i wesele. Spróbuję to wyjaśnić. Który z uczniów się z nim przyjaźni?
Wypytując kolegów Fanteor dotarł na budowę gdzie jego ukochany syn dźwigał cegły. Inaczej sobie wyobrażał jego życie z daleka od domu.
Chciał go stamtąd zabrać ale chłopak powiedział, że nie bo straci pracę i zarobek.
-Ile tego zarobku się spodziewasz? - Spytał Fanteor a potem dał mu trochę więcej aby wszyscy widzieli, że go stać i zabrał stamtąd.
-Na co ci te pieniądze potrzebne? - Zapytał.
-Mam dług karciany - wyznał.
-To najpierw pójdziemy spłacić.
-Nie. Teraz to już nie traćmy czasu.
Fanteor nabrał podejrzeń.-Czy ktoś cię szantażuje?
-Ależ skąd? Coś ty ojcze wymyślił? Nie ufasz mi?
-A jak mam ci ufać skoro wszystkich okłamujesz? Powiedz mi co ty takiego zrobiłeś, że cię szantażują?
-Nic. Po prostu się oże
 

 
http://b4.pinger.pl/61a079dacad48bda394d9b5a64f40f26/TYTUY.jpg
14
http://b3.pinger.pl/7d16d432f403f96864ff8d118209c9ff/TYTUY.jpg
Opowiedziane przez Grygitala.

Już dobijali targu gdy wszedł kolega mojego ojca a nasz nauczyciel Szuarad.
-Czym handlujecie? - Spytał drwiąco targujących - bo jeśli biurem Fantegrisa to nic z tego. Jego ojciec nie wniósł w terminie opłaty skarbowej moje skarby i sprawa upadła. Ile chcieliście zapłacić miluścy?
Milczeli, musiał jednak słuchać za drzwiami dłuższy czas bo powiedział - takie biuro jest warte dużo więcej. Gdybym miał takiego syna jak ty - zwrócił się do Fantegrisa, kopniakami wyprosiłbym z domu. Oczywiście chłoptasiowie, pawilon przy Wieczornej możecie kupić, niestety biura tam nie będzie. Tak to jest - powiedział znów do Fantegrisa - kiedy za załatwianie sprawy biorą się kobiety. Mamusia zapomniała, że tatuś może mieć swoje zdanie i dzierży finanse.
-To niech sobie ten pawilon odkupi Milareza - powiedział zirytowany Gerblon.
-A jej po co? Założyła biuro w innym mieście. Oj się tatuś z mamusią przez synka pokłócą - znów mówił do Fantegrisa.Jak ty mogłeś im to zrobić?
-Ożeniłem się, muszę mieć za co utrzymać żonę.
-Jeszcze lepiej!
Fantegris już nie wiedział jak sie bronić.
-Milareza też wyszła za mąż i nawet w nauce jej to nie przeszkodziło - kontynuował Szuarad.
-Bo jej na mężu nie zależy a mnie na żonie bardzo.
-To taki przystojny chłopak, ten jej mąż - zdziwił się Szuarad.
-Ale się żenił tylko dla pieniędzy. Podobno chciał doprowadzić szykanami Milarezę do zerwania małżeństwa i wziąć jej posag dla innej. Milareza się zorientowała i tak go prawnie przerobiła, że przejęła jego spłachetek ziemi i zaprzysięgła kochankę. Nie mają prawa już nigdy być razem. Tak zrobiła.
Ta rewelacja przynajmniej na tyle Szuarada zainteresowała, że omówili na lekcji jakie haberlandzkie przepisy wykorzystała Milareza.
- A skąd pewność - zapytał Tekwoj - że podejrzenia Milarezy były słuszne, może ona go zwyczajnie skrzywdziła?
-Nie kojarzysz faktów - odrzekł Fantegris - chłopina ma kochankę, uganiał się za Meliwarettą a w naszym pałacu ściany mają uszy.
-A ja już kojarzę fakty - odrzekł Szuarad - kiedy Milareza przyszła do ciebie do szkoły pogadać, wcale nie chodziło jej o żadne dziecinne wierszyki, chciała popatrzeć w twoje oczęta i zapytać co masz wspólnego ze zniknięciem Meliwaretty. To z nią się ożeniłeś?
-Z nią, no i co z tego? Kocham ją.
-To z tego, że dziewczęta z Siegridówki dręczono przesłuchaniami do tego stopnia, że dwie z nich wyleciały ze szkoły. Mniejsza o reporterkę bo to męski zawód ale ta druga uczyła się śpiewu.
(Dla niego jak potem nam wyznał) to było akurat na odwrót "mniejsza o tę drugą" ale dobrze znał Amalkę i jej brata, oboje lubił nawet jeśli czasem sie kłócili. Amalka była jak kumpel, nie chciał jej skrzywdzić.)
-No ale niby dlaczego?- Zapytał - Co ucieczka Meliwaretty ma do wywalenia Amaldyny?
-Ty to chłopie jesteś naprawdę nieprzytomny - zaśmiał się Lidosz - tak się wściekły na śledczego, że nakłamały jego żonie, że je uwodził.
-Może mu się należało?
-Dość, dość, dość - powiedział Szuarad - nie słyszałem tego.

http://b4.pinger.pl/714a4dad2c88b628319a89bb69499a4d/TYTUY.jpg
Z nagrań.

Badibem poprosił Milarezę aby go zawiozła do rodziców Tottety, bo postanowił się o nią oświadczyć. Z tego powodu miałam zły humor. Zrozum, to jakaś życiowa niesprawiedliwość , że byle służąca może mieć męża i nawet Milareza już prawie wyszła za mąż a to "prawie" było nie z powodu jej tylko jego braków i dla nikogo nie było ważne czy ja chcę tego ich ślubu.
Symelinda spotykała się z jakimś brunetem, za Meliwarettą szalało kilku a na weselu Milarezy to już chyba wszystkie dziewczyny miały adoratorów. Tylko ja jedna nie mogłam mieć męża. W dodatku to dla Badibema biło moje serce a zabrała mi go jakaś Totetta. Żeby jeszcze panna z wyższej półki ale Totetta? W dodatku Milareza ucieszyła się jak głupia i zaraz otworzyła swój terminarz. Powiadomiła też Rezerykę a Rezeryka zaraz przyleciała. Ona się chyba nie cieszyła.
Szkoda, że nie protestowała. Wzięła Totettę na rozmowę. Nie wiem o czym rozmawiały za to wiem o czym Rezeryka rozmawiała z Badibemem bo byłam przy rozmowie. Rezeryka powiedziała Badibemowi, że on musi ją zrozumieć. Totetta jest pod jej opieką i owszem jego żoną zostać może ale dopóki nie zostanie, on jej uczył nie będzie. Do rodziców Totetty jak najbardziej poleci ale to ona go tam zawiezie bo Mizunia jest za młodziutka żeby się mieszać w czyjeś mariaże. Ponadto trzeba z rodzicami Totetty uzgodnić mnóstwo spraw praktycznych i poręczyć za Badibema, Rezeryka już go poznała. Mizunia wprawdzie też i ma o nim dobrą opinię no ale czy rodzice Totetty zaufają opinii Mizuni? Takie tam rzeczy mówiła Badibemowi a on wszystkiego grzecznie słuchał i się zgadzał.
Od tej pory nie prowadził już lekcji ani z Totettą ani ze mną. Zamiast niego pojawiła się graficzka sądowa Naola nauczajaca tegoż zawodu w szkole dziewcząt.
W lekcjach dodatkowo brała udział Milareza i dobrze bo miło było popatrzeć jak Totetta skręca się z zazdrości.
---------
Ojciec Karisa dograł komentarz:
Tak uważała i nadal uważa Cyprysia lecz ja wątpię. Totetta już się przyzwyczaiła, że Milareza jest w tym lepsza. Widziała w różnych sytuacjach jak biegle posługuje się rysunkami. Na przykład w Abałrze ale nie tylko, najczęściej w rozmowach z Cyprysią kiedy Milareza pomagała sobie rysunkami.
_______________
ABAŁRA

http://b4.pinger.pl/70c1c5e5087661a41d54bab69ad568a9/TYTUY.jpg
Opis na podstawie filmu.

W dzielnicy szkolnej jak wspominał Enilioborian wybuchnął maleńki skandalik albo chociaż sensacja kiedy Amaldyna
zaprezentowała publicznie swój reportaż: "Abałriańska epopeja".

Była tam też narratorką. Na wstępie Powiedziała, że sprawy do załatwienia są banalnie proste, że leci z nimi Dagrida w charakterze tłumaczki zaś Symelinda, Ewaldyna i Meliwaretta jako obserwatorki. Wszystkie łącznie z Milarezą w szkolnych strojach bo na ogół ludziom się to podoba. (sama Amalka włożyła strój ) Lecą też Cyprysia, Totetta i Abisa bo Cyprysia chce i już.

Tłem dla opowieści Amalki były pokazane na filmie rozbawione dziewczęta.
Opisywała jak to w Bambelocie miała dołączyć Santra ale się spóźniła toteż Milareza uniżenie przepraszając zdecydowała się nie czekać. Amalka pokazała to skrócie, z Auretanii też dała mały fragmencik. Sytuacja się tam omal nie powtórzyła bo królewnie Farwiecie uciekła małpka,
Królewna jednak zdecydowała się zostawić tę sprawę na głowie służby i odlecieli. Siedząc w salonie lotopławy pasażerowie rozmawiali - jesteś pewna, że sobie poradzisz?- Pytał po auretańsku Amando, Amalka na wszelki wypadek tłumaczyła to Farwiecie na karebordżański.
-Spokojnie - odpowiedziała Dagrida - uczyłam się abałrańskiego.
-A jeżeli na tych wioskach nie używaja języka urzędowego? Tam jest mnóstwo dialektów.
-to zawsze możemy liczyć na Milarezę - zbagatelizowała rzecz Amalka siedząca wśród innych w lotopławie - ona chyba nawet z małpą umiałaby się dogadać - dodała.
-Ja się dogaduję - zaśmiała się Farwieta.
-"Lotopławę zostawiliśmy w górze" - wyjaśniała Amalka jako narratorka - "z daleka wygląda trochę jak
chmura o kształcie cukiernicy. W dół zjechaliśmy kapsułą, druga kapsuła dostarczyła wózek samojezdny ale i jego zostawiliśmy później pod lasem a kapsuły zaróciły do lotopławy. Do wioski weszliśmy pieszo. Jeszcze wcześniej zaczęli nam towarzyszyć mieszkańcy. A teraz proszę zwróćcie uwagę na to co robi Milareza. Na żywo wcale tego nie zauważyłam, dopiero na filmie. Prawda, że można przeoczyć? Milareza na swojej bransolecie wcisnęła alarm a jeszcze przecież nic takiego się nie dzieje ... " Zamilkła, słychać było tylko naturalne odgłosy wsi, odgłosy kroków, niezrozumiałe głosy Abałrańczyków. Widać było jak podnoszą lagi, pojawiły się wielkie noże. Farwieta kurczowo uczepiła się przedramienia brata. Milareza była skupiona a gdy tylko dotarli do naczelnika poczęła z pomocą gestów oraz rysunków na piasku objaśniać o co im chodzi.
Teraz dopiero na nowo zaczęła mówić Amalka:
"Niestety Milareza nie widziała fotografii rodziny w której sprawie tu przybyliśmy więc nie mogła się posłużyć robionymi na prędce, uproszczonymi portretami.
Znała za to imiona , Tu widać jak rysuje ich symbole. Zauważcie, że to wzbudza pomruki niechęci u jednej z grup mieszkańców. Milareza powiedziała nam później, że działała jakby na oślep bo nie wiedziała co robić, wiedziała tylko,że trzeba próbować się dogadać, no i liczyła na ewentualną interwencję ludzi Korora. Grubo po czasie dowiedziałam się, że ktoś tam stracił pracę bo zerknąwszy na ekran, zobaczył, że "nic złego się z nami nie dzieje i już się tym nie zajmował". Komentując film dodała - "Naczelnik uspokaja wzburzonych. Teraz wysyła syna po kredę." Znów zamilkła. Naczelnik wyrazistymi gestami polecił Milarezie rysować na ścianie aby wszyscy mogli to widzieć. Dwoiła się i troiła by z pomocą nie werbalnej komunikacji wyjaśnić, że chce ustalić dane personalne emigrantów, jakie konkretnie dane i po co. - Tego już Amalka nie tłumaczyła uważając, że gesty i rysunki Milarezy są czytelne.
Wyglądało na to, że ludzie rozumieją co do nich mówi ale nie pojmują sensu jej prośby i węszą podstęp. Milareza wyrysowała unaskie miasto z powozami bez koni i woźnicami przy sterach, powozy nie przypominały unaskich aut. Odegrała scenę jazdy. Potem wskazując osoby w różnym wieku objaśniła na migi kto z nich miałby prawo prowadzić auto. Udało jej się wyjaśnić, że przebywający w Unasie Dinger (Rekin) chce prowadzić auto a mówią mu, że za młody. Dziwne ale właśnie to poskutkowało a po dalszych wyjaśnieniach ludzie w końcu zmienili nastawienie. Za to usilnie poczęli ich namawiać na wspólny posiłek i Amando szepnął, że byłoby afrontem odmówić. -Chyba nigdy nie widziałem lepszej pantomimy -powiedział przy posiłku Milarezie. - A jeśli nawet, to jeszcze żadna nie ocaliła mi życia.
-Nie sądzę by było zgrożone -odpowiedziała - zaalarmowałam straże podniebne. Wciśnięcie alarmu automatycznie wzywa pobliskie kamery, w tym wypadku te z naszej lotopławy. Podwładni prześwietnego Korora mogli zatem czuwać nad przebiegiem wydarzeń.
-Musimy mu podziękowac gdy już będziemy w lotopławie ale w sumie to i tak... -Nie mógł nawet skończyć zdania a Milareza nawet nie spróbowała wieczerzy bo wciąż musiała opowiadać jak to jest "gdzieś tam" na świecie zarysowując już inną ścianę i odgrywając następne pantonimy. Pozostali jedli bez względu na to jak im smakowało bo bali się obrazić Abałrian. Oczywiście naśladowali sposób jedzenia gospodarzy. O dziwo nawet Symelka unosiła palcami do ust kluchy maczane w sosie.
Po tej wizycie chcieli już wracać bo mieli dość wszystkiego. Milareza jednak musiała załatwić wszystkie trzy przewidziane na ten dzień sprawy. W drugiej wiosce jak to skomentowała Amalka okazało się, że Dagrida może tłumaczyć. W trzeciej nie ale nie było żadnego zagrożenia i Milareza szybko z pomocą rysunków wykonywanych w szkicowniku dogadała się z naczelnikiem.
"A tu dam jeszcze scenkę z następnej wyprawy - powiedziała Amalka narrator - jesteśmy znów w Bambelocie, Królewna jak widzicie jest gotowa do wyjazdu zdążyła już nakrzyczeć na Milarezę.
A teraz mówi Amando po bambelocku. Bambelocki znam słabo więc daję to w tłumaczeniu Dagridy.
-Powinnaś się cieszyć, że cię wtedy z nami nie było, nasze życie było zagrożone.
-No to ja ci tego nigdy nie wybaczę - oznajmiła Santra Milarezie a równocześnie król Bambelotu zawołał do córki - nigdzie nie jedziesz! - Jednak ku zaskoczeniu wszystkich dziewcząt (oraz oglądaczy filmu) i oburzeniu Amanda ustąpił wobec jej tupotania.
-No i mam nadzieję, że dziś też nasze życie będzie zagrożone - oświadczyła wsiadając.
- "Na szczęście nie było" - Oznajmiła Amalka narratorka - a Santra jakoś wybaczyła i nawet była na weselu Milarezy i na tym kończę abałriańską epopeję. Relacja z wesela innym razem
 

 


15



RALDARINA
Może komuś udało się uciec od przeszłości. Mnie się nie udało.
Od początku wiedziałam,że nie powinnam się wiązać z Fantegrisem. Niestety los a raczej Fandzio zdecydował inaczej. Powinnam była uciec zaraz na początku pobytu w Auretanii albo przynajmniej nie godzić się na ślub. Niestety stanie się synową następcy tronu a wprzyszłości

mirona Tolimanii było zbyt pociągające.Powinno mnie ostrzec choćby to, że Fandzio chciał poznać moich rodziców. Zignorowałam to a teraz nagle przyleciał i już zaraz, natychmiast chciał lecieć po moich rodziców a z nimi po swoich bo w szkole już powiedział, że się pobraliśmy. Oznajmił, że zamieszkamy razem w Degeden przy Alei Wieczornej.
Jakoś zdołałam to odroczyć. W nocy ukradłam mu pilota od latalki, zabrałam co najważniejsze, narzuciłam na siebie jego szlafrok i odleciałam w stronę Rołerde bo już wiem, że właśnie tam jest szkoła sekretarek. Postanowiłam się do niej zapisać. Gdy się przebrałam i opuściłam latalkę pojazd uciekł może to dobrze. Latalka wprawdzie mogła mi się przydać ale mogła też zaszkodzić. Pieszo udałam się do miasteczka. Nagle drogę zastąpiło mi kilku drabów.

W tym momencie pożałowałam, że nie mam latalki latalki.
-Raldarina cukiernikówna z Azzo? -Padło pytanie. Nogi się pode mną ugięły. To było najdawniejsze moje imię jakiego świadomie używałam. Jeszcze wcześniejsze, takie z niemowlęctwa ustaliłam później i właśnie teraz miałam je przybrać. Zamierzałam wrócić do imienia a nawet daty urodzenia dziewczynki, którą byłam na samym początku.
-A może Ibawenna Włamywaczowa? - Spytał inny drab.
-A może Meliwaretta z Degeden? - Dorzucił trzeci.
-Jesteś aresztowana - dodał ten pierwszy.
-Pięknie ci w tym szlafroku - kpił czwarty. Tak, z powodu zimna zostawiłam sobie szlafrok Fantegrisa.
Zabrali mnie większym pojazdem latającym do jakiejś dużej sali. Skulony Fantegris, siedział na jednym z krzeseł, inne zajmowali ludzie, których nawet nie znam, na poczesnym miejscu stały
moje toboły.
-Zaczynamy inwentaryzację - powiedział najstarszy - zaczniemy od tej torby - wskazał moją torbę wniesioną przez jednego ze strażników. Na jego skinienie strażnik wysypał jej zawartość na stół.
Fantegris aż podskoczył, stanął nad stołem, poczerwieniał a potem wykrzyknął - to ty miałaś tyle pieniędzy i kosztowności a ja musiałem harować i kombinować jak cię utrzymać?!
-Nie mogłam ci powiedzieć - wyznałam.
- Nie mogła - potwierdził jeden z mężcyzn - te rzeczy pochodzą z włamań dokonanych przez jej męża.
-Cooo? Masz męża? - Krzyknął Fandzio.
-Już nie -Odrzekł najstarszy - jej mąż został stracony.
Właśnie się o tym dowiedziałam.
Spisali moje rzeczy, nawet te, które sobie kupiłam. Na moją nieśmiałą uwagę, że kupiłam, najstarszy spytał - za jakie pieniądze? Już nie dyskutowałam.
Wózek Dagridy kazał odstawić.
-To należy do jednej z jej koleżanek z Degeden - powiedział.
-Pożyczyła mi - powiedziałam.
-A zamierzałaś oddać?
Powoli docierało do mnie kto to jest. Wyobrażająca go lalka, siedziała na półce Milarezy obok lalki wyobrażającej jej matkę. To był Milander. Kiedy popełniłam błąd? Pożyczając ten głupi kołnierzyk czy przyjmując zaproszenie do Siegridówki? - Rozważałam. Chcieli abym się w towarzystwie strażniczki przebrała w workowatą suknię.
-Tato - zwrócił się błagalnie Fandzio do tego mężczyzny, który powiedział mu, że moje kosztowności pochodzą z włamań - niech oni nie upokarzają mojej żony.
-To nie jest twoja żona, ty się ożeniłeś z postacią z bajki. Meliwaretta z Degeden nie istnieje.
-Ale ja ją kocham. Błagam, zrozum to, Fandzio płakał a mnie się na ten widok serce ścisnęło, chyba nigdy jeszcze nie byłam aż tak kochana.
-Synu ja bym wszystko zaakceptował, prawie wszystko. Gdyby ona była żebraczką, to przecież możnaby wystroić, nauczyć etykiety, wyszkolić w byciu damą ale nie zaakceptuję złodziejki.
-To mnie wygnaj, zabierzcie nam wszystko oprócz tego co mamy na sobie ale ją mi zostawcie. Ja bez niej nie będę mógł żyć.
-Nie - powiedział ojciec Fantegrisa.
-Przecież to nie ona kradła tylko jej mąż.
-Była kieszonkowcem a kufra z dyliżansu to już jej mąż nie mógł ukraść.
-Tato! - Fantegris padł na kolana. Jego ojciec odwrócił się i wyszedł. Fantegris na kolanach podszedł do Milandera - wuuujku - wyjęczał.
-Dobrze - odrzekł Milander - wykupię ją ale mam warunki. Przyjmuje z powrotem imię Raldarina, wraca do swojego naturalnego wyglądu, zapraszacie cukiernikowstwo z Azzo na ślub. Bo ślub jeśli nadal go chcecie musi się odbyć ponownie, tamten jest nieważny.
-To nie są moi prawdziwi rodzice - zaprotestowałam ale nieśmiało bo za bardzo dyskutować nie mogłam, zacisnęłam zęby i zmilczałam gdy powiedział - twoja prawdziwa matka tyle juz dzieci odsprzedała, że pewnie ciebie już nie pamięta.
- Wujku ale ta zmiana wyglądu to nie, ja ją kocham taką jaka jest.
-Chłopcze, ona musi się stać prawdziwa. Od siebie się nie ucieknie. Można tylko nad sobą pracować.


BIURO




-Jaki mogłaś dopuścić aby Fantegris cię ubiegł? - Spytała mnie Zulare przy całym kursie.
-Dostojna Zulare przykro mi, że mnie winisz zwłaszcza, że niezasłużenie - odpowiedziałam grzecznym tonem - mój wniosek był złożony wcześniej. Odrzucono go bo Fantegris jest mężczyzną.
-To trzeba było nie rozpowiadać o swoich planach.
-Tak, w tej kwestii popełniłam błąd, pozwoliłam się wypytać prześwietnej matce Fantegrisa.
-Czy teraz nie powinnaś pomóc koleżankom znaleźć pracę? - pytała Zulare.
-Dlaczego ja dostojna nauczycielko? - Zdziwiłam się - wszak nikomu nie składałam obietnic.
-A czy przypadkiem nie dlatego dopuściłaś do odrzucenia wniosku aby nikt cię już nie mógł prosić o zatrudnienie?
-Dostojna Zulare Ja tylko popełniłam błąd - odpowiedziałam bardzo stanowczym tonem - ale uwierz, choć miałam wytypowane kandydatury do zatrudnienia, naprawdę nigdy, nikomu pracy w moim biurze nie obiecywałam.
- To chociaż pogadaj z tym Fantegrisem o zatrudnieniu ze dwóch dziewcząt.
-A czy to byłoby dobre dla opinii zatrudnionych tam dziewcząt?
-Wzięłoby się inne dni pracy.
-Nawet w takim wypadku ktoś będący przeciw nam, umiałby nam zaszkodzić.
-Nie przesadzaj. Zresztą wszystko by się udało gdybyś przy Szuaradzie nie powiedziała, że nie chodzi o ciebie lecz koleżanki. Gdyby chodziło o ciebie, stanąłby po twojej stronie. Dlaczego ty tak dużo gadasz?
-Prześwietny Fanteor zwrócił mi w jego obecności uwagę, że ja już mam pracę. Jest zorientowany gdyż nadzoruje pracę kancelarii, która mnie zatrudnia jako referenta i gońca. Musiałam mu odpowiedzieć a nie sądziłam aby dla dostojnego Szuarada miało to znaczenie.
-Nie zauważyłaś, że cię ceni?
-Nie daje tego po sobie poznać.
-Aaa to możliwe. Kończymy dyskusję - usiłowała zarządzić Zulare.
-Jeszcze tylko jedno zdanie - poprosiłam uznawszy, że honorowiej będzie tę rzecz zasygnalizować niezwłocznie.
-No proszę -zgodziła się Zulare.
-Coś jednak załatwiłam.
-Co?
-To może poczekać. Szkoda tracić lekcję.
-Zdążę was odpytać. Mów!
-Zarejestrowałam biuro w Kloto. To chyba dobre miejsce? Tam mieszkają Gedesszama, którą typowałam do zatrudnienia i Rifada, którą ty mi polecałaś. Rifada się zgadza, z Gedesszamą zamierzam porozmawiać ale oczywiście nie na lekcji.
-A ja mam tam dziadków - wtrąciła sie Nala.
-Nie mogłaś tak od początku? - Zapytała Zulare Milarezę.
-Mogłam. - Odpowiedziałm nie tłumacząc dlaczego tego nie zrobiłam.






Szybko przestała mi się podobać rekomendowana przez Zulare Rifada. Miała ukończony podstawowy kurs pomocnic biurowych, pewien czas pracowała w urzędzie miasta, na pierwszym spotkaniu była rzeczowa i sympatyczna, na drugim miała żądania.
Oświadczyła, że prowizje pracownic będą za małe i w związku z tym należy podnieść opłaty dla klientów oraz zrezygnować ze świadczenia usług nieodpłatnych dla ubogich. Nala i Gedesszama wyglądały na niezdecydowane
-Potrzebuję czasu aby twoje sugestie przemyśleć - odpowiedziałam stanowczo.
Musiałam tę sprawę przedłożyć ojcu bo wyglądało na to, że do biura trzeba dopłacać więcej niż planowaliśmy. Na ogół Milander nie liczył się z kosztami ale tym razem powiedział - nie możesz pozwolić aby pracownica tobą manipulowała. Jeżeli jej nie zatrudnisz będzie więcej prowizji dla pozostałych. Nie dorzucę ci pieniędzy. Zrób tak jak mówię albo dołącz jeszcze jakąś działalność, niech dziewczynki na swoją prowizję zarobią. Na pewno nie możesz postąpić jak Karebordżanka i zignorować potrzeby biednych. Jesteś Tolimanką.
- Tolimanką... To mnie zainspirowało. Wiedziałam, że mało kto z krajów srogiej zimy zignorowałby potrzeby ubogich. Weszłam do Symelki, która akurat gościła u siebie Eluksendreę i Nalę. Przywitawszy sie z nimi zwróciłam się do Symelindy: -Spodziewam się gościć niedługo w Ebredoz, gdybyś chciała wysłać list lub rzeczy dla biednych to mogę zawieźć.
-Zrobiłam trochę skarpet i dwa swetry - odpowiedziała nie wiedząc, że właśnie zdaje egzamin.
-Pokaż - zażądała Eluksendrea a potem chciała jeden sweter odkupić, już go prawie zabierała, dostała po łapach i puściła.
-Zidiociałaś? - Krzyknęła.
-Nie - wyjaśniłam zamiast Symelki - po prostu wie komu ten sweter jest bardziej potrzebny. Komuś może on nawet uratować życie. Zdążymy jeszcze o tym pomówić Symelindo, nie przeszkadzajcie sobie. Wyszłam nie licząc się z tym, że właściwie popsułam im spotkanie.
 

 


16
Na podstawie filmu i opowieści trojga uczestników wydarzeń (Milarezy, Małymisia i Korora)


Od pewnego czasu pełniła raz w szestnicy dyżur w Biniusie. Zaczynała go gdy w Pukatanie miało niedługo świtać, w Unasie trwała noc. Pracowała w
lotopławie. Miała tu gabinet dopasowany do swego wzrostu aby osobom widzącym ją w monitorze wydawała się wyższa i nie brali jej za dziecko. Dotąd nic szczególnego się na tych dyżurach nie działo. Włączała milanderłącze, na centralnym ekranie pojawiał się Małymiś Murmurando i na jej widok szczerze uśmiechał. Opowiedział jej już sporo o Biniusie, zlecił zadania do wykonania wypytał jak do niej trafiło jego pismo. Wyczuła, że może mu szczerze powiedzieć ile gaf w nim popełnił.
Śmiał się i odpowiedział
-No widzisz ale gdybym nie spróbował nic bym nie uzyskał. Fajni z was ludzie. Z poczuciem humoru.
-Niekoniecznie - uśmiechnęła się bo uważała, że taki Koror na przykład absolutnie nie ma poczucia humoru a o niej też tak mówiono.
- Raczej nie mogliśmy dopuścić aby z powodu uchybień w piśmie nie zostały załatwione ważne ludzkie sprawy
-Gdy dopowiadała tych słów trochę cieplej pomyślała o Kororze. Niezbyt ją lubił ale to było dla niego bez znaczenia. Znaczenie miał fakt, że jeśli zaproponuje aby to jej powierzono załatwienie spraw zawartych w piśmie Małymisia to prześwietny Orbort się nie sprzeciwi przyjęciu ich przez mironejską kancelarię, przez co nada im wyższą rangę.
-Chyba na tym polega poczucie humoru - odrzekł Małymiś - nie czuliście się aż tak ważni aby się obrazić i chwała wam za to.
Klienci zdarzali się rzadko. Małymiś uznając, że Milareza już sobie radzi zostawił ją na nocnej zmianie samą. Tymczasem akurat tego dnia przybiegła kobieta, z którą bardzo trudno było się dogadać w jakimkolwiek języku a także z pomocą gestów i rysunków. Milareza dość szybko uznała, że to oszustka, włączyła alarm z podglądem dla Małymisia i nie przerywając rozmowy wezwała najbliższe Biniusu agentary czyli małe, latające urządzenia wyposażone m.in w kamery . Z trudem ustaliła, że woda w domu kobiety się leje ze ściany "bul bul bul."
-A czy zakręciłaś kran? - Spytała spokojnie, wykonując równocześnie stosowny gest. Kobieta zdawała sie nie rozumieć pytania, histeryzowała używając bezsensownego zlepku pukatańskich słów.
-Więc jak ta woda leci? - Spytała grzeczniutko Milareza - bul bul bul ?
Kobieta na chwilę ukryła twarz w chuście a Milareza udając, że nie pojęła tej reakcji powiedziała po unasku:
-Musisz teraz wrócić do domu, narysowała budynek i biegnącą do niego klientkę -Twój dom - powiedziała wskazując kobietę- ty tam biegiem - naśladowała biegnącą postać - zaraz potem narysowała na tablicy wielkie wizjofoniczne kamery i oczy a poniżej biegnącą kobietę - ja cię będę widziała - tłumaczyła przykładając złożone w lornetkę dłonie do oczu. Gestykulując powtarzała:
-Biegnij, będę widziała i sprawdzę co trzeba zakręcić - zrobiła gest zakręcania unaskiego kurka.
-Nie płacz - tłumaczyła spokojnie - narysuję ci co trzeba zrobić.
Tymczasem nawiązał z nią kontakt Koror. Pojawił się na jednym z ekranów lotopławy toteż kobieta go nie widziała tylko słyszała, a że mówił po tolimańsku nie rozumiała.
============
Małymiś Murmurando słyszał alarm, przyśniło mu się, że wstaje narzuca szybko ubranie, biegnie do auta, jedzie a równocześnie wciąż patrzy na ekran i słyszy rozmowę o bieganiu. Dopiero rankiem obejrzał zarejestrowany przez jego wizjofon film. Dwa dni później zwołał naradę.
- Chcę abyście to obejrzeli i ocenili czy powinienem namawiać tę dziewczynę aby podjęła u nas pracę w pełniejszym wymiarze. Oceńcie jak sobie radzi i co musimy skorygować. Pokazał im film..
-Byłoby lepiej gdyby nie była sama na zmianie - ocenił w pewnym momencie Żbik - wykwalifikowany pracownik z jej pomocą szybko załatwiłby sprawę.
Mógłbym ją mieć w zespole.
-Nad tym pomyślimy, patrzcie dalej. Gdy doszło do momentu namawiania kobiety by wróciła do do domu Jaśmin stwierdził - pozbywa sie problemu, trochę ją rozumiem, ta baba jest wyjątkowo tępa aż chciałoby się ją wziąć za kudły i potrząsnąć - ocenił klientkę.
-Powinna wezwać taksówkę - powiedziała Takta mając na myśli Milarezę - ale widocznie nie umiała sobie poradzić. Żbik ma rację, nie powinna być sama. Przydałaby się mi jako pomocnica lecz nie samodzielny pracownik.
-A ktoby sobie z takim babsztylem poradził? Ja chyba nie - przyznał się Ryś - a dziewczyna naprawdę się stara, nie jej wina, że klientka to idiotka.
- Słuchajcie uważnie. - Polecił Małymiś. W scenkę włączył się męski głos.
Patrzyli i słuchali choć nie rozumieli prowadzonej w uprzejmym tonie rozmowy.
Potem Milareza powiedziała do kobiety po unasku - doradzono mi abym wezwała taksówkę i hydraulika, mówiąc to narysowała taksówkę i człowieka w stroju roboczym i z torbą narzędzi.
-Zły pomysł - ocenił Żbik - skąd ta kobieta ma wiedzieć jak wygląda nasz hydraulik?
-Trochę będziesz musiała zapłacić - tłumaczyła Milareza rysując unaski walutomierz ale przynajmniej woda nie bę ... - kobieta nieoczekiwanie uciekła.
Kamery pognały za nią.
W biegu ściągała perukę. Dobiegła do dwóch mężczyzn, po czym ściągnęła wierzchnią dość długą szatę by objawić się w bardziej unaskim stroju.
-Malina! - Wykrzyknęło parę osób oglądających film.
-Masz to? Pytali koledzy na filmie.
-A idź! Gówniara omal mnie nie zdemaskowała. W ogóle się nie denerwowała i nie była dostatecznie zabawna nawet kiedy usiłowała mi wmówić, że namierzy mnie miejskim monitoringiem a na koniec chciała na mój koszt wezwać taksówkę i hydraulika.
(Zrozumiała - stwierdził Żbik)
-Najwyżej byśmy zapłacili - mówił Otosyn.
-A gdzie z nimi miałam jechać? Spanikowałam.
Trójka rozmówców stanowiła jedną ze zmian pracujących w Biniusie.
Dziewczyna była praktykantką, jej szefem bratanek Małymisia.
-A chcecie tłumaczenie rozmowy między Milarezą a prezydentem Orbortportu? - Zapytał Małymiś.
-To ona aż prezydenta zaangażowała? - Zdumiał się Żbik i zaraz zamilkł, bo już się zaczynał ponownie filmik, mogli sobie obejrzeć scenę rozmowy jeszcze raz. Tym razem z tłumaczeniem na unaski.
Milareza się uśmiechała jakby prawiła uprzejmości. Męski głos pytał:
-Dlaczego wezwałaś agentary do Błędnyryskiego portu?
-Zdalnie pełnię dyżur w Biniusie, dostojny -wyjaśniła -Milareza - Zjawiła się tam oszustka i chcę ją rozpracować bo nie wiem co chce osiągnąć.
Zgłosiła taką sprawę, że nawet gdyby nie kłamała, agentary byłyby mi potrzebne aby zlokalizować jej dom i ustalić dlaczego leje się woda.
-Pewnie kran nie dokręcony.
-Wątpię. Ona ma na sobie lepiony strój więc nawet gdyby była Pukatanką, musiałaby tu mieszkać już jakiś czas i umieć dokręcać krany. Ponadto Pukatanka wezwałaby na pomoc sąsiadów a nie biegła do jakiegoś urzędu. Co więcej, lepiej do niej przemawiają symbole oczywiste dla tutejszych niż znane Pukatańczykom. Ma perukę, nie kojarzy się z żadnym znanym mi narodem oprócz unaskiego, używa bezsensownego zlepku słów wzbogaconego własną twórczością, akcent ...
-Starczy, rozumiem. Powiedz jej, że zaraz zamówisz na jej koszt taksówkę i hydraulika.
-Nie podała adresu.
-Nie ważne, zrób co ci każę i daj mi na nią podgląd.
Jeszcze raz obejrzeli propozycję wezwania taksówki i moment ucieczki Maliny. Milareza kontynuowała swoją wypowiedź już z uśmiechem:
przynajmniej woda nie będzie robić bul bul.
-Bul bul? - Zapytał niewidzialny mężczyzna.
-No właśnie - odpowiedziała Milareza - jakie to zdumiewające, że nawet lecącą wodę każdy naród naśladuje inaczej. Fascynujące.
- Obejrzymy sobie dokąd uda się ta Unasjaneczka Bul bul - powiedział mężczyzna.
-Sądzisz prześwietny Kororze, że chciała ukraść dane osobowe czy coś innego?
-Nie. W Unasie młodzież jest głupawo dowcipna.
-U nas też ale to byłaby przesada.
-Są bezkarni więc przesadzają.
-Trzeba zatrudnić tę dziewuszkę - domagał się Żbik - na miejsce kogoś z tej trójki. Uważam, że najprościej będzie zwolnić praktykantkę.
-To niesprawiedliwe! - krzyknęła Malina - to wcale nie był mój pomysł!
-Ale wykonanie twoje - odrzekł Żbik - a sprawiedliwości nie ma. Właśnie odbierasz cenna lekcję w tym temacie.
-I ta lekcja jej się należy - pochwalił go Małymiś po czym dodał - ale ja mam bardziej ekonomiczną koncepcję. Zwolnię tego, któremu najwięcej płacę.
-Chyba stryjek żartuje, przecież to firma rodzinna - oburzył się Otosyn.
-Kto tak twierdzi? Założyłem ją sam przy wsparciu mojego ojca. Mój ojciec nie jest twoim dziadkiem. Mimo to miałeś wysoką pensję. Liczyłem nalojalność a ty sobie żarciki robiłeś z mojej strategicznej pracownicy.
-Jakiej?
-Jak zwał tak zwał, ona jest mi potrzebna, ty nie. Tylko ploty roznosisz na temat naszych klientów i grasz w gry wizjofoniczne. Kończymy współpracę.
================
Milareza zrobiła notatkę z dyżuru z uwzględnieniem tego co mogłaby zrobić lepiej, co powinna przedyskutować z Małymisiem i czego się nauczyła a rysunek przedstawiający oszustkę zapoczątkował kartotekę jej klientów w Biniusie. Ogólnie uznała, że sobie poradziła. To dało jej siłę do zmierzenia się z problemami jej biura w Kloto.

REFLEKSJE RALDARINY

To było dziwne, że Milander zapłacił za mnie bo przecież mógł mnie puścić bez wykupu. Tak mu nawet powiedział jeden z jego ludzi. Odpowiedział, że wszystko musi być zgodne z prawem a pieniądze z wykupu trafić do poszkodowanych rozbojami oraz na fundusz zwalczania przestepczości. Zamiast moich pięknych sukien, dostałam trzy skromne, z wynajmu luksusowego lokum też trzeba było zrezygnować a przenieść się do zaoferowanej przez Milandera klitki w innym miejscu i podjąć pracę w fabryce. Już nie jestem płomienną Meliwarettą tylko robotnicą Raldariną ale ... O cudzie Fantegris został ze mną, porzucił dla mnie wszelkie luksusy. Powtórnie zawarliśmy związek małżeński, tym razem legalny. On też rozpoczął pracę w fabryce, obiecał, że z czasem się dorobimy . Nigdy jeszcze nie byłam tak biedna i nigdy żaden mężczyzna nie uczynił dla mniewięcej niż on. Właściwie to nie mnie ale Milarezy trzeba żałować bogata, mądra, uczciwa i co z tego?
Nigdy nie będzie tak kochana jak ja. Ostatnie wieści jakie miał na jej temat Fantegris są smętne. Teściowie nie przyjęli jej do domu, małżeństwo zostało zawieszone, wkrótce potem jej mąż uciekł z córką parobka.
Co prawda w naszym małżeństwie też nie jest różowiutko. Z powodu biedy i ciasnoty często się kłócilmy ale zawsze potem godzimy.
KIEROWNICZKA


Zorientowałam się, że tanio samodzielnego pokoju nie wynajmę a w bursie lepiej niż tu nie będzie. Bardzo nie opłacało mi się unosić dumą z powodu dokwaterowanej smarkatej współmieszkanki bo musiałabym odejść ze szkoły a tego nie chciałam. Wyjechałabym niby popracować w biurze burmistrza a potem wrócić do szkoły ale pewnie raczej wydaliby mnie za mąż abym już nie mieszkała w domu ojca i nie kłóciła się z macochą.
Niespodziewanie odwiedziła mnie Milareza
-Przepraszam, że przeszkadzam - powiedziała - chciałabym wiedzieć jakie masz plany.
-Bo co? - Warknęłam niezbyt mile bo nie miałam z nimi wszystkimi miłych relacji.
-Konkretnie chodzi mi o to czy już znalazłaś pracę - wyjaśniła.
-Zawsze mogę popracować u ojca w urzędzie.
-Rozumiem. Chciałam ci zaproponować stanowisko kierowniczki w moim biurze. Kiedy mogę mieć konkretną odpowiedź czy ci to odpowiada?
-Dlaczego akurat mnie? - przyznaję, byłam podejrzliwa.
-Masz wojowniczy charakter, jesteś osobą uczciwą, na dodatek Arębimaranką, córką burmistrza a to przecież zobowiązuje.
-Do czego?
-Do nie ściągania opłat od ludzi, których na to nie stać.
-Noooo dobra mogę to przemyśleć -powiedziałam łaskawym tonem bo przecież skakać z radości byłoby głupio i mało dystyngowanie. - A jak będzie z dojazdami do szkoły i gdzie tam zamieszkam? - Zapytałam.
-Kupiłam duży dom, akurat mniejszych nie było i dobrze bo mam co do niego dalsze plany. Jeden pokoik mogłabyś zagospodarować, z tym, że sąsiedni zajmuje gosposia.
-Muszę ją najpierw poznać.
-To uczciwa kobieta. Oczywiście masz rację, musisz ją poznać. Jutro sama cię tam zawiozę, później kierowca z Siegridówki będzie was woził.
-Czyli trzy dni będę tu, trzy tam?
-Tak, zgodnie z rytmem nauki.
-Trzy dni w szestnicy jakoś tę małą Hellefrydę zniosę. Co z posiłkami?
-Tego nie zapewniam, W domu jest możliwość ugotowania sobie czegoś, ponadto możesz korzystać z jadłodajni albo przygotować sobie coś tutaj, w moim kompleksie, zabrać w garnkach a potem odgrzewać.
-Rozpatrzę się na miejscu. Nie masz żalu, że tak o wszystko pytam?
-Skądże, przecież wybrałam cię na kierowniczkę. Nie możesz być fajtłapą.
-Będę miała trzy podwładne?
-Na razie tak ale gdybyś nie mogła się dogadać z Rifadą napisz wniosk o zwolnienie.
-Możesz mi już dziś dać do przejrzenia dokumentację?
-Po podpisaniu umowy.
-Mały szantażyk? Dobrze, daj mi tę umowę, zapoznam się i chyba podpiszę.
-Podobno prowizje są zbyt małe - powiedziała Milareza.
-Przeżyję - machnęłam ręką. Potrzebowałam tej pracy aby kontynuować naukę.
-Pomyślałam, że mogłybyście mieć jakąś dodatkową działalność, haftowanie czy coś, oczywiście należałoby załatwić zezwolenie.
-A introligatornia? Bo mój dziadek jest introligatorem, trochę mnie nauczył.
-Zaczniemy od uzyskania zezwolenia. Postaram się aby to była introligatornia.
Kiedy o wszystkim opowiadałam na tańcach Gawigerowi, to jednak skakałam z radości. Byliśmy w ogrodzie i sądziłam, że nikt po za nim tego nie widzi ale Emriwalda czuwała.
-Jaka ty się piękna robisz gdy się cieszysz - powiedziała zjawiając się nie wiedzieć skąd - zimno zaczyna się robić, zmykajcie na salę. Byliśmy w domu rodziców Gawigera, na bal zaprosiła mnie i Emriwaldę jego siostra.
On też się cieszył bo znalezienie pracy oznaczało, że zostanę w tych okolicach
Dodatkowe zezwolenie Milareza załatwiła niemal od ręki gdy tylko upewniła się, że Milander sfinansuje założenie introligatorni. Dostałyśmy świetny sprzęt i materiały oraz instruktora a na jego lekcje przyjechała też Rezeryka z Milarykiem i Rezemcią. Niestety doszło do przykrego incydentu.
Milaryk dostał w twarz gdy po raz kolejny chciał włożyć ręce pod nóż gilotyny by zademonstrować nam jak maszyna się zatrzymuje. Rezeryka bywała nerwowa. -To nie jest zabawka - powiedziała gniewnie - w najlepszej maszynie może nagle zawieść mechanizm.
Zrobiłyśmy sobie teczki na dokumenty, kartonowe pojemniki na równo przycięte arkusze papieru różnej wielkości oraz tulejki na listy.
-Bardzo praktyczna ta dodatkowa działalność -stwierdziła Nala - same możemy robić wyposażenie biura.
-Nie wiadomo tylko czy ktoś to będzie chciał kupować - Rifada była sceptyczna - ja bym radziła
wprowadzić proponowane przeze mnie poprawki do regulaminu.
-Nie bądź pazerna - odpowiedziała jej Rezeryka - jeżeli okaże się, że zarabiasz za mało zawsze możesz się zwolnić i poszukać czegoś innego.
-Nie zgadzam sie na twoje poprawki - dodała spokojnie Milareza.
-Co to za poprawki? -Spytałam. Odpowiedziała Rifada.
-Uważam, że nikt nie powinien być faworyzowany gdy chodzi o koszty. Taką sama pracę wykonamy dla biednego i bogatego więc tak samo powinni płacić.
-Mój ojciec uważa, że to dobry pomysł aby biedni nie płacili bo bogaci maja swoich sekretarzy i prawników więc do nas nie przyjdą a potrzebujemy jakichś klientów w celach szkoleniowych. Musimy jeszcze mieć porządny szyld i ogłoszenia na słupach - oświadczyłam.
-Wy możecie się bawić ale ja muszę zarobić - upierała się Rifada.
-Milareza może reklamować nasze wyroby podczas wizyt w innych miastach i dowozić je do odbiorców -proponowała Nala.
Milareza nie była zachwycona tym projektem ale powiedziała tylko - teraz rzadziej jeżdżę.
-Coś wymyślisz - odpowiedziałam z całym przekonaniem.
Już wiedziałam czemu zawdzięczam tę pracę i dlaczego Milareza zaproponowała zawiezienie listu i rzeczy dla biednych.
Nawiasem mówiąc, rzeczywiście zawiozła a wracając przywiozła mi list od ojca.


ZASTĘPSTWO ZA DAGRIDĘ

Udałam się do Isage aby doposażyć dom Orborta we wszysytko co było potrzebne do użytku oraz wytwórczości, odwiedzić Dagridę, przywieźć jej nagrania lekcji i materiały, o które prosiła poprzednim razem. Została zatrudniona jako nauczycielka ponieważ bardzo się spodobała naczelnikowi okręgu towarzysząc mi z grupą innych osób w załatwianiu spraw urzędowych.
Tłumaczyła wszystko Santrze z haberlandzkiego na bambelocki. Poliglotka z niej - powiedział wtedy - a dzieci powinny się uczyć obcych języków, przynajmniej te zdolniejsze.
Dagrida nie wyszła mi na przeciw, miała wysoką gorączkę. Na szczęście Kimprusja się nią
umiejętnie opiekowała.
-Jak to dobrze, że jesteś dostojna Milarezo - powiedziała - już dwa razy trzeba było odwołać lekcje to jutro ty przeprowadzisz.
-Ja? Jutro? - nawet nie miałam czasu się przestraszyć a Kimprusja nie widziała problemu.
Przecież kończyłyśmy kursy w tym samem zespole szkół. Nieważne, że inne.
-Zobacz wszystko co nauczycielka ma w biurku a na pewno sobie poradzisz- powiedziała pogodnie.
Kimprusja była miłą kobietą. Odkąd została wdową i z winy pazernych krewnych męża utraciła dom, tułała się z dziećmi spędzając zimy u coraz to innego gospodarza a tego arla zarekomendowano ją prześwietnemu Milanderowi na gosposię w Isage. Liczyłam się z nią i szanowałam ale nie zamierzałam prowadzić żadnych lekcji. Obiecałam znaleźć zastępstwo.
Przede wszystkim zajęłam się Dagridą. Zdaniem znających się na tym domowniczek a niezależnie od nich Rezeryki i medyka mirona korzystających z pomocy automedów, Dagrida źle znosiła haberlandzką zimę. Zdecydowałam się ją stamtąd zabrać. Wahałam się tylko gdzie. Dagrida postanowiła, że do jej rodzinnego domu.
Jeszcze tego dnia udałam się do Eneroze poprosić o pomoc w znalezieniu zastępstwa.
Nieoczekiwanie Eneroze odmówiła. Twierdziła, że w tak krótkim czasie nikt się do lekcji nie przygotuje.
Miałam jednak wrażenie, że kryje się za tym coś innego. Eneroze chyba czuła urazę tylko nie wiadomo było o co.
Nazajutrz wróciłam do Isage sama. Tego dnia przeprowadziłam wspólną dla trzech oddziałów lekcję o tym jak najłatwiej zapamiętać niektóre często używane znaki pisarskie. Początkowo jeden z uczniów usiłował jej przeszkadzać, poprosiła aby to on wykonywał na tablicy rysunki i szło mu wystarczająco dobrze by nie zmarnował mi lekcji. Zresztą jeśli rysunek nie pasował do znaku pisarskiego, który chciałam na nim wykonać mówiłam: "dobrze ale ...", uzasadniałam co jest nie tak a jeśli się denerwował, rysowałam sama.
Dopiero następnym razem byłam do lekcji porządnie przygotowana i to na dwa dni gdyż planowałam jeszcze tegoż dnia jechać do szkoły guwernantek w Bapri więc w razie niepowodzenia nie miałaby już czasu się przygotować. Mało brakowało a zmieniłabym plany bo akurat tego dnia dotarła do szkoły podziemnym szlakiem para wizytatorów. Była to zarazem para małżeńska co w Haberlandach nie było rzadką praktyką. Oboje usiedli na śpiesznie dostarczonych im krzesłach z tyłu sali, Kimprusja przyniosła im ciepły, sycący napój a na salę powchodzili też niektórzy, niezbyt w tym momencie zajęci, za to ciekawscy domownicy. Stresowali mnie bardziej niż wizytatorzy. Na szczęście wiedziałam co ma robić.
Zdążyła już przydzielić do wykonania zadania najstarszemu i najmłodszemu oddziałowi a teraz mimo harmidru, który zresztą w skutek tego ucichł, zajęłam się średnim. Poprowadzmiła lekcję rachunków. Poprosiłam chłopca, który wcześniej mi przeszkadzał o narysowanie pięciu jabłek na talerzu.
-Ty rysuj - odrzekł. Chwilę na niego popatrzyłam i zdecydowałam, że lepiej będzie na to przystać, powiedziała:m Dobrze. Wyobraźmy sobie taką sytuację: Wybierasz się paść ...
-O tej porze arla? - Zrobił kpiąco zdziwioną minę.
-Nie. Wyobraźmy sobie, że jest lato wybierasz sie paść owce a w wielkiej misie leżą jabłka. Masz na nie wielką ochotę, nabierasz na talerz pięć (narysowała) i wsypujesz do wora.
-Po co na talerz?
-Taką masz fantazję. Potem nabierasz jeszcze trzy razy po pięć jabłek - narysowała jeszcze trzy talerze (ale już bez jabłek) - wsypujesz do wora i cieszysz się bo masz dużo jabłek. Ile?
Zrobiła przerywnik by poprosić wszystkich uczniów ze średniego oddziału o wpisanie w zeszytach działania 4x5. Nim skończyła mówić chłopak dał odpowiedź - tyle ile ja i ty mamy palców u obu rąk.
-Czyli? - Zapytała.
-Ja mam ...- zaczął.
-20 - wykrzyknęła dziewczynka z najmłodszego oddziału, wszyscy się roześmieli ale nie Milareza - tak, masz rację,- przyznała - razem jest 20. A teraz - zwróciła się do chłopca
wyobraźmy sobie, że masz ogromną ochotę na te jabłka, nawet myślisz, że zjesz wszystkie zanim spotkasz się z kolegami, którzy ...
-Nie. Ja bym się z nimi podzielił!
-W porządku.Zadanie miało być trochę inne ale dostosuję do twoich zwyczajów. Spotykasz czterech
kolegów.
-Mam trzech.
-Tym razem przyszedł jeszcze jeden. Dzielisz sprawiedliwie jabłka.
-A jeśli są nierówne?
Mama chłopaka z dumą zachichotała. Milareza uznała siebie za zbyt młodą aby ją pouczać toteż zwróciła się do chłopca - dlaczego ty mi to robisz? Jest wizytacja, na dodatek wasi rodzice mnie oceniają, jestem wystraszona ...
-Ty? Akurat!
-A jednak. Przecież nawet twoja mama się ze mnie śmieje, czy ty wiesz jak mnie to boli? Naprawdę chciałbyś abym się za chwilę rozpłakała i uciekła a potem ze wstydu bała się tu pokazać? - Błagalnym gestem udało jej się powstrzymać jednego z mężczyzn przed zabraniem głosu. (prawdopodobnie miał to być głos w jej obronie)
-No dobra. Jabłka są równe. Każdy dostaje pięć - ocenił chłopiec..
-A ty?
-Co ja? ... O, przepraszam, każdy dostaje... cztery. Ja też.
-I to jest dobra odpowiedź. Kto mi powie jakie działanie powinniśmy teraz zapisać w zeszytach?
Potem poprowadziła lekcję śpiewu dla wszystkich. Dagrida planowała zaczęcie nauczania pieśni: "Pragniemy dumą być dla naszej szkoły" w wersji haberlandzkiej ale Milareza śpiewała średnio, przyniosła więc film z przygotowywania tejże pieśni przez degedeński chór, prowadzony przez Tagunaka.Oczywiście chór śpiewał po karebordżańsku. Szkoda ale właśnie tę najtrudniejszą dla niej lekcję i dwie inne wizytatorzy pozwolili jej przeprowadzić a lekcję rysunków zabrali na odpytywanie uczniów.
Spodziewała się, że po zajęciach wizytatorzy omówią z nią lekcję. Niestety już się śpieszyli i nawet zaoferowany im przez Kimprusję obiad wzięli w słoiki. Obiecali przysłać protokół.
Dopiero w Bapri dowiedziała się Milareza, że każdy okręg ma swojego "zapasowego" nauczyciela.
-Dziwne, że nikt ci o tym nie powiedział - zauważyła dyrektorka szkoły.
-Mało, że mi nikt nie powiedział - zaśmiała się - domownicy oczekiwali, że przeprowadzę lekcję a na dodatek miałam wizytację i wizytatorzy też mnie nie poinstruowali.
-A wiedzieli, że jesteś na zastępstwie?
-Wydaje mi się mało prawdopodobne aby się nie zorientowali choć w zasadzie wcale ze mną nie rozmawiali, przyjechali gdy już zaczęłam prowadzić lekcje wyszli nim skończyłam, nawet żadnych końcowych uwag nie było.
-Przyślą protokół. Jak zawsze negatywny. Ważne czy zarzuty będą bardzo czy mało istotne. Jeżeli napiszą, że jesteś za niska i nic po za tym, to znaczy, że lekcja była przeprowadzona rewelacyjnie.
-Nie była, jednak cele lekcji zrealizowałam. Cieszę się, że mogłam cię poznać czy znasz może adres nauczycielki na zastępstwa?
-Niestety będziesz musiała odwiedzić naczelnika Isage, on wyśle wiadomość do naczelnika okręgu
a naczelnik okręgu przyśle nauczyciela.
-A nie mogę lecieć prosto do Raugdaege ?
-Nie. Bo naczelnik Isage czułby się pominięty.
No trudno. Udałam się do naczelnika Isage.
Widzieliśmy się gdy instalowałam w Isage Dagridę ale mnie nie rozpoznał. Domyśliłam się tego po jego spojrzeniu.
-Witaj dostojny naczelniku Isage zapewne mnie nie pamiętasz. Jestem Milareza Milanderówna - przedstawiłam się.
-No jakże mógłbym cię nie pamiętać? - Wykrzyknął - szkoda, że nie przybyłaś wcześniej, był u nas wizytator z żoną na obiedzie. Od razu poproszę cię abyś zawiozła Dagridzie protokóła jakąż masz do mnie sprawę?
Wzięłam protokół i schowała w teczce na dokumenty.
-Piękna teczka - zauważył
- To z mojej introligatorni - wyjaśniłam. -W zasadzie założyłam biuro porad prawnych i korespondencji urzędowej ale aby moje koleżanki a zarazem pracownice mogły nieodpłatnie pomagać ubogim a mimo to zarabiać, dodałyśmy do biura introligatornię. Robimy takie teczki, notesy, segregatory, oprawiamy książki ...
Miałbym do oprawienia starsze akta.
Omówiliśmy najpierw tę sprawę, potem sprawę nauczyciela i dopiero wtedy naczelnik dowiedział się, że Dagrida jest chora a ja nie wiedząc jak załatwić zastępstwo sama przeprowadziłam lekcje. Obiecał, że na pojutrze nauczyciel będzie na pewno. Tak więc nazajutrz znów ja prowadziłam zajęcia. Odleciałam dopiero kolejnego ranka po zobaczeniu się z nauczcielem.
Najpierw odwiedziłam Dagridę, razem przeczytałyśmy protokół, bo Dagrida czuła się już w miarę dobrze. w komentarzu napisała tylko tyle, że rada jest z pozytywnej oceny umiejętności swych uczniów i przeprasza, że dwukrotnie lekcje się nie odbyły ale stało się to z powodu jej niezawinionej niezdolności do pracy w tych dniach. Na całą listę zarzutów tyczących prowadzenia wizytowanych lekcji oraz zarzut prowadzenia niezgodnej z planem lekcji w przeddzień wizytacji, odpisałam ja.
-Ależ miałam farta, że mnie ta wizytacja ominęła - stwierdziła Dagrida.
Należało jeszcze dostarczyć kopię protokołu i wyjaśnień do szkoły Dagridy. Na szczęście nie musiałyśmy przepisywać, zrobiłam fotografię i doręczyła kierowniczce szkoły. Ta czytała pisma pomrukując potem powiedziała - a nie mogłaś się zwrócić do mnie? Wysłałabym tam dziewczynę z Haberlandów na zastępstwo.
-Były pewne przeszkody a potem okazało się, że tam mają nauczyciela, który jeździ na zastępstwa i to jego należało ściągnąć drogą służbową. Podaj mi jeżeli możesz dane tej uczennicy. Niczego nie obiecuję ale będę miała ją na uwadze gdyby ktoś mnie pytał czy nie znam odpowiedniej kandydatki.
Dopilnowałam jeszcze i wzięłam czynny udział w ekspresowym wykonaniu zamówienia dla naczelnika Isage. Podpisywałam oprawne księgi akt, pracownice dorzuciły gratisowy notes i do wszystkiego dodałyśmy wklejki z naszym firmowym adresem.
 

 
17



Trzy dni później planowałam lecieć do Isage lecz Milander życzył sobie abym odwiozła do Unasu Knieję Korala która samotnie wypłynęła łodzią na ocean.
W tej sytuacji odwiezienia paczki z introligatorni, dotyczącej jej faktury, i wyjaśnień do protokołu z wizytacji podjął się kto inny. Porządnie to spakowałam i opieczętowałam.
Gdy już miałam wyjeżdżać i to z samego rana, zjawiła się Eneroze. Chciała prosić o wycofanie wymówienia dla Rifady.
-Jakiego wymówienia? - Zdumiałam się.
-zbadam sprawę po powrocie. Wybacz mi. Teraz
muszę już lecieć ale obiecuje, że na pewno się tym zajmę i podejmę uczciwą decyzję.
Zechciej proszę odwiedzić Emriwaldę, jestem pewna, że przyda jej się miła pogawędka.
Od razu zawiadomiłam Emriwaldę a wiedząc, że biedulka, aczkolwiek miła pogawędka faktycznie jej się przyda, musi się zwlec z łóżka, połączyłam się też z kuchnią by któraś z mających dyżur dziewcząt Ewaldyna lub Symelinda wyszła Eneroze na przeciw. Potem jeszcze raz przeprosiłam i odleciałam dostosowując prędkość do utraconego czasu. Najpierw poleciałam po Dagridę. Tu też trochę czasu zmarudziłam ale nie przewidywałam, że będzie inaczej. Koniecznie chciano mnie ugościć a ojciec Dagridy oświadczył, że jego córka nie wróci do Haberlandów. Tutaj w pobliżu jest dla niej praca, będzie jej łatwiej uczyć karebordżańskie dzieci.
Od gościny jakoś się wymówiłam a i tak zużyłam całą rezerwę czasową choć przewidziałam dużą. Ojciec Dagridy tak się rozgadał, nie dając szans na normalne pożegnanie, że ze słowem: przepraszam uciekłam nim dokończył swą rozwlekłą opowieść. Na spotkanie z kurierem musiałam już rozwinąć maksymalną prędkość.
==============================


Czirfa i poczęła ubliżać mi z powodu rzekomego romansu ze jej narzeczonym. Zarzucała, że lecę na jego spadek.
Wiedziałam o spadku bo ojciec mi napomknął, dając do zrozumienia, że gdybym chciała odnowić bliską znajomość, nie będzie miał pretensji. Odpowiedziałam krótko - nie ma czego odnawiać - potem przestałam o tym myśleć a teraz sprawa wróciła i to w tak ordynarnej formie.
-Przegrałam - zrozumiałam i po prostu usiadłam wpatrzona w koleżankę. W pewnym momencie mój wzrok padł na notes. Milarezę niektórzy w szkole przezywali "Pozwólzanotują" bo gdy nie umiała lub nie chciała komuś od razu odpowiedzieć mówiła: pozwól, że zanotuję - po czym sięgała po notes co dawało jej choćby chwilę na przemyślenie. Teraz ja sięgnęła po swój i zachęciłam Czirfę - mów dalej, ja zanotuję i w bardziej kameralnych warunkach wyjaśnię, że masz złe informacje. A pytałaś Obannewutara? Bo wiesz ja wcale się nie zdziwiłam, że mnie nie odwiedził w czasie choroby. Aż tak się nie przyjaźnimy. Do Degeden też za mną nie pojechał a za tobą poleciałby na kraj świata. To nie jest w porządku, że mu nie ufasz, no ale jeśli chcesz zniszczyć ten związek, to twoja sprawa, mów, mów, ja słucham. co już wychodzisz? Zostań jeszcze.
Czirfa wyszła bez słowa.
W domu rodzice byli rzecz jasna ciekawi jak jej poszło.
-Poszłoby - odpowiedziała - gdyby nie ta idiotka Czirfa - wtargneła mi na lekcję z awanturą, że niby ja chcę jej odbić Obannewutara. Nie wiem skąd te urojenia!
- A może powinnaś się w okół niego zakręcić - powiedział ojciec.
-Przypominam, że właśnie z powodu nieuzasadnionych podejrzeń, że się kręcę, wysłałeś mnie do Degeden.
-Żałuję. Pamiętaj, że jesteś lepszą partią niż Czirfa.
-To nie zmienia faktu, że on zawsze kochał Czirfę a ze mną nigdy nic go nie łączyło po za podobnym poczuciem humoru.
-To już dużo - pouczył mnie ojciec. Nie odpowiedziała ani słowem. Nie było sensu.

KONTROLA W BIURZE



(opowiadająca nie dostała funkcji sekretarki na stałe bo ją Eneroze przyłapała na podłuchiwaniu.)
____________________
-To miało zostać między mną a Symelindą - narzekała Rifada - kiedy się dowiedziała, że jestem krewną Zywagera i twoją, natychmiast wycofała wniosek o zwolnienie.
-Powiedziałaś jej, że jestem twoją ciotką? Brawo -ironizowała dyrektorka. -Za to mnie zapomniałaś powiedzieć, że już się z Symelką dogadałaś, byłabym nie interweniowała w twojej sprawie u Milarezy. To ode mnie się dowiedziała, Nie od Symelindy.
-Nie mówiłaś, że będziesz interweniować.
-Czyli to moja wina? - Zakpiła Eneroze - Niech i tak będzie. Powiedz mi dokładnie o co spytała Symelindę?
-Czy zamierzała przedłożyć jej wniosek o moje zwolnienie. Symelinda twierdzi, że zaprzeczyła a Milareza powiedziała tylko - aha. Za to dzisiaj nas obie wezwała i zapytała dlaczego wzięłam od Cziwaki pieniądze za napisanie podania o zapomogę na leczenie córki skoro z podanych przez nią danych wynikało, że ją na to nie stać. Symelinda jej powiedziała, że już wyjaśniała sprawę i ustaliła, że klientkę stać na to aby jej syn się upijał więc nie jest słuszne odciążać ją od zapłaty bo co zapłaci tego już jej synalek nie przepije. Milareza powiedziała:- aha, to na razie wszystko.

Tak jak się obawiała Eneroze wszystko to to nie było. Wkrótce Milareza posłała Rifadzie przez kuriera oficjalne ostrzeżenie. napisała m.in., że do zadań biura nie należy ocenianie dlaczego ktoś jest biedny a wyłącznie uznanie tego faktu.
Tego Eneroze dowiedziała się od Zywagera bo to do niego Rifada z tym pobiegła.


Szef nie był zachwycony. Rifada poprosiła by cofnął wydane Milarezie zezwolenia.
-Ukończyłaś pierwszy kurs pomocnic biurowych i nie wiesz, że musiałbym mieć powód? -Zapytał.
-Wymyśl jakiś - żądała - Najlepiej szybko by nie zdążyła zrealizować zamówienia z Unasu.
-Ona nie zdąży? - Zdziwił się. No to tatuś zrealizuje je dla niej w innym miejscu. Nic jej nie zrobisz.
Jedynymi osobami jakie skrzywdzisz będą inne pracownice biura a po Milarezie to spłynie. Radziłbym zacisnąć ząbki i normalnie chodzić do pracy albo pogodzić się z tym, że nigdy nie będziesz urzędniczką i rozejrzeć za mężem.
-A ty nie możesz mi pomóc?
-Po opuszczeniu przez ciebie biura Milarezy? Każdy ewentualny pracodawca będzie dociekał dlaczego, będą wypytywać Milarezę, a mnie przepraszać, że nie mogą cię zatrudnić bo brakuje im pieniędzy na ten etat albo bo jesteś ładna a żona zazdrosna. Coś wymyślą byle się wymówić. A to, że jesteś moją kuzynką będzie działało na twoją niekorzyść. O dziewczynie bez koligacji pomyśleliby może - a zobaczymy czy się sprawdzi, jeśli nie, to zwolnimy. O tobie: jeśli się nie sprawdzi trudno będzie ją zwolnić bo Zywager się pogniewa, już lepiej wcale nie przyjąć.
No i widzisz tak samo wygląda sprawa Milarezy, lepiej byłoby nie dawać jej zezwoleń niż je później wycofywać.
Mimo wszystko nasłał kontrolę na biuro Milarezy.
Postarał się by Eneroze w niej uczestniczyła.

W biurze wszystko było w porządku. Najbardziej komisję zainteresowały sprawa Cziwaki oraz dwa "oficjalne ostrzeżenia". Mnie Milareza zarzuciła, że pozwalam aby na pracę biura wpływały osoby do tego nieupoważnione i bardziej się liczę z ich zdaniem, niż ze zdaniem właścicielki a po za tym zatajam przed nią istotne tyczące pracy biura fakty.
Rifadzie, że mimo dwukrotnego tłumaczenia nadal lekceważy jej postanowienia a wprowadza swoje.
Od Nali Komisja dowiedziała się, że Milareza odwiedziła biuro wkrótce po swoim powrocie z Unasu i najwyraźniej wiedziała czego szukać. W teczce leżącej w biurku Milarezy znaleziono zestawienie dyżurów Rifady z moimi dyżurami i kontrolami. Zestawienie dotyczyło krótkiego lecz trafnie wybranego okresu. Eneroze uświadomiła sobie i słyszałam jak mówiła to Rifadzie, że kończył się na dniu, w którym odmówiła Milarezie pomocy.
Sprawę Cziwaki Milareza zbadała poprzez przeprowadzenie rozmów (były notatki) z nią, członkami jej rodziny i sąsiadami, opracowała plan pomocy rodzinie i wysłała pisma do kompetentnych instytucji. Te dokumenty były porządnie wpięte w specjalnie założoną teczkę. W piśmie do naczelnika zadeklarowała, że jeśli syn klientki wyrazi zgodę na leczenie, gotowa jest ponieść koszty. Podała do jakiej kwoty. Na pewno wystarczającej.
Przewodnicząca Komisji spytała mnie dlaczego Milareza wysłała ostrzeżenia przez kuriera.
-Tego mogę sie tylko domyślać - wyjaśniłam - prawdopodobnie nie chciała konfrontacji. Kiedy kurier dostarczał ostrzeżenia już jej w naszych okolicach nie było.
-Dała wam czas abyście ochłonęły i nie zrobiły nic głupiego - powiedział jeden z kontrolerów - to stara zagrywka nawet jeśli ona sama na nowo ją wymyśliła.
-Czyli nie chciała was stracić tylko zdyscyplinować - podchwyciła Eneroze - jej prawo.

Milarezy nie było przy kontroli. W tym czasie zawiozła jakąś dziewczynę do Isage aby zapytać czy nada się za Dagridę,Gdyby się okazało, że nie, odwiozłaby ją na jakiś czas do rodzinnego domu. Nie było takiej potrzeby. Naczelnik się ucieszył bo nauczyciela na zastępstwa potrzebowano już w innym miejscu a nie chciał obsadzać stanowiska w Isage póki nie dowie się co z Dagridą, zresztą nie wszędzie łatwo było dojechać podziemiami a zima była ciężka. W pośpiechu zorganizowano, krótkie pożegnanie dla Dagridy, która też przyleciała bo Milareza zproponowała jej wyjazd na Meduzę do ośrodka kształcenia imigrantów przybyłych do Unasu z Pukatanu. Potem jeszcze odwiozły zastępczego nauczyciela do oczekującej go szkoły i odleciały na Meduzę.
 

 


18

Chociaż nie było tu Milarezy Cyprysia została w Siegridówce. Coraz lepsze oprzyrządowanie pomagało jej radzić sobie w szkole gdzie wciąż towarzyszyła jej Totetta. Na razie jeszcze nie mężatka bo podobno chciała skończyć szkołę przed ślubem. No i dobrze. Cyprysia nie musiała się do nikogo nowego przyzwyczajać. Oczywiście nie mogła sobie radzić tak dobrze jak inni.
Szkoła grafików to nie był dobry wybór. Powinna była wybrać inny kierunek na przykład biurowość. Tyle, że grafika ją interesowała a biurowość nie. Fotografowanie szło jej już nieźle ale jednak nie zawsze mogło zastąpić rysunek. W dodatku Totetta była w tym lepsza. Wbrew regulaminowi szkoły Cyprysia nie pracowała. Dla niej jednej zrobiono wyjątek. Nie mogła pracować i często odczuwała bezsens
tego co robi. Pewnego razu usłyszała rozmowę dwóch nauczycielek. Te kobiety nie liczyły sie z jej obecnością, przeciwnie jej widok je zainspirował.
____________________________
(Nagrane przez Cyprylę)
-Dlaczego takie coś trzymają w szkole?- Zapytała Fassara kierowniczkę szkoły.
-Po pierwsze aby Totetta mogła się uczyć, po drugie dostajemy za to duże pieniądze, po trzecie zauważ jaką chęć do życia jej to daje. Rozwija swoje umiejętności, nabywa wiedzy teoretycznej.
- I co z tego? I tak nigdy jej nie wykorzysta ku pożytkowi ogólu.
_________________________
Cyprysia była załamana, zwłaszcza, że nic nie mogła z tym zrobić.
To znaczy nie mogła się zmienić. Nauczycielkom też nie mogła odpłacić. Postanowiła zemścić się na Totettcie rezygnując ze szkoły. Oczekiwała, że to natychmiast ściągnie do Siegridówki Milarezę i Rezerykę. Nie ściągnęło. Po prostu Totetta przynosiła jej nagrania lekcji.
Cyprysia poczuła się porzucona i niechciana.
Tymczasem zaczęło się dziać coś ciekawego.W Siegridówce pojawił się ktoś kto ją zainteresował.
To byłem ja.
Nie, nie zakochała się we mnie. Po prostu ją zainteresowałem. To wtedy zaanektowałem Magnolię a przynajmniej część Magnolii.. Stało się to tak jakoś niespostrzeżenie.
Dla innych bo Cyprysia zauważyła to od początku a nawet zainicjowała. Nie całkiem o to jej chodziło, aneksja Magnolii to był "produkt" uboczny" jej małej intrygi.
Milareza kiedyś przywiozła tapuneckie bobriezy znalezione w Isage. Leżały sobie w przetrwalniku w płaskiej skrzyneczce pod warstwą gałęzi i liści, na których stały skrzynie dawno temu zmagazynowanych warzyw. Gdy przetrwalnik został opróżniony Kimprusja kazała go dokładnie wymyć. Przy okazji wyjęto te liście, gałęzie, skrzyneczkę i zapisane rulony bobriezów. Milareza zapytana czy można to spalić oświadczyła, że zapyta Orborta ale gdy były w Mezo spotkały tam nie Orborta lecz Salwasturia a jego Milareza pytać o bobriezy nie miała powodu. Wkrótce w Sarinei zmarł nagle Orbort a dom w Isage stał się własnością Milarezy.
Dała więc spokój bobriezom zwłaszcza, że to nie był dobry czas na zawracanie tym głowy komukolwiek. Milareza nie doceniła wartości tych bobriezów a Cyprysia już tak, choć zajęła sie nimi przypadkiem. Na początek zaciekawiły ją słowa - "Ona ma taki perlisty śmiech i śliczne usta a jej warkocze są grube jak moja pięść". Cyprysia sądziła, że to jakiś romans okazało się, że nie ale to i tak było bardzo ciekawe, może nawet bardziej niż romans.
Posiadała urządzenia, dzięki którym mogła sięgnąć po zwoje, choć z rozwijaniem było trudniej bo nikt nie przewidział, że będzie czytać ze zwojów. Poradziła sobie jednak i dzięki temu, ja zobaczyłem te pisma. Któregoś dnia omawiałem z Lukipeterą kolejną akcję dobroczynną. Cyprysia chcąc się zemścić na rodzinie, która jej zdaniem od śmierci Orborta ją lekceważyła, po prostu przyjechała ze zwojami i je przy mnie czytała przewiesiwszy z pomocą sterowanych myślą urządzeń przez boczny stoliczek. Jako historyk i archiwista musiałem się nimi zainteresować.Nawet nie przypuszczalem, ze robi to specjalnie.
-Mogę to obejrzeć? - Spytałem intendentkę.
-A umiesz czytać po tapunecku? - Wyraziła wątpliwości. Cyprysia według tego co mi później opowiedziała była pewna, że usłyszy coś w rodzaju: "ja nie ale znam kogoś, kogo to zainteresuje".
Powiedziałem jednak - tak, umiem ale czy - tu spojrzałem na Cyprysię - atelianka potrafi?
-Jasne, w tej rodzinie tapunecczyzna jest ważna. Kto nie zna tapuneckiego, tego Orbort nie szanuje ... szanował - speszyła się.
-Jak to? - Wyraziłem zdziwienie i zaraz zapytałem - czyli Milareza też zna?
-A oczywiście, przecież ona i Cyprysia tyle samo były u niego co u Milandera..
-A ona wie o tych bobriezach?
-Tak, nawet dziwne jest dla mnie, że nie oddała Orbortowi bo ona nigdy o niczym nie zapomina.
Zmartwię cię. Zerknęła na to i uważa, że to bardzo niemoralna powieść. Milareza niemoralnych powieści nie czytuje. Co innego Cyprysia. Co rusz podbiera jakieś romansidło od Dagridy.
Lukipetera bardzo się rozgadała, opowiedziała m.in. skąd się wzięły bobriezy i że teraz to już należą do Milarezy a zresztą Cyprysia je czyta. Ja mogę je sobie poczytać gdy ona będzie miała inne zajęcia. Nie wolno mi tylko tego nigdzie wynosić.
Zgodziłem się no i od razu zacząłem przepisywać pismem środkowopukatańskim, zrazu na na ganku a po pierwszym deszczu to już wewnątrz.
Tak mnie "Pamiętniki Wumagza" wciągnęły, że zacząłem zostawać na noc i nawet przyniosłem sobie matę i koce. Cyprysia podejrzewała, że te koce kładę na pozbawionym pościeli łóżku, którejś z dziewcząt a mata jest dla niepoznaki ale to nieprawda najpierw kładłem matę, potem pościel.
Wciąż był to domek Milarezy i Dagridy ale Dagrida uczyła tolimańskie dzieci w szkole na Meduzie, wyspie w połowie należącej do Unasjan. Milareza zaangażowała się w przygotowania do konkursu pilotów imigrantów w Orbortporcie, tolimańskim mieście na kontynencie unaskim a Emriwalda zajmowała się edukacją Rezemci.
Gdy miały przylecieć w ustalonym terminie swoich egzaminów do domku wkroczyła Arina. Przyjechała sobie na siodłku wózka sprzątającego i weszła z trzema kompletami pachnącej pościeli a wózek wjechał za nią. W domku było już w miarę ogarnięte bo ja też wiedziałem, że dziewczęta przyjadą jednak Arina musiała wszystko odświeżyć i sprawdzić czy rzeczy leżą na swoich miejscach. Leżały. Nawet bobriezy leżały starannie zwinięte w swojej skrzyni na pólce w szafie. Ja doskonale wiedziałem jaką pedantką jest Milareza.

Badibem był niestety obecny po południu w dużej świetlicy "Sasanki" gdy Cyprysia koniecznie ale to koniecznie chciała zrealizować swój plan. Nie ona jedna miała plany na ten czas relaksu po pierwszym dniu egzaminów Milarezy, Dagridy, Amaldyny i Lalotty. Wszystkie cztery miały je w jednym terminie ale to nie był problem bo każda w innej szkole. Nie mieszkały już w Degeden, nie chodziły na wykłady więc musiały co jakiś czas zdawać te egzaminy.
Chciałem o coś zagadnąć Milarezę. Spostrzegła to więc nałożywszy ciepłe okrycia wyszliśmy na taras, Cyprysia ruszyła za nami na wózku a za nią Rezeryka z ciepłymi szalami dla niej i dla siebie.
Chciałem porozmawiać z Milarezą o zwojach. Zdziwiła się - a dlaczego chcesz czytać właśnie to?
-To jest niesamowita księga księga, powieść składająca sie z pamiętników mężczyzn, żyjących kolejno w coraz nowszych czasach. Mniejsza o fabułę jest dziwna ale tło historyczne rewelacyjne nawet jeśli nie do końca zgodne ze znaną prawdą. Ci mężczyźni żyją jakby "na zakładkę" jak dziadek z wnukiem ale nie wiadomo co ich ze sobą łączy. Prawdopodobnie całość napisał jeden człowiek . Powieść obejmuje jednak zbyt duży okres dziejów by autor mógł go sam przeżyć, chyba jest albo był trochę historykiem, trochę fantastą.
Co ciekawe większość akcji dotyczy czasów, których Tapunekowie jako naród nie dożyli. Tymczasem użyte do pisania artykuły są tapuneckie a zarazem jakby nowiuteńkie, przynajmniej te ostatnie. Sądziłbym, że autorem jest Orbort ale Cyprysia chyba przewidziała, że tak pomyślę bo napisała mi na twojej maszynie: "To nie był Orbort".
Cyprysia widząc, że Milareza obraca sie ku niej czym prędzej wyjechała. Rezeryka poszła za nią.
-Naprawdę umiesz pisać na maszynie Cyprysiu? - Spytała ale Cyprysia nawet nie próbowała odpowiedzieć. Zezłościłem ją, pomyślała, że jak głupiec zrobiłem wszystko aby już więcej nie dostać zwojów.
W dodatku opacznie zrozumiałem to co mi napisała. Nie chodziło przecież o to, że to nie Orbort pisał pamiętniki tylko, że nie Orborta zastały w Mezo. Cyprysia świetnie znała Milarezę i była przekonana, że zawiezie zwoje Lanbortowi. Wkrótce wróciliśmy z tarasu.
Zauważyła, że nie jesteśmy na siebie źli ale jakby czymś zmartwieni. Tym bardziej postanowiła wprowadzić swój plan w życie i dokuczyć Milarezie. Posługując się siłą woli włączyła swój odtwarzacz dźwięków i popłynęła pieśń w wykonaniu Totetty, Ariny i Symelindy: "On był prześliczny, ona roztropna a wszyscy ludzie zdziwieni, że się kawaler piękny lecz głupi z mądrą lecz brzydką chce żenić.
Lecz ona posag ...
W tym momencie Rezeryka nie przerywając rozmowy z Ewaldyną, podeszła by poprawić Cyprysi kokardę a przy okazji zabrała i wyłączyła nadajniczek.
Milareza całej tej akcji zdawała sie w ogóle nie zauważać i zupelnie normalnie rozmawiała z wykonawczyniami pieśni.
Nazajutrz Cyprysia zobaczyła Arinę, Totettę i Badibema przy Magnolii, Arina chyba jechała poodkurzać. O czymś rozmawiali, nagle Badibem ją zauważył i powiedział - uwaga, agent wywiadu.
Zamilkli a Cyprysia poczuła jak cała miłość z niej uchodzi ustępując miejsca gniewowi. Oczywiście miała już swoje urządzenie ale pieśń i inne rzeczy, które nie każdy powinien usłyszeć zostały wykasowane.
Cyprysia nawet nie mogła powiedzieć Rezeryce jak bardzo jest tym oburzona. Rozważała jak się zemścić.
Tego wieczora Rezeryka wzięła ją na rozmowę i oczywiście była przy tym Milareza.
-Zauważyłaś chyba Cyprysiu, że ostatnimi czasy jesteś najważniejsza dla naszych genialnych inżynierów? - Zapytała Rezeryka.
To Cyprysię zaskoczyło. Milareza uśmiechnęła się do niej - wierzę, że i to o czym dostojna Rezeryka chce z tobą pomówić będzie sukcesem - oświadczyła.
-No właśnie - powiedziała Rezeryka - ja jestem przeciwna temu pomysłowi. Uważam, że dzięki mniej drastycznym wynalazkom dostałaś już duże szanse na szczęśliwe życie, cieszą mnie wszystkie twoje postępy, nawet to, że potrafisz coś nagrać i odtworzyć. Nie będziemy teraz omawiać tego wczorajszego nagrania, to już nie ważne. Milander chce abyś poddała się operacji wszczepienia do mózgu protezy, która być może.... Podkreślam BYĆ MOŻE pozwoli ci funkcjonować tak jak inne dziewczęta. Ja jestem temu przeciwna. Boję się porażki, boję się, że będzie gorzej niż teraz a może nawet stracisz życie. Milareza uważa, że tobie nie wystarczy do szczęścia uczyć się i rozwijać, że chcesz mieć rodzinę ale ...
W tym momencie Cyprysia wyjechała na swym wózku. To co usłyszała zbyt ją przytłoczyło nawet nie wiedziała czy się na nie złościć czy cieszyć, że jednak o niej myślały. Długo nie mogła podjąć decyzji czy woli żyć za wszelką cenę czy zaryzykować życie aby tak jak inne kobiety mieć swój dom, męża i dzieci.
 

 

19


Tę historię wygrzebała w biblioteczce Karisa jego siostra i zapragnęła sfilmować. Oczywiście nie dał jej oryginału tylko kopię.

ARNUSZ I CZEZINARO
W zajeździe ludzie coś tam śpiewali a, że Arnusz miał piękny głos i był w dobrym humorze bo po kąpieli, to podśpiewywał jak większość na koniec każdej zwrotki: o jo ...o jo o jo jo joj.
Tak mu się jakoś ta piosenka przykleiła, że potem jeszcze w drodze ją śpiewał:
-On był prześliczny, ona roztropna a wszyscy ludzie zdziwieni, że się kawaler śliczny lecz głupi z mądrą lecz brzydką chce żenić. O jo... o jo o jo jo joj.
-Mógłbyś już przestać - zdenerwowała się Czezi - w gospodzie byłam z ciebie dumna, że tak się umiesz kamuflować ale tu już nie musisz.
A swoją drogą podła jest ta Milareza, że taką pieśń przed nami rozpowszechnia. Przecież bez jej pomocy by aż tu nie dotarła!
Gdy drugi raz usłyszał tę piosenkę też nie wszystko zrozumiał ale niektóre frgmenty doskonale:
"Żyło tam dwoje prześlicznych dzieci przyrzekli sobie małżeństwo
Lecz gdy dorośli zły traf w nich wzniecił żądzy bogactwa szaleństwo.
Jemu dziewczynę majętną rają więc ona płacze gdzieś w kątku.
A on jej szepcze - ja ją zostawię lecz wpierw obiorę z majątku .... "
W Pingebe usłyszeli tę piosenkę w wykonaniu wędrownych śpiewaków.
Śpiewacy stanowili rodzinę. Młodszy z mężczyzn zaczepił ich później na targu. -Witajcie. Jestem Saikz -przedstawił się w naturalny, miły, przyjazny sposób.
-Właśnie też kupujemy warzywa i dowiedzieliśmy się, że jedziecie do Szar. A my potrzebujemy pomocy -wyjaśnił - i szukamy dobrych ludzi - to nadal brzmiało bardzo naturalnie a jego uśmiech był ujmujący - którzy zechcieliby nas przygarnąć. Chodzi o to, że mamy tylko wózek z bagażami, który ciągniemy oboje z żoną. Córeczkę możemy od czasu do czasu na niego wziąć, choć lekka nie jest i żonie jest za trudno a kiedy mała idzie samodzielnie to ciężko nam na nią zwracać uwagę.
Jeszcze gorzej z teściem bo nie nadąża.Czy nie moglibyście tej dwójki wziąć na swój wóz?
Doprawdy ciężko byłoby mu odmówić, zresztą miało to tę dobrą stronę, że w grupie to już na pewno nie mogli się nikomu kojarzyć z bohaterami pieśni. Minusów było więcej. Musieli na przykład bardziej niż dotąd pilnować by mówiąc coś do siebie używać nowych już w początkach podróży wymyślonych imion, nie mogli też poruszać się tak szybko jak dotąd .
Niestety okazało się, że minusów było więcej niż oczekiwali. Córeczka Saikza była nieznośna, teść jeszcze bardziej. Strasznie ich wypytywał, musieli zmyślać i zapamiętywać co zmyślili.
Miał swoją ulubioną piosenkę, być może był to przypadek ale to była właśnie ta żądzy bogactwa.



Na pierwszym postoju gotowali. Dzieciak, przeszkadzał, starzec nie pomagał. Siedział na kamieniu i śpiewał piosenkę, za którą kark mu mieli chęć skręcić: "Łach łach łach łach. Aby zażegnać wielkie nieszczęście oddał ją ojciec w zamęście. Piękna, posażna, każdy by chciał być z nią parą, gdy jeszcze trwało huczne wesele, spostrzegła się Czezinaro.
Gdy sie spostrzegła to przeraziła, że matką wkrótce zostanie więc do Arnusza śle jak najprędzej swe rozpaczliwe wołanie.
Przez Tederitko wzywa Arnusza bo ją ufnością obdarza lecz zapomniała jak wyszydziła tę brzydką córkę miotlarza.
Arnusz więc przybył a gdy radzili tamta się cichcem zakradła i wyrzuciła oknem ich szaty uciekli więc w prześcieradłach Łach łach łach łach. "
Śpiewka kłamała. Tederitko zrzuciła jakieś ubrania w tym szal Czezinaro z dachu, nie okna. Coś tam przy tym wrzeszczała, Arnusz, ledwo zaczęła tę akcję, kazał Czezi zostać a sam czmychnął na tyle szybko, że mógł udać przed biegnącymi po schodach wyskakującego z zupełnie innej izby, porozdzielał, gdzie, kto ma sprawdzić. Czezi narobiła krzyku, że ktoś jest na dachu a że oboje ona i Arnusz byli kompletnie ubrani, bez trudu wmówili wszystkim, że Tederitko żarty sobie stroi. Uciekli dopiero nad ranem, przyodziani ciepło, stosownie do pory dnia ale nawet nie pomyśleli o zabraniu też ubrań zimowych. Za to byli zaprowiantowani i wozem od Milarezy a nie pieszo jak sugerowała śpiewka.
Eteszta pośpiewawszy sobie zażądał aby szybko podawali obiad bo kona z głodu. Czezinaro na złość uparła się, że zjedzą wszyscy razem.
Gdy wreszcie Saikz i Szegdalo przybywszy obmyli się i wszyscy siedli do wspólnego posiłku, Szegdalo przybrała pozę wielkopańską skosztowała potrawę, uniosła główkę do góry jakby czegoś nasłuchiwała, a przy tym głośno się zastanawiała - czego tu brakuje...
Zapewne chodziło jej tylko o to by się pochwalić swą znajomością sztuki kulinarnej lecz przy okazji poniżała Czezinaro.
Jej mąż był inny, jadł z apetytem i wprost nie mógł się nachwalić.
Miał tak zwaną charyzmę.
---------------------------------------------


Po posiłku Arnusz chciał ruszyć w dalszą drogę.
-Wy to macie kondycję - zareagowała Szegdalo.
-A kto powiedział,że musimy się dalej razem wlec -odrzekł Arnusz - odpocznijcie i znajdźcie kogo innego, kto jedzie w tę stronę. Przecież jako śpiewakom to się wam nie śpieszy a ja się do zimy ślimaczyć tu nie zamierzam.
-Szeg. Wytrzymasz - powiedział do żony Saikz - Ostatecznie korzystamy z gościny i to my musimy się dostosować a nie na odwrót.
----------------
Czezinaro była rada, że z Saikzem i Szegdalo rzadko się widywali bo nie cierpiała udawać, że kogoś lubi a tym razem wypadało lubić Szegdalo.
To naprawdę nie jest komfortowa dla kobiety sytuacja lubić mężczyznę a nie znosić jego żony.
Wreszcie zwierzyła się Arnuszowi zdziwił się
- ale po co ty się wysilasz na udawanie przyjaźni wobec tej idiotki?
-Bo lubię Saikza - postanowiła być szczera - Oczywiście nie tak jak ciebie ale on wydaje mi się sympatyczny a ona ....
-Też tak uważam.
-Tak ale tobie wolno. Jesteś mężczyzną. Nikt sobie nie pomyśli, że kochasz się w Saikzie a Szegdalo ci zawadza.
-Obiecuję, że nic takiego o tobie nie pomyślę.
-A tamci? Sam Saikz, Szegdalo i Eteszta? Ty wiesz jakie to byłoby dla mnie upokarzające?
- Masz mnie - odrzekł tonem obrońcy.
W Pikallo zaszło coś co bardzo ich zraziło nie tylko do Szegdalo ale i Saikza.
Zresztą już wcześniej im się nie podobało to, że ciągle to oni gotowali na sześć osób co dało się uzasadnić tym, że wszędzie przybywali pierwsi i nie tak zmęczeni jak tamci ale dlaczego wciąż na swój koszt?
Dlatego na prośbę Saikza zgodzili się, że wystąpią z nimi jako śpiewcy ale w zamian Szegdalo ugotuje.
Teść Saikza ułożył balladę o matce, która wymordowała dzieci. To była prawdziwa historia z tych okolic, usłyszeli ją po drodze.
Zyskami podzielili się po równo, Szegdalo ugotowała i to o dziwo na swój koszt a na dodatek znakomicie ale zdarzyło się coś innego.
Jakieś dzieci zrzuciły Czekebro z huśtawki. To były małe dzieci, tak zresztą jak i Czekebro. Szegdalo z mężem poszli to zgłosić ich matce i słusznie... ale ta kobieta ich przeprosiła i obiecała wytłumaczyć dzieciom, że źle się zachowały.
-Jak się ma takie potwory - odpowiedziała (według własnej relacji Szegdalo) - to trzeba ich lepiej pilnować.
Była dumna z siebie gdy to opowiadała a Saikz nie tylko zdawał się pochwalać to co zrobiła ale jeszcze dopowiedział - gdyby takie dzieciaki zamarzły nawet by mi żal nie było.
Arnusz i Czezinaro tylko popatrzyli na siebie wymownie.
Czekebro akurat w tej sprawie była skrzywdzona, jednak też do niewiniątek nie należała.
Dopiero gdy byli sami Czezinaro zasugerowała Arnuszowi
-A może Saikz jest taki sam jak Szegdalo tylko inteligentniejszy i potrafi się maskować?
-Myślisz?
-Myślę ale wcale nie muszę mieć racji.
-Kto wie? - zamyślił się.
Parę dni później podjął deyzję - ostatni raz fundujemy im obiad. Dopóki nie zaproponują zapłaty nie czekamy na nich. Karmienie Eteszty to już duże obciążenie. Pieniądze się kończą.
Nawet Saikza i Szegdalo nie ostrzegli. Gdy ci dotarli głodni i zmęczeni Czekebro ich poinformowała - nie ma obiadku, nie zostawili. Ja im mówiłam, że mają zostawić.
-Mogliście nam powiedzieć to zjedlibyśmy coś po drodze - grzeczniutkim tonem zgłosił pretensje Saikz.
- A to ty nie wiesz, że jedzenie kosztuje? - Spytał Arnusz - trzeba było się odwzajemniać.
-No przecież gotowałam - Oburzyła się Szegdalo.
-Raz? A ile razy z naszego jadłaś?
-Raz ale porządnie - odpowiedziała.
-Chcesz powiedzieć, że moja żona gotuje nieporządnie? Mnie smakuje a jak tobie nie, to wynocha.
-Bo mogliście zaproponować aby doczepić nasz wózek do waszego - odpaliła Szegdalo.
-I zamęczyć zwierzęta? Jeszcze czego! Rozdzielmy się i tyle! - odpowiedział Arnusz.
Potem się jednak jakoś dogadali i nastała pozorna zgoda. Pozorna bo w subtelnym odwecie. Saikz już nie angażował ich do śpiewania przez co nie dawał zarobić.
Wreszcie Arnusz oznajmił, że jadą razem do następnego postoju, potem Saikz i Szegdalo muszą zabrać ojca i dziecko bo on z żoną zatrzyma się gdzieś na zimę.




Nazajutrz Eteszta nie dojadłwszy obiadu poszedł się zdrzemnąć do wozu i zawołał wnuczkę.
-A, to już ostatni raz - machnął ręką Arnusz gdy Czezi zapytała dlaczego na to pozwolił.
Nagle wóz ruszył. Arnusz nie wahając się ani chwili pognał za nim.
Dogonił, wskoczył z tyłu, przeszedł po drewnianej budzie i nie zwracając uwagi na bat, którym
zresztą trudno było Eteszcie wywijać, skoczył na kozioł, zrzucił Etesztę i zawrócił wóz.
Mała Czekebaro krzyczała spod budy przerażona.
Potem gdy już przystanęli dopadła go z zamiarem ugryzienia ale tu już Czezi złapała ją za włosy
i odciągnęła.
- Zabiliście dziadziusia! Zobaczysz! zobaczysz jak już będziecie naszymi niewolnikami -odgrażała się dziewczynka - mamusia odpłaci wam za alogancję!
Popatrzyli po sobie.
-Najchętniej bym ją tu zostawił - powiedział Arnusz.
-To zobaczysz, zobaczysz. Mamusia i tatuś ci nie dalują. Dziewczynka się rozbeczała.
-I co ci po tym skoro cię nie znajdą? - Spytał Arnusz. Udawał chojraka ale wystraszył się tym, że mógł naprawdę zabić Etesztę. Jednak dziadek choć obolały wlókł się pomalutku drożyną. Zabrali go bo zostawienie człowieka w tych warunkach mogło się równać zabiciu.
Potem pojechali w zupełnie inną stronę bo już nie chcieli się spotkać z Saikzem i Szegdalo.
Nie szukali na razie spokojnej przystani. Czezinaro nagliła aby jechali dalej. Coraz jednak trudniej było zdobywać pożywienie bo co przeoczyli żeńcy wydziobywały ptaki albo wymarzało.
Nie było rady musieli zarabiać na życie śpiewem. Dobrze, że dostali stare koce, mogli się w nie opatulać.
Cały czas musieli mieć na oku współpasażerów dlatego śpiewali we czwórkę i dobrze. Eteszcie szło to świetnie a dziwczynka rozczulała swoim słodkim głosikiem. Dostała dzięki temu sporo ubranek i ciepłe buciki


Dziadek choć szczególnie niebezpieczny, bardzo się przydawał bo głównie dzięki układanym przez niego pieśniom zdobywali pieniądze, z tym, że teraz już Arnusz miał wiele do powiedzenia w kwestii repertuaru
i nie musiał śpiewać niczego co mu nie pasowało. Kłócili się przez to. Eteszta usłyszawszy że zmarł miron Lambort ułożył pieśń, która jemu samemu bardzo się podobała i sądził, że dużo zarobią zaś Arnusz kazał ułożyć nowy refren. Ten brzmiał:
"Umarł już dobry Lanbort, płacz Tolimanio,
Nastał straszny Fanteor, zły okrutny Fanteor,
krzycz Tolimanio"
Arnusz uważał Fantegrisa za przyjaciela i nie chciał takich rzeczy śpiewać o jego ojcu.


Gdy znajdowali się między Unbdake a Żibcauzwirą napadła ich banda opryszków. Arnusz dzielnie bronił swej gromadki wywijając batem ale choć wspierała go Czezinaro, nie dałby rady gdyby nagle nie pojawił się oddział straży z odsieczą. Banda umknęła pieszo, strażnicy pognali za nią konno, niespodziewanie odjechał wóz a Czezi i lekko ranny Arnusz zostali przy drodze, zdawało się, że sami. Z nikąd pomocy, zreszta komuż mogliby zaufać? Sytuacja wydawała się beznadziejna.
I wtedy usłyszeli głos Milarezy. - Arnuszu przejdźcie przez krzewy jeżorostu.To taki sam miraż jak straże.Za nim jest kapsuła, którą was zabiorę do lotopławy. Pośpiesz się. Napastnicy już się zorientowali, że nikt ich nie ściga.


Czezi miała powody się bać rywalki.
Ta piosenka wykonywana przez śpiewaków Lanborta: "Tak sobie umyślił Arnusz od początku: do ucieczki zmuszę, obiorę z majątku" Świadczyła o tym, że ktoś podsłuchał Czezi i Arnusza gdy rozmawiali w przypałacowym ogrodzie. Sądząc, że są sami. Arnusz tłumaczył, że Czezi musi jakiś czas wytrzymać.
Pamiętała to doskonale. Powiedział:
- Ożenię się z nią a potem tak ją będę traktował aby ode mnie uciekła
Wtedy z jej winy rozwiążę małżeństwo a zachowam wysoką porękę. Gospodarstwo w Isage. Tam jest naprawdę piękny dom. Będziesz prawdziwą gospodynią. Nawet moja matka będzie ci zazdrościć.
Dobrze wiedział, że Czezi marzy o tym aby być gospodynią i mieć piękny dom.
-A gdyby zerwała przed ślubem?
-To byłoby niby lepiej - odrzekł - wziąłbym odszkodowanie a jej nie musiał znosić ani chwili ale całego wiana ani domu w Isage by mi nie dali. Dlatego teraz musisz wyjechać - dodał po chwili - bo wszystko mi popsujesz a rodzice będą wściekli, że muszą płacić jej odszkodowanie za to, że ją upokorzyłem nie dotrzymując obietnicy małżeństwa.
Czezi wiedziała, że jeśli zostanie nie powstrzyma się od robienia Milarezie małych i dużych przykrości Gdy raz zaczęła to choć rozum jej podpowiadał, że błądzi już się nie umiała nad tym zapanować.
Nienawidziła Milarezy po pierwsze za to,że "zabierała" jej Arnusza, po drugie za to, że wszystkie złośliwości zdawały się po niej ześlizgiwać nawet nie drasnąwszy. Najgorzej teraz wspominała rozmowę w pałacu gier i zabaw. Podjechała do Milarezy i nakłaniała do jazdy na wrotkach wiedząc, że Milareza jest kaleką tylko nosi tak doskonałą protezę, że tego nie widać.
Milareza odpowiedziała spokojnie -ja tego nie potrafię piękna niewiasto.
-No to jest okazja się nauczyć
-Nie każdą okazję trzeba wykorzystać piękna niewiasto
-Och to, że nie uznano cię za dorosłą każdemu może się zdarzyć - z udanym współczuciem powiedziała Czezinaro - To nie powód żeby się nie bawić.
-Jest jednak przykre -spokojnie podjęła temat Miza - zwłaszcza gdy jedynym powodem jest nieumiejętność gotowania.
-Nie umiesz gotować? - głośno zdziwiła się Czezinaro - przecież to umieją nawet małe dziewczynki.
-Otóż to a wszak nie stają się przez to dojrzałe. Czy zechcesz przyjąć ode mnie radę?
-Ależ oczywiście - Czezinaro nadrabiała miną.
-Gdy ruszasz do walki to masz cztery możliwości: wygrać, polec, poddać się albo w porę wycofać. Decydując się walczyć obmyśl taktykę a zwłaszcza odpowiedz sobie na pytanie o co walczysz i tego się trzymaj zamiast uderzać na oślep bo spustoszysz wlasny kraj.
-Możesz jaśniej?
-Mogę, jeśli uważasz, że Arnusz ma wobec ciebie jakieś zobowiązania to otwarcie i głośno to powiedz.
-Acha, żeby małżeństwo zostało zerwane z jego winy? - Czezi wiedziała, że wtedy Arnusz straci swoją część należną mu z gospodarstwa rodziców i pobrawszy się będą biedować. Owszem dążyła do zerwania małżeństwa ale z winy Milarezy. Nie myślała jeszcze o jej posagu zresztą była pewna, że to Sunelao go zagarnie. Dopiero po rozmowie z Arnuszem zaczęła snuć szersze plany. Zrozumiała, że dopóki nie zaprezentowano posagu arandety jej rodzina może, w razie zerwania z jej winy, bardzo go pomniejszyć. Mniej więcej do równowartości tego co zapisano Arnuszowi.
-Popełniasz błąd za błędem córko Nebinada. -Powiedziała smutno Milareza -więc powiem ci dla ułatwienia o co ja walczę. Nie o ten posag, który chce mi zabrać Arnusz lecz o prawo do godnego życia....- mówiła powoli i Czezinaro weszła jej w słowo - zawsze możesz uciec.(ale idiotka ze mnie - pomyślała natychmiast)
-Gdzie? W obcy świat?- Spytała z leciutkim zdziwieniem Milareza
-Ty dasz sobie radę -Czezinaro była okrutna - jesteś wykształcona i na pewno nie uciekniesz z pustymi rękoma.
-A ty zapewne świetnie sobie radzisz z prowadzeniem domu więc mogłabyś się u kogoś zatrudnić jako pomoc domowa i też nie zginiesz, jeśli to jednak ty będziesz musiała uciekać.
-Ja a dlaczego?
-A dlaczego ja?
Teraz te wspomnienia dręczyły Czezinaro. Obawiała się zemsty.
Gdzieś z całkiem bliska docierał głos Milarezy. Przemawiała tylko do Arnusza.
-Nie masz innego wyboru - tłumaczyła - O własnych siłach daleko nie uciekniecie, nie ocalisz ani dziecka, ani kochanki ani nawet siebie.
-Nie słuchaj jej - krzyknęła Czezi ale on już zdecydował. Wziął ją za rękę i wciągnął prosto w kolczaste krzewy, które naprawdę okazały się mirażem a potem niemal wsadził do czegoś owalnego i sam wsiadł za nią. Pozwoliła na to bo co miała zrobić? Zostać sama na drodze?
-Dlaczego niby chcesz nam pomóc? - Krzyknęła z rozpaczą do niewidzialnej Milarezy.
-Bo tak postanowiłam - odpowiedziała Milareza.
-Wytłumacz mi to!
-Tego się nie da wytłumaczyć, musiałabyś być innym człowiekiem aby zrozumieć. Takim, który nie musi pytać.
To chyba była obelga, choć ton głosu tego nie sugerował. Tak czy owak znaleźli się wewnątrz lotopławy. i to wcale nie we dwójkę. Była tam z buzią brudną od wyschłych łez Czekebaro zajęta lalką dzidziusiem.
-Kiedy już się umyjesz i przebierzesz Czezinaro to w drugiej balii wykąp dziecko. Wyszło z wozu nim starzec odjechał.
-Dlaczego ona ma się kąpać pierwsza? - Oburzyła się dziewczynka
- Bo dopóki sama jest nie umyta nie może zajmować się tobą. Ty też lalkę wykąpiesz kiedy już sama będziesz czysta. Teraz jej pośpiewaj.
-To ty mnie wykąp.
-Przepisy zabraniają stangretlotowi przebywać w jednym pomieszczeniu z pasażerami.
-Jakie przepisy?
-Tolimańskie. Pomogłabym ci śpiewać ale to mi kiepsko wychodzi. Czezinaro poczuła leciutką satysfakcję bo ona ładnie śpiewała.

Dostali możliwość umycia się i przebrania w oddzielnych izbach wyposażonych pewnie podobnie. W izbie Czezi stały dwie balie z ciepłą wodą a na wypadek gdyby ktoś tak wolał, miednica na odpowiednim stelażu oraz kocioł pełen wody i dzban do jej nabierania a ponadto kosz prawdopodobnie na brudne ubrania, ręczniki a na długim stole leżało czyste, kilkuwarstwowe ubranie. Mimo obaw skorzystała z kąpieli bo dotychczasowy brak takiej możliwości już jej doskwierał, założyła najpierw oddzielnie leżącą dodatkową halkę domyśliwszy się, że jest przewidziane zachlapanie jej przy myciu Czekebaro. Lekki strój dla Czekebaro leżał na skrzyni. Czezinaro nabrała nadziei, że Milareza ją zabierze ale niestety w pomieszczeniu do którego po kąpieli trafili oprócz zastawionego stołu były dwa przewidziane do zakładania na plecy kosze z ubraniami i wózek łatwo przeistaczający się w sanki z odzieniem dla Czekebro oraz śpiworkiem dla lalki.
Gdy się posilali znowu do nich przemówiła:
Gdy zjecie i odpoczniecie wypuszczę was w miejscu gdzie macie szansę przeżycia.
-Jaki to kraj? - zapytał niespodziewanie dla Czezi Arnusz.
-Wciąż Haberlandy ale w lepszym miejscu i niedaleko zajazdu. Dam ci pieniądze na podróż..
-Ale jak mamy iść? Pieszo?
-Ten wóz i tak nie należał do was bo nabyliście go na drodze oszustwa.
-Sama dałaś - denerwowała się Czezi.
-Na podstawie twojego oszustwa. W takim wypadku rzeczy są do zwrotu. Wszystko co nieprawnie zabraliście oprócz tego wozu już mi na wezwanie władz oddano.
Zabrałam aby nikt nie bogacił sie na oszustwie. O ten wóz, który utraciliście i wszystko, co w nim było pochodzącego z mojego posagu nie zgłoszę pretensji.
Czezinaro prychnęła bo przecież i tak nie mieli już wozu. Milareza chyba zrozumiała to inaczej, zaśmiała się krótko lecz wesoło a potem powiedziała - nawet ci przez myśl nie przeszło, że rzeczy nabyte oszustwem i krzywoprzysięstwem, gdy wyjdzie to na jaw należy zwrócić i miałabym prawo żądać trzykrotnego odszkodowania? Niestety tak. Zwłaszcza, że Arnusz mnie porzucił. Nie będę ci tego szerzej tłumaczyć bo to nie mój problem. Nie mam obowiązku cię wychowywać. Arnuszu bądź mądry i sam rozwiązuj wasze problemy. Pamiętaj, że ja żyję własnym życiem, mam wypełniony plan zajęć i nie będę miała czasu się wami interesować choć na wdowieństwie mi nie zależy Nie mam wobec was żadnych zobowiązań. Wystarczy, że nie zażądałam wysłania listów gończych. Nie chcę waszej śmierci, chcę aby spadło na was to co obmyśliliście dla mnie. Ja jak słusznie zauważyła kiedyś Czezinaro nie uciekałabym z pustymi rękoma więc i wy bądźcie wyposażeni i to już powtórnie. Powodzenia.
Później rzeczywiście wypuściła ich z lotopławy i wskazała drogę do zajazdu.
Arnusz na koniec jeszcze powiedział - ale Milarezo, przecież my też nie zostawiliśmy Eteszty i Czekebaro w lesie, bez środków do życia i to mimo tego, że oni nam zagrażali.
-Wobec tego przepraszam - Milareza wyraźnie się zmieszała - przepraszam, po prostu nie śledzę tego co robicie. To ktoś inny się dopatrzył, że jesteście zagrożeni bo zapłacono zbójom aby was napadli. Powiadomiono mnie abym sama podjęła w waszej sprawie decyzję. Nie licz na to, że jeszcze raz ktoś się dopatrzy. Bądź odważny, pytaj, rozważaj,decyduj..

- Daj te pieniądze, Jestem oszczędniejsza - zażądała od Arnusza Czezinaro gdy już wyszli.
Nieoczekiwanie oberwała po wyciągniętej ręce. Arnusz schował sakwę.
-Zachowujesz się tak jakbyśmy nie byli razem - zganiła go.
-Jestem mężczyzną i ja będę płacił - odrzekł. Niestety pieniądze dawały mu władzę. Zdecydował, że zanocują we wskazanym przez Milarezę zajeździe a Czezi musiała na to przystać. Zresztą i tak nie miała wyboru. Nawet musieliby się już tu zatrzymać. Zaczęli podpytywać właściciela zajazdu kto mógłby ich przezimowac i dowiedzieli się, że port jest blisko a niedługo odpłynie statek do Kareborgi.

===========================



Wszystkie cztery zdałyśmy egzamin celująco. Lalotta aż rzuciła się z tego powodu prześwietnej Rezeryce na szyję bo nawet Tagunak jej pogratulował.
Tagunak nie był wcale ważną osobistoscią. Był jednym z najmłodszch nauczycieli ale Lalotta bardzo liczyła się z jego zdaniem. Było dla niej ważniejsze niż opinia szefa męskiej szkoły muzycznej choć i ta ją bardzo ucieszyła.
Eneroze postanowiła porozmawiać z Amaldyną i Lalottą o tym aby złożyły podania o przywrócenie im praw uczennic nawet była gotowa podyktować. Lalotta z miejsca odmówiła twierdząc, że pobiera teraz nauki u najlepszych śpiewaków Lanborta i nie chce z tego rezygnowac. Amalka chyba chętnie by wróciła bo z nutką żalu powiedziała: tata się nie zgodzi. Uważa, że zawodu reportera-filmowca najlepiej nauczę się od niego po za tym chce mnie mieć na oku.
-No tak ale mając uprawnienia uczennic mogłybyście nagrywać wykłady tak jak Milareza i Dagrida.
-Tak, tylko, że to jest kosztowniejsze od zatrudnienie prywatnych nauczycielek - powiedziała dobrze zorientowana Amalka - bo trzeba płacić wykładowcom za prawo ewentualnego wykorzystania wykładów w szerszym zakresie a nie wszystkie są równie wartościowe.
-Po za tym chyba więcej się nauczę z pomocą prywatnej nauczycielki, która mnie mobilizuje niż z nagrań - dodała Lalotta.
Argumenty dziewcząt były logiczne a wynik egzaminu mocno to podkreślał. Eneroze musiała się z tym zgodzić choć zespół żeńskich szkół stracił ich czesne a opłaty za egzamin tego nie wyrównywały. Wpływały wprawdzie do żeńskiego zespołu ale były w sumie mniejsze niż czesne za okres nauki, którego dotyczyły i należało z tego opłacić egzaminatorów, W dodatku część tychże była z męskiego zespołu bo po prostu mieli wyższe uprawnienia.
Prześwietna Rezeryka wiedziała to wszystko i rozważała jak pomóc szkole. W końcu nie było powodu się obrażać na relegowanie dziewcząt. Zasłużyły na to.
-----------
 

 


Oprawioną książeczkę zatytułowaną Korale przyniosła Karisowi Oft. Nawet nie wiedział, że ten tomik ojciec wypożyczył bez pokwitowania komuś, komu ufał. Nie uwzględnił, że ludzie umierają. Tomik był spisany głównie na podstawie łatwo dostępnych pamiętników wizjofonicznych.



http://b4.pinger.pl/7960fa41c3b89178e25708e29aa139b6/TYTUY.jpg


Cudna zrobiła awanturę - jestem ciekawa kiedy mam to pisać. Przecież muszę skomponować barwlodię, przygotować się na egzamin i na konkurs...Płakała,wrzeszczała, tupotała.
Od dawna wiedziała, że to działa.
-Dobrze już dobrze Knieja za ciebie napisze - powiedziała mama
- Nie zdążę zaprotestowała Knieja .
-To weź się za to natychmiast.
Knieja wstała od śniadania i wyszła - wracaj -krzyknęła mama . Wróciła.
-Dokończ posiłek - rozkazała mama. Posłusznie zjadła i wstawiwszy wszystkie naczynia do zmywarki wyszła.. Wieczorem Cudna zażądała od niej wypracowania.
-Skończę po kolacji - odpowiedziała siostra
- a w ogóle zaczęłaś?
-Na rano będziesz miała gotowe.
-Ale ja potrzebuję sprawdzić.
-Kiedy? I tak nie masz czasu. Po prostu wstań jutro wcześniej będziesz miała świeży umysł - nieoczekiwanie zarządziła mama - a teraz jej nie denerwuj bo nie da rady skończyć.
-Ale...
-Po kolacji będę chciała zamienić z tobą parę słów w ważnej sprawie.
Gdy tylko Knieja skończyła jeść mama poleciła jej wyjść a przed Cudnę położyła wynik testu ciążowego -co to jest? - zapytała?
Cudna zrobiła niewinną minkę i zamierzała wyjaśnić, że nie wie ale mama wrzasnęła - nie kłam! Zabrałam trochę łachów do przetopienia i tą twoją domową żółto - brązową bluzę z kieszeniami też - wyjaśniła. Cudna przez moment się zastanowiła czy nie powiedzieć, że Knieja ją nosiła. Zorientowała się, że to byłoby głupie ale i tak znów usłyszała - nie kłam!
-Przecież nic nie mówię - obraziła się.
-Nie róbcie teraz awantury - poprosił ojciec - później na spokojnie o tym pogadamy.
Na noc Knieja zabarykadowała się w kuchni a Cudna akurat gościła koleżanki. Razem przygotowywały się do konkursu. Nawet naparu nie mogły sobie zrobić. Dobrze, że łaskawie
wyrzuciła im przez okno napoje i szklaneczki. Jednak na rano wypracowanie było gotowe.
Cudna zerknęła tylko na początek bo na więcej nie miała czasu.
Kiedy oddawała pracę Sonacie ona też popatrzyła na początek - twoja siostra potrafi lepiej napisać - oceniła jakby rozczarowana i poprosiła o omówienie tematu Dalię nie zważając już na Cudnę, której zrobiło się gorąco.
Oczekiwała, że Sonata przed zajęciami sportowymi coś jej wyjaśni ale ona ją zapytała - nie masz mi nic do powiedzenia?
-Dlaczego myślisz, że to pisała moja siostra?
-Nic takiego nie powiedziałam, Powiedziałam tylko, że twoja siostra pisze lepiej od ciebie.
-Skąd możesz wiedzieć?
-Coś czuję, że nie jesteście przyjaciółkami skoro tego nie wiesz. Wygrała konkurs organizowany przez producenta wizyjek na opowiadanie reklamujące jego wyroby.


Knieja urządzała dla swoich przyjaciół przyjęcie za wygrane pieniądze. Cudna udział w konkursie na reklamę uznała za poniżający. Nawet spytała mamę dlaczego się zgodziła aby smarkula kompromitowała rodzinę.
-A w ogóle to nikt tego przyjęcia ze mną nie uzgodnił - powiedziała niezadowolona a ja też będę miała gości. Nawet do kuchni nie będziesz mogła wejść i nic mi nie naszykujesz. -Oj, nie wiedziałam - zbagatelizowała rzecz mama - ale w czym problem. Knieja naszykowała tyle jedzenia, że i wy sie najecie i jeszcze zostanie.
Cudna szybko wyszła obdzwoniła koleżanki i Scichapęka zapraszając w imieniu mamy na kolację. Trzeba było widzieć minę Kniei gdy zjawiła się Filigrana.
-A coś ty się tak wystroiła? - spytała.
-No przecież zaprosiliście mnie na kolację.
-Niby kto cię zaprosił?
-No twoja mama.
Knieja zrobiła się sina i wyszła. Potem spokojnie obsługiwała gości ale wyraźnie nie miała humoru.
Wreszcie Ścichapęk zrymował: Co się stało gospodyni, czy ten zaszczyt nam uczyni, że uśmiechem nas obdarzy prazwyczajem gospodarzy?.
-Błagałam cię abyś nie przychodził - powiedziała.
-Ale co ja takiego zrobiłem?
-Nic pryszczata świnio.
-Nie doceniasz moich pryszczy w każdym zgrabny wierszyk błyszczy.
-Nie błyszczy tylko cieknie jak ropa u syfilityka.
Wszyscy zachichotali a Ścichapęk poczuł się zobowiązany odpowiedzieć wierszykiem : niech się Knieja tak nie trzęsie bo jej kości aż stukają
a na jadło jak nieszczęście wszystkie piegi pospadają.
Goście, nie wyłączając jej najlepszej dotąd przyjaciółki, roześmieli się a ona nałożyła mu na talerz fasolę na to pierożki, marchewką, której nie cierpiał, buraczki i wreszcie na tę furę jadła
lody.
-Jedz, jedz - powiedziała z udaną troską - jedz biedaczku, po to tu przyszedłeś bo wam mało płacą. Jest okazja to się wreszcie nażresz. Szpinaczku?
-Jak ta Knieja mnie wyróżnia ponad wszystkich gości grono, bardzo miłe to i grzeczne ale mam już narzeczoną.
-Biedna kobieta.
-Ten dopiero biednym będzie kto za żonę cię posiędzie.
-Będzie zachwycony moim kucharzeniem, koniecznie spróbuj szpinaczku - powiedziała z uśmiechem i byłaby mu wywaliła gorącą zawartość rondla na głowę gdyby w porę nie chwycił jej za rękę.
No skoro nas tu nie chcą to chodźmy na plac pograć w gry terenowe - zaproponował. Poszli a Knieja została.
Kiedy wrócili nie było już śladu przyjęcia.
Dom lśnił czystością a spiżarka pustką bo jak się później okazało Knieja zabrała wszystko i poszła się bawić z mieszkańcami slamsów.

Gwiazdy od początku nie wierzyła w sens tej jak to w duchu nazywała intrygi.
Kniejo był jednak swoim pomysłem zachwycony. Wychowana w domu gdzie ojciec miał autorytet, we własnym lojalnie budowała autorytet męża, skoro więc się uparł, współdziałała.
Poprosiła Ścichapęka aby zajął koleżanki Cudny czym innym.
-Mamy takie domowe sprawy do omówienia - wyjaśniła. Knieję zostawiła w domu pod pozorem kary za coś co akurat się nawinęło i popłynęli tylko we trójkę.
Chodziło im o ustalenie dwóch kwestii - kto jest ojcem dziecka i jakie są plany Cudny.
Niczego się nie dowiedzieli , to był zmarnowany dzień ale Gwiazdy nie wypowiedziała słów, które z powodzeniem tępiła u niej i brata jej matka. Nie powiedziałą: A NIE MÓWIŁAM?
Korale 2


Knieja za karę została w domu z poleceniem, że gdy rodzina wróci wszystko ma lśnić.
Sprzątanie to nie była dla niej pierwszyzna a wyjazdów na rodzinne wycieczki nienawidziła. Mimo to było jej przykro bo kara była za to, że nie umyła auta Cudny a wcześniej Cudna wjechała tym autem w kałużę aby ją ochlapać.
Sprzątała jeszcze gdy odwiedzili ją dwaj mężczyźni jeden miał już najmniej 15 arli a drugi był chyba w wieku Cudny.
Ten starszy zmartwił się bo Cudna obiecała udostępnić młodszemu swój klawibarw aby mógł na nim poćwiczyć .
-Hi hi hi - powiedziała - Cudna? Nie wmówisz mi tego. Właźcie i poćwiczcie ale jeśli powiecie jej, że pozwoliłam to zaprzeczę i jeszcze wam nakopię. Moment! Popatrzę co jest na ekranie bo mnie też wolno tylko kurze z tego uzależniającogennego urządzenia wycierać.
-Jakiego? - uśmiechnął się starszy
-Nie musisz zapamiętywać tej nazwy. Przepraszam ale jeszcze nie skończyłam tu sprzątać. Nie przeszkadzajcie sobie.
A gdybyście chcieli nas okraść to macie mnóstwo czasu. Rodzice z Cudną i jej asystą popłynęli łodzią na plażę pod Muzykafal.Szybko nie wrócą. Jeżeli nie nabałaganicie zapomnę wasze twarze. Ostatecznie nie jestem artystką plastykiem.
-Nie zamierzamy nic ukraść... - zaczął wyraźnie obrażony młodszy.
-Szkoda - wpadła mu w słowo.
-A Cudna naprawdę nam pozwoliła.
-Albo ja nie znam tej egoistki albo wy posiadacie niestandardowe środki perswazji, albo nie przewidziała,że tu będę i was wpuszczę.
-Szybko ci idzie to sprzątanie - zauważył starszy.
-No jasne - potwierdziła - arle wprawy.
-Arle?
Chwilę nie odpowiadała bo układając zwoje Cudny trafiła na notatnik z zapisem prac do wykonania, rozwinęła go i wymruczała - protektoriusz, który wywarł na mnie takie wrażenie, że chciałabym go naśladować.....
Niedobrze.... ale coś się przecież wymyśli.
- Ty wymyślisz? -Spytał.
-Tak bo artystka nie zacznie się awanturować wcześniej niż w przedzień ostatecznego terminu oddania pracy a wtedy może będę miała inne plany.
-Nie rozumiem.
-I nie musisz - odpowiedziała wychodząc do łazienki. Powlókł się za nią i gapił się jak sprzątała.
-A może chcesz pomóc? - spytała trochę zła, że się tak ślipi.
-Bardzo chętnie.
-To poskładaj do prania te majtki które Cudna wciska za wannę.
Roześmiał się ale jakoś tak zwyczajnie jakby ją przejrzał - a może od razu do szufladki? Gdzie pralenka? -spytał.
-Żartowałam, sama sprzątnę, na szczęście teraz te zakolorowane wyrzuca i nawet ich nie widuję... Dziwny jesteś ani się nie czerwienisz ani nie chichoczesz.
-Widocznie już dorosłem, więc nie próbuj mnie szokować byle czym. I tak robisz na mnie wrażenie bo jeszcze nie widziałem, żeby ktoś równocześnie sterował dwoma pilotami.
-Czas trzeba oszczędzać.
-Będę musiał to potrenować bo ci zazdroszczę.w dodatku nie przeszkadza ci to w rozmowie.
-Tobie by przeszkadzało?-Zdziwiła się.
Gdybym jedną ręką pilotował mycie ściany a drugą czyszczenie rurek to na pewno.
Polubiła go do tego stopnia, że gdy dotarli do kuchni zaproponowała coś do picia.
==========

Cudna speszyła się na widok Honoritakta bo zupełnie o nim przez te rodzicielskie zagrywki zapomniała.
-Przepraszam miałam poczekać ale .....
-Ale była tylko twoja siostra a właściwie dlaczego ona z wami nie pojechała?
-Za karę bo nie umyła mi auta.
W sektorze wszyscy ze sobą o czymś rozmawiali ale nagle zaległa cisza.
-A dlaczego miała umyć twoje auto? - Zdziwił się.
-Bo to należy do jej obowiązków.
-A do twoich?
-Ja się uczę i to w dwóch szkołach i jeszcze mam przed sobą dwa konkursy i egzamin.
-No tak starsze rodzeństwo to zawsze jest wykorzystywane - stwierdziła z goryczą w głosie Czeremcha.
-Ale tamta jest młodsza - replikował Honoritakt.
-Mała dziewczynka? - Zdumiała się i zarazem oburzyła Czeremcha.
-No nie taka mała. Ma już jakieś 10 arli.
-To dlaczego ona się nie uczy?- Spytał Kolcowój - jakaś upośledzona?
-Coś ty! Zdziwiłbyś się jaka inteligentna.
-Cudna ma inteligentną siostrę? - Okazała zdumienie Dalia.
-No może Honorek przesadził ale aż takim matołem jak ty nie jest- odpaliła Cudna.
-Bystra się odezwała - zakpiła Czeremcha - Dalia jest koleżeńska, uczciwa i pracowita a ty wykorzystujesz młodszą siostrę.
-No i jakoś Sonata wolała jej wypracowanie niż twoje - dodała Mandragora.
- O co się tak kłócicie spytała wchodząc Sonata.
-Oni mówią, że ja nie umiem pisać wypracowań - wyjaśniła Cudna.
-Powiedziałam to w obronie Dalii - wyjaśniła Mandragora - a w ogóle zaczęło się od dyskusji o wykorzystywaniu rodzeństwa.
Cudna była tak rozgoryczona, że postanowiła tego Kniei nie wybaczyć.
Chyba nawet nie byłaby w stanie.
Rozmyślała o jej wredności leżąc na wygodnym materacu na swej antresoli. Nagle na dole zaczęło się coś dziać, ostrożnie zerknęła zza firanek.
Knieja szykowała się do wyjścia a Cudna miała na sobie w charakterze piżamy całkiem fajne, choć luźniejsze niż dzienne ubranko.
Sama wymyśliła, że strój nocny powinien się różnić od dziennego wyłącznie przeznaczeniem a, że jej mama prowadziła lepiarnię odzieży, z realizacją nie było problemu.
Gdy więc siostra wyszła, natychmiast zsunęła się z antresoli, włożyła pantofle,cieplejszą bluzę i wybiegła wcale nie pamiętając o tym, że przecież boi się sama chodzić po mieście. Nie czuła się sama dopóki widziała przed sobą Knieję.
Knieja szła szybko nie rozglądając się na boki. Ku zaskoczeniu Cudny udała się na nadbrzeże.Tam gdzie były przymocowane łodzie.
Wlazła do ukochanej łodzi ojca a dalej długo nie działo się nic, kompletnie nic.Cudna owinęła się bluzą i czekała.Długo czekała a różne myśli przemykały jej po głowie.
W końcu usłyszała chrapanie.
Wtedy weszła na łódź, zaprogramowała mechaniczną zabawkę, zablokowała nią na tempr włączony alarm następnie pchnęła łódź, ależ Knieja będzie miała się z pyszna gdy ją wyciągną i zapytają gdzie się wybierała, ależ będzie heca.Ojciec nie daruje, nie daruje, że Knieja chciała samowolnie popływać jego łodzią. Nie zadziera się z Cudną Korala.
Alarm powinien zacząć działać niebawem,gdy tylko zabawka ruszy do przodu.
Miała ochotę zaczekać ale bała się zdemaskowania.
Szybko wróciła taksówką do domu, zmieniła piżamę i poszła spać.
Przez trzy następne dni wolała grać na klawibarwie. Grać i komponować. Byle nie myśleć, nie myśleć, nie myśleć.
Najchętniej nie robiłaby nic innego ale nie chciała zwracać na siebie uwagi wszystko musiało być w miarę normalnie.
Kniei nie było. Mijał trzeci dzień...
Na pewno gdzieś się ukryła aby nastraszyć Cudnę, ale jeśli nie? Jeśli nie?
Mama wyjechała na zlot matek. Przed wyjazdem złościła się, że nie ma Kniei a w końcu zostawiła jej instrukcje w notesie wizjofonu.
Ojca to co się dzieje w domu prawie nie obchodziło. Zjeść mógł na mieście, denerwował go tylko bałagan. Za to Makaka się zdziwiła, że Kniei nie ma.
Cudna coś tam skłamała ale strach chwycił ją za gardło aby uzasadnić to kłamstwo będzie musiała wymyślić następne.
Wciąż miała nadzieję, że Knieja jednak się zjawi
i będzie z niej nabijać.
-A niech tylko spróbuje - pomyślała gniewnie choć wolała ten scenariusz od takiego, w którym okazałaby się morderczynią.


SZKOLENIE/ POWRÓT KNIEI/ BIURO EWIDENCJI
Mężczyzna o śmiesznym, zupełnie doń nie pasującym imieniu: Małymiś prowadził szkolenie dla pracowników i właśnie dał im zagadkę -wyobraźcie sobie taką sytuację:w naszm porcie ląduje lotopława - Mniej wtajemniczeni stosownie zachichotali bo jak większość Unasjan nie wierzyli w lotopławy czyli statki powietrzno-wodne obcej produkcji (Unasjańskie zwano pływolotami).Wprawdzie pracownicy Małymisia wiedzieli, że niektórzy Tamtenlądczycy posługują się urządzeniami wysokiej klasy ale byli pewni, że to urządzenia unaskie. Zignorował ich reakcję i kontynuował - już po pół tempra wkraczają tam urzędnicy portowi - pracownicy zachichotali bardzo niestosownie bo choć portowi urzędnicy nigdy się nie śpieszyli należało wierzyć, że są niezawodni i wspaniali. Małymiś Murmurando miał powody aby wierzyć w lotopławy a nie wierzyć by urzędnicy mogli się pośpieszyć mimo to zgasił uśmieszki mroźnym spojrzeniem i zadał pytanie - kogo oprócz przybyszy zastają w środku?
-pracownika Biniusu -wyrwała się z odpowiedzią Malina. Małymiś chwilę patrzał na nią z dezaprobatą po czym powiedział
-chciałbym ale obawiam się, że Knieję Korala.
Nie zważając na jego marsową minę gruchnęli śmiechem po czym Żbik zasygnalizował chęć zabrania głosu. Małymiś go szanował jako fachowca i swego zastępcę więc natychmiast się zgodził.
-I napewno masz rację - powiedział Żbik- bo Knieja to sprytna, pracująca na swój rachunek smarkula natomiast pracownik Biniusu musi przestrzegać zasad i przed urzędnikami nie wejdzie.
-Żbiku ja nie mówiłem do ciebie, ty jeśli będziesz na dyżurze lub w pobliżu to wejdziesz razem z urzędnikami ale twoi koledzy z innych zmian będą nadal grali w....-Nie dokończył bo weszła referentka Luneta
- szefie pilne, odbierz rozmowę w swoim gabinecie.
-Nie możesz sama załatwić?
-Ale ......Zobaczę - zakończyła wymieniwszy z nim spojrzenia.
Zależało mu aby dokończyć to spotkanie.Zgodnie ze swoim planem wygarnął z czego jest niezadowolony i co ważniejsze wskazał zespół Otosyna jako najgorszy. Zawsze bał się urazić bratanka bo zaraz całą rodzinę miał przeciw sobie. Parę razy chciał go już nawet zwolnić lecz się nie odważył. Teraz jednak i tak w domu panowała napięta atmosfera. Poprzedniego wieczora zrobił awanturę bo okazało się, że nie dysponuje ani jednym pokojem gościnnym. Rodzinka Brzdąca zajęła wszystkie a Małymiś musiał swego gościa przenocować w hotelu tracąc miłą pogawędkę i ponosząc koszty. Nie zamierzał na tym sprawy zakończyć. Przez noc wszystko przemyślał. Rano wyjechał wcześnie, śniadanie kupił po drodze bo nie chciał się widzieć z rodziną. Wezwał wszystkich pracowników na szkolenie na 20 tempr potem ze swych z trudem uciułanych oszczędności kupił tani dom dla Brzdąca. Tani bo w nieatrakcyjnej okolicy. Zamówił też transport na stosowny tempr a teraz z premedytacją obrażał Otosyna, który naprawdę był kiepskim pracownikiem. Nim doszedł do meritum sprawy Otek się obraził, wykrzyczał, że Małymiś nie szanuje ludzi nie docenia ich pracy i nie postępuje pedagogicznie. Zapowiedział, że wobec tego on się zwalnia
i wybiegł. -No dobrze - powiedział już spokojnie Małymiś - Takta przejmiesz stanowisko Otosyna, kontynuujmy ....

POWRÓT KNIEI

W ciągu kilku dni Knieja zdążyła się oswoić i pozbyć lęków, które zrazu nie pozwoliły jej spokojnie przesypiać nocy w luksusowym specjalnie dla niej ustawionym przenośnym domku. (W podobnych domkach mieszkali badacze - szperacze). Aż szkoda, miała tam taką ciszę i wygodę a nie zdołała tego wykorzystać.
Została poinformowana, że odwiezie ją Milareza, najstarsza z dzieci Rezeryki. Gdyby nie wiedziała, że to córka Rezeryki to na podstawie opowieści jej braci uznałaby ją za dużo starszą. Była to zamężna kobieta, prawnik z własną kancelarię a ostatnio przeprowadziła lekcję za koleżankę i dała takie odpowiedzi do protokołu wizytacji, że bracia byli zachwyceni. Knieja była więc zdumiona odkrywszy, że to jeszcze dziewczyna.
Niestety nie spędziły czasu podróży razem. Milareza stanowczo trzymała się pukatańskiego przepisu zabraniającego kierowcy zabierania kogoś do swojej kabiny. Mogły jednak rozmawiać za pośrednictwem kamer i monitorów. Knieja korzystając z okazji zaproponowała Milarezie zakup placu Filodendrona.
Tym placem zajmowała się od dawna. Filodendron sam się z tym do niej zwrócił usłyszawszy od znajomych, że Knieja jak dobrze poszpera w źródłach wiedzy, na wszystko znajdzie rozwiązanie. W jego sprawie za bardzo nie szperała. Od ręki wiedziała jak to załatwić bo w swoim czasie mama poleciła jej napisać za Cudnę pracę o desperacji a Knieja napisała. Na ogół wolała się nie sprzeciwiać mamie. W domu nie była jeszcze wtedy tak pewna siebie i pyskata jak poza nim.
Sprawa desperacji od razu nasunęła się jej na myśl.
-Zrobimy tak - powiedziała - będziesz dążył na wszelkie sposoby do legalnego załatwienia sprawy.
-Ale jak?
-Pomogę - odpowiedziała zdecydowanym tonem i nie dyskutowała o zapłacie bo wiedziała, że sama
potrafi o nią zadbać n.p. gdy będzie głodna wpadnie do niego na obiad.
Sprawa placu była dość trudna. Filodendron kupił go tanio ale zatajono przed nim, że właściciel
ma go obowiązek uprzątnąć co nie było wykonalne.
Przynajmniej nie dla Filodendrona.
Kniei udało się załatwić odroczenie terminu.
-Lepiej byłoby gdyby nie odroczyli - powiedziała wysyłając prośbę w tej kwestii.
-A to dlaczego? - Zdziwił się Filodendron.
-Byłyby mniejsze koszty bo krócej zabiegalibyśmy o zrobienia wszystkiego co możliwe w celu uprzątnięcia.Potem wziąłbyś kupił wszystko co potrzeba do zrobienia paru wybuchów a następnie
porozrywane na kawałki pojazdy (plac był składowiskiem wycofanych z użytku pojazdów, głównie latajączych, często wielkich) zepchnąłbyś spychaczem do oceanu. To wszystko jest karalne lecz wykpiłbyś się aktem desperacji usprawiedliwionym tym, że zadanie było niewykonalne, grożąca grzywna wysoka a znikąd pomocy.Taki akt desperacji potrzebuje mocnych uzasadnień Właśnie dlatego musimy wszędzie gdzie się da o tę pomoc zabiegać i podejmować rozmaite działania, choćby było to grabienie liści grzebieniem.
-Jakich liści?
-To takie powiedzonko.Mamy robić wszystko co możliwe i niemożliwe.
Później w ramach takich działań pisała pisma do wszelkich możliwych instytucji i na coraz wyższe szczeble . Doradziła Filodendronowi aby wystawił plac na sprzedaż a gdy powiedział, że sam o tym myślał tylko nie wie jak, wskazała biuro swego ojca.
Doradziła też aby co drobniejsze graty wywozić legalnie na śmieciowisko i brać na wszystko kwity.
Filodendron sam wymyślił aby sprzedawać części szperaczom. Jednak od Kniei, która również tam szperała opłat nie pobierał. Pomogła mu tę działalność zalegalizować i sama porządkowała kwity sprzedaży, Sporządzała też kosztorysy i zasięgała nieodpłatnych (umiała znaleźć informację, kto się akurat usiłuje wypromować) ale udokumentowanych porad. Kopie dokumentów trzymała u siebie. Oczywiście dobrze schowane przed rodzinką.
===========
-Przemyślę to - powiedziała MILAREZA - zechciej mi zostawić adres placu, sprzedawcy i pośrednika.
Oczywiście Knieja jej to wszystko dała choć pomyślała - dokładnie to sprawdzi i nie kupi.
Potem zadeklarowała swą pomoc przy ewidencjonowaniu.
-Nie ma takiej potrzeby - odpowiedziała Milareza.
-To ci się tylko tak zdaje. Sama nie wiesz jakie pułapki czychają na ewidencjonowanego.
Milareza się uśmiechnęła - ależ wiem Knieszko, wiem. Zapewniam, że dam sobie radę. Ty jednak też powinnaś ze mną iść aby zgłosić swój powrót.
-Przyjdą na lotopławę - powiedziała Knieja.
-Nie będziemy na nich czekać - odpowiedziała Milareza. Wezmę tylko to czego tu nie mogłabym kupić a jest potrzebne i lotopława odleci na Meduzę. Twoje rzeczy (czyli prezenty od jej rodziny) też trzeba wycenić, dam ci talarymetr abyś mogła zapłacić i miała dowód, że to twoje..
Do biura ewidencji weszły przed grupką innych osób akurat nikogo tam nie było. Urzędniczka w coś tam grała i musiała dokończyć nim sie nimi zajęła. Nie przyjęła zgłoszenia o powrocie Kniei bo nie było zgłoszenia o wyjeździe bądź zaginięciu więc uznała, że dziewczęta żartują. Potem zajęła się Milarezą. Knieja postanowiła czekać aż ta zrozumie, że nie da sobie rady i poprosi o pomoc. Nie doczekała się. Szczęściem miała urządzenia filmujące, (dostała od Milaryka), było wart jakoś zarejestrować to wydarzenie.




Milareza była spokojna, grzeczna a zarazem stanowcza.
Gdyby ewidencjonerka zachowała resztki instynktu samozachowawczego ustąpiłaby po przegraniu walki o pierwszą i drugą pozycję fonoformularza.
Pierwsza dotyczyła imienia własnego.
-Poftaszaj sza mą - zażądała ewidencjonerka Zorza Serpentyna (nie bez kozery przezywana Szoszą Szełpętymą) - imię fłaszme Czepiszęsza. (-No i zgaduj tu człowieku co to miało znaczyć.)
-Imię własne Milareza - powiedziała Milareza.
-Mie ma takieko imiemia - oświadczyła Zorza.
-Zgodnie z 14 punktem porozumienia Błędnyryskiego nie należy zmieniać imion osób znanych w Pukatanie.
Trochę sobie podyskutowały ignorując oczekujących w kolejce po czym Milareza powołując się na konkretne przepisy poprosiła o skontaktowanie z kierownictwem biura ewidencji.
-Bo kiełofmik mie ma micz faszmiejszeko to łopoty, szepy kłupoty fyjaszmiacz - Zorza coś tam jeszcze mówiła a Milareza o dziwo rozumiała.
-Wybacz proszę ale jeśli nawet kierownik ma ważne sprawy do załatwienia - odpowiedziała - To jego obowiązkiem jest wysłuchanie skargi petenta.
Znów powołała się na konkretne przepisy.
-Mie szafłaczaj mi kłofy. Lucie czekają.
-Poczekamy - oświadczył jakiś mężczyzna i usiadł na bagażach a inni poszli za jego przykładem.
-To ja tesz poczekam - odpowiedziała Zorza i skrzyżowała ręce.

-Wobec tego wyjdę na zewnątrz i uproszę kogoś z przechodzących aby pomógł mi sie skontaktować z twym przełożonym. Oczekujący wyglądali na gotowych na nią poczekać.
-Jesztesz peszczełma.
-Przykro mi, że uważasz mnie za bezczelną jednak moje działania są zgodne z waszym prawem.
-Mo szopaczymy czo szłopi kiełofmik - powiedziała lekceważąco Zorza i zdecydowała się skontaktować Milarezę ze swym przełożonym. Polecił ewidencjonerce aby wypytała, któregoś ze znaczniejszych obywateli tamtenlądzkiego pochodzenia czy słyszał coś o Milarezie a jeśli nie to drugiego i trzeciego a jeśli żaden o niej nie słyszał to znaczy, że nie jest znana.
Zorza więc nawiązała łączność z jakimś Tamtenlądczykiem.
-Miłałesza?- zdziwił się - nieee - Zorza już się cieszyła ale jeden z oczekujących poprawił - Milareza
-Aaaaaa To na pewno chodzi o córkę Milandera. Prymuska na kursie prawa albo administracji. Duma żeńskiej szkoły nauki zawodu. Malarka i straszna nudziara do przesady punktualna i akuratna. Zero fantazji.
W tej sytuacji Zorza skontaktowała się z następnym, zapewne producentem zabawek bo rozgadał się na temat lalek córek Milandera w tym Milarezy oczywiście.
Trzeci nazwał Milandera hochsztaplerem wmawiającym ludziom, że nawet statki powietrzne potrafi lepsze od unaskich wytwarzać a Milarezę zarozumiałą dziewczyną, lekceważącą tradycyjną rolę kobiety żony i córki.
-Mo i czo? - Spytała tryumfalnie Zorza.
-Także i on o mnie słyszał dostojna urzędniczko - odpowiedziała grzecznie i z subtelnym uśmiechem Milareza.
Zorza chwilę na nią popatrzyła a potem niechętnie przyznała - mo tak jesztesz szmama. Szaczymamy ot początku. Imię fłaszme Miłałesza.
-Imię własne Milareza.
-Imię łotofe Czepiszęsza.
-Przybrane imię rodowe Magnolia.
-Mie moszma szmiemiacz fołmuł!
-Z przepisów waszego prawa to nie wynika. Wynika natomiast, że oszustwo jest niedopuszczalne. Ja dopiero przybieram to imię rodowe. Nie nosiła go ani moja matka ani babka byłabym więc oszustką nie używszy formuły przybrane imię rodowe.
Dyskusja jeszcze trochę potrwała po czym Milareza znów się odwołała. tym razem kierownik ewidencji zgodził sie z pracownicą więc Milareza odwołała się do Centralnego Biura Ewidencji i tam uzyskała poparcie. Okazało się, że formuły nie są ważniejsze od samopoczucia petenta.
-Nie byłoby dobrze gdyby petent sądził, że urząd zmusza go do oszustwa - oświadczyła tamtejsza urzędniczka - formuły mają tylko rolę pomocniczą przy ewidencjonowaniu, można by je było nawet zupełnie pominąć byle kolejność danych się zgadzała.
Niezadowolona Zorza powiedziała chwilę później do Milarezy - szaczymamy ot początku. Wcale nie musiała zaczynać od początku ale najwyraźniej chciała. Imię fłaszme ...
-Milareza.
-Czałym sztamiem. Ot początku.Imię fłaszme .....
-Imię własne Milareza, przybrane imię rodowe Magnolia.Przybliżona data urodzenia .......
Dziwne ale i nad tym chciało się Zorzy podyskutować i znów nie zgodziła się udostępnić łączności z przełożonymi (bo ileż razy można im głowę zwracać?) Milareza więc wyszła.
-Masztempny płoszę - zarządziła Zorza kasując jeszcze nie wprowadzone do ewidencji dane Milarezy.
-Zaczekamy - powiedział jeden z kolejkowiczów ponieważ nikt inny się nie ruszył ostatnia w kolejce kobieta zajęła miejsce Milarezy. W połowie ewidencjonowania Milareza wróciła z protektoriuszką Czeremchą.
-Podobno nie chcesz połączyć tej dziewczynki z kierownikiem biura? - powiedziała pytająco Czeremcha, ewidencjonowana kobieta musiała wrócić na swoje miejsce. Na poduszce ewidencjonowanego zasiadła Milareza zaś Zorza udostępniła jej rozmowę z szefem.
Knieja uważała, że Milareza powinna była napomknąć kierownikowi błędnyryskiego biura ewidencji o wcześniejszym rozstrzygnięciu centralnego, Milareza miała jednak jakieś własne koncepcje i gdy jej nie poparł znów odwołała się do Centrali.
-Ilość liczb musi się zgadzać - wyjaśniła urzędniczka - użyj formuły arl i dodatkowe liczby do ewidencji a jeśli znasz nonestr to dodatkowe liczby zastąpią tylko dzień, tempr i moment. Rozumiesz mnie?
-Tak naturalnie.Mam podać te dane, które znam a resztę zastąpić innymi liczbami. Wprawdzie znam arl ale co mogłabym powiedzieć gdybym nie znała?
-Przbliżony albo przypuszczalny arl urodzenia i dodatkowe liczby do ewidencji.
Milareza znów musiała powtórzyć wszystkie dane i chyba Zorza niezbyt uważała gdy zamiast rozwiązań podpowiedzianych przez urzędniczkę centrali użyła własnego: " Jako datę urodzenia podaje się."
Po pewnym czasie urzędniczka z Centrali musiała Zorzy tłumaczyć, że za prawdziwość danych odpowiada Milareza a potem jeszcze raz to samo gdy Zorza zakwestionowała pozycję wykształcenie.
- Ty mie moszesz miecz fykształczemia po nie fychofałasz szę w Umasze.
-Mimo to na tyle biegle władam waszym językiem, że doskonale rozumiesz co mówię. Znajomość języków obcych to też rodzaj wykształcenia - cokolwiek mówiła Milareza, brzmiało grzecznie i z nutą szacunku.
Zorza na jej tle wypadała ordynarnie - umaszty to mie jeszt jęszyt opczy.
Milareza słysząc to chwilę sie zawahała po czym odpowiedziała - w istocie jest to twój język ojczysty ale zapewniam cię, że język mojego kraju znam jeszcze lepiej a porównywalnie z unaskim kilka innych.
Parodia pracy ewidencjonera trwała póki nie skończył się dyżur Zorzy i nie zastąpił jej młody a sądząc po epolecie dopiero co mianowany protektoriusz.
-Jakie imię własne wybieramy?- spytał jeszcze przy Zorzy, która zresztą jakoś nie śpieszyła się do domu.
-Milareza.
-To twoje aktualne? A wiesz, że zgodnie z porozumieniem błędnyrskim tylko osobom znanym w Pukatanie pozwalamy je zachować?
-Tak w istocie. Twoja poprzedniczka już ustaliła, że jestem znana.
-No skoro tak ........Zaczynamy. Imię własne....
-Milareza, przybrane imię rodowe Magnolia jako datę urodzenia do celów ewidencji podaje się 490 7 48 12 36
-Stop. Nie jesteś młodsza?
-Nie. Po prostu niska.
-Wiesz co grozi za podanie fałszywych danych?
Wyrecytowała mu stosowne przepisy. Mruknął - w porzo, nawijaj dalej.
Spojrzała jakby nie rozumiała i niepewnie zaczęła - status wolna -spojrzała czekając na reakcję
- kontynuuj - polecił, to słowo było dla Milarezy zrozumialsze. Wcześniej Zorza się o ten status wykłócała bo Milareza nie miała ukończonych 15 arli a w Unasie osoby do 15 arla stanowiły własność rodziców lub opiekunów. Tego dnia Milareza kończyła 12 arli i to (o ile podana przez nią data urodzenia była dokładna, a wszystko na to wskazywało) tuż przed wylądowaniem a zatem zgodnie z porozumieniem błędnyryskim mogła być uznana za dorosłą jeśli wcześniej otrzymała takie uprawnienia w Pukatanie. Młody ewidencjoner najwyraźniej znał ten przepis. Gdy podała, że ma uprawnienia do prowadzenia milandryjskich pojazdów spytał - a masz na to jakis dokument? Podała mu zaświadczenie wystawione przez sarinejską kancelarię, wrzucił na chwilę do czytnika by sprawdzić czy dokument naprawdę pochodzi z uznawanej w Unasie kancelarii, skopiował do ewidencji i oddał. Nie komentował faktu, że zaświadczenie zawiera wszystkie potrzebne dane osobowe i warto je było dać na początku. Jemu przecież pracy to nie przedłużyło bo i tak ewidencjonowany (o ile to było możliwe) powinien sam podawać dane albo chociaż ich część. Ewidencjonowanie Milarezy zajęło mu parę chwil.
-Następny proszę - powiedział.
-Jeden błąd jednak zrobiłeś - oświadczył pierwszy w kolejce - powinieneś był nas wyprosić zanim przystąpiłeś do pracy.
-Masz rację. Wyszedłbyś?
-Nie bo jestem tu do ochrony córki Milandera i sprawozdawców nagrywających przy okazji poglądową lekcję dla osób wybierających się do Unasu.
-To jeszt mietopuszczałme - oświadczyła Zorza.

- Teraz ta dama - "petent" wskazał kobietę, która wcześniej musiała ustąpić miejsca Milarezie. - Oczywiście pomożemy ją zaewidencjonować tak aby nie miała później komplikacji.. Świeżo upieczony protektoriusz wytrzeszczył oczy.
W tymże momencie do gabinetu przedarł się kierownik błędnyryskiego biura ewidencji Lubilud Szakal
-Co tu się dzieje? - zapytał -Kto wam pozwolił filmować i pokazywać na rynku pukatańskim co tu się dzieje? - Trochę się powtarzał ale był zdenerwowany.
-Prze.. prze...- jąkał sie ewidencjoner.
-Ty?- zapytał go surowo Lubilud.
-Nnnieeeno skąd?
-A skąd wiedziałeś jak ewidencjonować? - Pytanie zdawało się sugerować, że był w zmowie.
-W szko...w szko... w szkole mnie uczy...czyli...czyli.
-Czyli co? - zdenerwował się Lubilud.
-Taki jąkała mie pofimiem pyć efitemczjomełem - stwierdziła Zorza a Lubilud jęknął, machnął ręką i zwrócił sie do Pukatańczyka - z czyjego ramienia to robiliście?
-Zakładamy centrum szkolenia pilotów imigrantów na Meduzie. Gdyby ten chłopczyk nie umiał ewidencjonować to może Milarezie udałoby się odwołać od waszych decyzji dalej niż do Centralnego biura ewidencji ... no szkoda. Milarezuniu ukłoń się ładnie. Wychodzimy. - Filuterny uśmieszek błąkał sie na ustach Milarezy gdy składała ukłon.
-Stop! - Młody mężczyzna już się nie jąkał - mógłbym sie tam przydać?
-Zostaw namiary. Nawiążemy kontakt - odrzekł Pukatańczyk.
-Czyś ty zwariował?! - krzyknął Lubilud na swego pracownika.
-Nie! To może być moja jedyna szansa na udane życie. - mówiąc to równocześnie stukał młoteczkami pisarskimi na strzępku bobriezu swoje dane.
Po zaewidencjonowaniu kobiety Pukatańczycy dość szybko się ulotnili i nikt nie został do ewidencjonowania.
- Dlaczego ich tylu naraz wpuściłaś do biura? - spytał Lubilud Zorzę.
-Pszeciesz szafsze tak łopimy.
-I Knieję Korala też zawsze wpuszczamy? Zjeżdżaj - huknął na dzieweczkę. Myślisz, że ciebie nie było na tej transmisji? Zabieraj się! No już!

Na zewnątrz czekała Milareza aby iść z Knieją do wyceny.
Jakoś nie wypadało sie ulotnić nie płacąc podatku za otrzymane rzeczy.
- O, Knieja, a myśmy tu już się zakładali, że wypłynęłaś łodzią tatusia tylko tatuś zapomniał napomknąć przy okazji zgłaszania zaginięcia łodzi - zakpi jeden z wyceniaczy.
Kniei zrobiło się zimno, Milareza na chwilę zastygła a jej twarz pobladła.
-O mnie martwiłby się na pewno mniej niż o łódeczkę - oświadczyła Knieja zapanowawszy nad sobą - przydaję się co najwyżej do sprzątania. Oczywiscie nie chciałby mnie stracić ani on, ani mama bo tańszej służącej nie znajdą ale łódź kochają bardziej - to była informacja dla Milarezy aby czasem nie myślała, że Kniei w domu coś zagraża. Jedyną osobą z rodziny zdolną odpiąć łódź ze śpiącą Knieją była Cudna ale Cudna przecież nie wybrałaby się nocą na nadbrzeże, nawet auteczkiem bo pieszo to i w dzień się bała.
Ostatecznie Milareza zapłaciła także za wycenę prezentów Kniei tak jakby nie pamiętała, że już jej dała pieniądze.
POWRÓT KNIEJA/ DZIENNICZEK PRAKTYK/ POCZĄTEK ZŁEJ PASSY



Kniejo Komandor wrócił w przeddzień powrotu żony. Już za furtką ujrzał sprzątarkę Ścichapęka. Pełniący funkcję kwadratowego młody człowiek chętnie ją tu zostawiał nie zabezpieczoną by w razie czego móc szybko dobiec, wsiąść i udawać, że cały czas sprzątając wizytował osiedle. Zwykle Kniejo sie tym nie przejmował ale teraz ta częsta bytność Ścicha w jego podwórzu a nawet domu go zirytowała, bał się, że smarkacz mógł jego długą nieobecność zauważyć.
Nie miał czystego sumienia ale o to mniejsza, najważniejsze aby Gwiazdy zastała wszystko w domu w porządku. Szybka inspekcja wystarczyła by stwierdzić dwa fakty: córek nie ma w domu, na dole panuje totalny bałagan. - Tu by się przydała sprzątarka Ścichapęka - pomyślał z przebłyskiem humoru - nooo więcej by jej na podwórzu nie zostawił - zaśmiał się wyobrażając sobie co by to było gdyby tą maszyną tu wjechał. Inna rzecz, że pewnie nie umiałby jej obsłużyć. Pobiegł na górę
Tu też nie było najlepiej, przed wyjazdem trochę nabałaganił ale to nawet lepiej. Gwiazdy raz dwa sprzątnie a gdyby zastała idealny porządek gotowa coś podejrzewać. Już wolał marudzenie na bałagan niż śledztwo.
Wykąpał sie przebrał i położył z zamiarem spędzenia na materacu tylko chwili wystarczającej na zrobienie śladu swej obecności, oczywiście przykrył się kocem aby i ten nie leżał złożony w idealną kosteczkę w przeznaczonej na to szufladzie. Położył się a po chwili stwierdził, że jest póżniej o pięć temprów niż mu się zdawało. Zszedł na dół. W korytarzu był wciąż bałagan ale w kuchni wyraźnie "przejaśniało". Zastał tam krzątającą się Knieję.
-No nareszcie córcia wzięła się za sprzątanie - powiedział ironicznie.
Spojrzała na niego dziwnie, jakby z nienawiścią ale pewnie tak mu się tylko zdawało.
-Może uważasz sprzątanie za rzecz nieistotną - zagaił ale w ten sposób uczysz się poczucia obowiązku . Jeżeli poczucia obowiązku nie wyrobi się za młodu to się później go mieć nie będzie - tu Knieja wrzuciła jagodę do żółtego kielicha, wyciągnęła skądś bobriez oraz młoteczki pisarskie i zajęła się notowaniem niczym pilna uczennica.
Kniejo pochłonięty przemową nie był świadomy, że co jakiś czas odkrawa kęsek ciasta układa na świeżej podstaweczce, którą potem zostawia na blacie by za chwilę wziąść nową, podobnie postępował ze szklaneczkami po wypiciu łyku napoju w celu nawilżenia gardła mówcy a jeśli sobie zjadł śliweczkę, pestkę układał na parapecie.
-Kupiłem takie świetne sprzątadła -powiedział w pewnym momencie - tempr czasu dosłownie tempr czasu by cię kosztowało aby posprzątać ale ty nie masz za ćwierć podtalara poczucia obowiązku a jeżeli poczucia obowiązku nie wyrobi się za młodu .... Nie czekając aż skończy rzuciła jagodę do żółtego kielicha.
-Tempr?- upewniła się - włącz starter - krzyknęła i pobiegła po sprzątarkę Ścichapęka.
Był w szoku. Wprawdzie wcześniej też o tym myślał ale tylko tak luźno, bez zamiaru realizacji. Pobiegł za nią , niestety była szybsza i tak zdeterminowana, że raczej by go przejechała niż odstąpiła od swego zamiaru. Dziwnie wprawnie posługiwała się tą maszyną - czyżby użyła jej nie po raz pierwszy? Sprzątarka miała wszelkie zabezpieczenia chroniące kwadratowego przed niespodziewanym atakiem. Knieja zaczęła sprzątanie od pokoju dzielonego z siostrą, wszystko co nie leżało na miejscu wciągała do czeluści maszyny. Niektóre rzeczy z pomocą specjalnych szczypcy przemieszczała by nie przeszkadzały jej odkurzać, myć, szorować a potem tymi samymi szczypcami umieszczała z powrotem na przynależnym im miejscu. Antresolę stanowiącą sypialnię Cudny tylko zamknęła i wymyła harmonijkową ściankę wraz z dolną zakrywającą schowanko na sprzątadła, gdy myła ściany oraz sufit. Przejechała do łazienki, wprawdzie cała maszyna nie dała rady tam wjechać ale gdy Knieja już odblokowała wejście dał się zauważyć idealny porządeczek, teraz wnęka pralnicza, korytarz, kuchnia. Zauważył jak znikają podstawki, szklaneczki, pesteczki i ślad po rozgniecionej śliwce na podłodze. Tu też umyła okno, sufit, ściany i drzwi, także drzwi spiżarki ale do jej wnętrza zaglądać nie musiała, już wcześniej tam posprzątała. Potem jeszcze tak daleko jak sięgła mackami maszyny umyła schodki na górę wraz z poręczami, .
Były zbyt wąskie i kruche by dała radę na nie wjechać. Nie zapomniała o wymyciu ganku i wiodących doń schodków. Mało tego objechała dom w koło myjąc ściany i okna. Dotarło do niego, że chyba tu musiała wcześniej używać sprzątarki bo ściany były czyste do tej wysokości na jaką i teraz je umyła. Prawdopodobnie robiła też z jej pomocą porządki w okół domu i teraz też to zrobiła, wcześniej dotarła do garażu, przez garaż zaś do piwnicy a przed wyjazdem z posesji krzyknęła - szybciej byłoby gdybym użyła zapalniczki. Z całą pewnością nie zmieściła się w czasie ale raczej nie o to jej chodziło. Zrozumiał, że te jego sprzątadełka też w tempr nawet przy znacznym zawężeniu "frontu robót" nie dałyby rady. Wyjechała a on pognał do swego auta i pojechał za nią. Gnała na wysypisko śmieci.
Widział gdzie je ze sprzątarki wyrzuca i co mógł z domowego dobytku zebrał.Robił to pośpiesznie by nikt nie zauważył.
Gdy wrócił sprzątarka grzecznie stała na miejscu.
-To ładnie, że ją odprowadziłaś - warknął do siedzącej na daszku ganku Kniei.
-Może się jeszcze przydać - odpowiedziała.
-To teraz posegregujesz odzyskane rzeczy.
- Nigdy. Ja się w waszych śmieciach nie będę paprać, wystarczy, że wciąż po was sprzątam i nigdy nikt tego nie docenia.
Sam to musiał zrobić w wewnętrznym zakątku ogródka. Odkrył, że sprzątanie zajmuje sporo czasu, nie do wszystkiego zdadzą się sprzatadełka a większość wywiezionych rzeczy należy do Cudny, nic do Gwiazdy, do niego teczka z dokumentami (których tak długo nie mógł znaleźć, że w końcu po prostu je odtworzył) oraz para nowych też zdawałoby sie bezpowrotnie zaginionych butów.
Niektóre rzeczy budzące wątpliwości czy należą do Cudny czy Kniei odkładał na oddzielną kupkę, pozanosił to do domu, głównie do wnęki pralniczej, ładując w oddzielne szuflady, co swoje zabrał do siebie, barwnuty włożył Cudnie w pojemnik do barwnut, resztę postawił w dwóch pojemnikach na środku ich pokoju. Knieja już tam była i tonem przełożonej powiedziała - po pierwsze nie życzę sobie abyś do mojej szuflady pralniczej wkładał ciuchy Cudny i inne zabrane ze śmietnika. Musiałam szufladę umyć i odkazić. Po drugie wsypmy rzeczy Cudny do jednego pojemnika i wynieś to na ganek. Chcę mieć tu porządek.
-Mam nadzieję, że te cudze rzeczy wyrzuciłaś? - Zapytał spokojnie.
-Owszem i zaraz idę posprzątać po tobie w ogrodzie. Już można?
Nie zdążyła bo wpadł Ścich i zabrał swą maszynę.
-No to trzeba będzie to zakopać - zdecydowała Knieja - idziemy po łopatę i grabie.
-Przecież tu trzymamy narzędzia - wskazał świeżo umyty wrak autolotu stojący tu już wtedy gdy wraz z Gwiazdy kupili tę posesję..
-Nie. Już nie - odpowiedziała - teraz mamy to w garażu.
Razem usunęli ślady po "sprzątaniu". Było już późno a Cudny wciąż nie było w domu.
- A rano była? - Spytał Kniejo młodszą córkę?
-A skąd mam wiedzieć? Mnie nie było. A ty oczywiście się nie zainteresowałeś. Jesteście do siebie podobni, dwoje totalnych egoistów, zauważacie tylko to co wam przeszkadza a mama niewiele lepsza tyle, że zarabia na rodzinę. Lepiej zgłoś zaginięcie Cudny bo może ci nie wybaczyć braku zainteresowania. No, ale najważniejsze, że łódź się znalazła. Idę spać. - Nigdy dotąd nie była tak bezczelna.
- Zaczekaj, od kiedy jej nie ma?
- A co mnie to obchodzi? Ważne, że ty byłeś. Rób co chcesz, ja jestem zmęczona.
Miała do tego prawo więc dał jej spokój nawet nie poprosił aby nie mówiła matce, że go dwa dni nie było. Sam tej nocy nie zasnął.

Cudna szalała. gdzieś zaginął jej dzienniczek praktyk a Wiatrognaj życzył sobie aby je przynosili na spotkania grupy. Knieja spokojnie jadła w kątku naszykowane przez siebie śniadanie. Zostawiła je
i sięgnęła po talerz Cudny z czymś lepszym, naszykownym przez mamę po to by córcia miała więcej siły i chęci do nauki w szkole.
Gwiazdy spojrzała na nią - weź jej tego poszukaj - powiedziała.
-Za chwilę - odpowiedziała Knieja czując, że jej zachowanie zdumiewa matkę i spokojnie kontynuowała posiłek.
-Masz mi to znaleźć - wrzasnęła Cudna - na pewno zadziałaś gdzieś przy sprzątaniu!
-Możliwe bo tato dał mi na to tempr czasu i miało wszystko lśnić. Ojciec jadł w milczeniu na stojąco.

-No ruszcie się! - wrzasnęła Cudna - przez was dostanę złą ocenę.
-Zaraz coś zaradzimy - obiecała Knieja.Teraz ojciec na nią popatrzył a mama na nich oboje.Pewnie czegoś zaczęła się domyślać ale ze względu na Cudnę bała się zapytać.
Cudna widząc, że nikt się nie rusza aby jej pomóc zaczęła histeryzować.
-Pójdę poszukać zdecydowała mama - smacznego córeczko - odezwała się do Kniei.
-Z głodu wszystko się zje ale powinnaś krócej podgrzewać bo wyszła pacia (Cudna lubiła pacię) - odpowiedziała "córeczka" a gdy mama i Cudna wyszły wzięła mikrołącze ojca i połączyła się z Wiatrognajem Dzikibawołem.
-Witaj - powiedziała - jestem Knieja Korala siostra Cudny. Mam problem, prawdopodobnie posłałam na śmieciowisko dzienniczek praktyk mojej siostry.
-A jak to się stało? - zapytał przyjaźnie Wiatrognaj.
-Był bałagan. Posprzątałam. - Wyjaśniła to tak lakonicznie, że Kniejo był pełen podziwu. -Czy można wykorzystać ostatnią kopię dzienniczka? Robiłam ją 10 dni temu.
-Oczywiście, niech Cudna uzupełni to czego brakuje i przyniesie mi do sprawdzenia i zatwierdzenia.
-Dobrze uzupełnię i zrobię nową kopię.
-Cudna ma uzupełnić. To nie twoja wina, że nie szanuje dzienniczka i ciska byle gdzie.
Tak ale z niej taka trąba, że umie tylko wyć i tupać nogami. W rzeczywistości jest upośledzona umysłowo.
-Knieja - wrzasnął oburzony Kniejo.
-No przecież i tak się tego długo ukrywać nie da. Rodzice robią wszystko co mogą aby to zataić i nawet mnie w to wciągneli. Odrabiam za Cudnę niektóre lekcje a inne mama a na praktyki ...
-Knieja! - Kniejo, wyrwał jej aparat i przeprosiwszy zakończył rozmowę.
-Co ty wyprawiasz? - Zapytał rozgniewany.
-To co już dawno powinnam była zrobić! Z jakiej racji mam pisać wypracowania za kogoś komu sie wydaje, że to mój obowiązek? Niech ktoś ją wreszcie uświadomi, że nie mój.
-Co nie twoje? - Spytała mama wchodząc.
-Nie mój obowiązek wiedzieć gdzie ta idiotka trzyma dzienniczek.
-Znalazł się w pojemniku na ganku ale taki brudny, że trzeba przepisać.
-To niech przepisuje!
-Nie zdąży.
-Nawet się na mnie nie patrz. Ja idę spać
-Coś mówiłam? Nikt nie zdąży. Dobranoc.



Miała łzy w oczach gdy nawet nie żegnając się z matką, która wolała ją tu podwieźć swoim autem uznając, że Cudna w takim stanie nie powinna prowadzić, wbiegła do ich szkolnego sektora oddzielonego od innych żywopłotem. Mieli spotkanie całej grupy zwykle bardzo wesołe dzięki zespołowi 499 młodszemu. Cudna była w aktualnie w najmłodszym zespole (502 starszym) a 499 młodszy był najstarszym ale uczniowie pośrednich twierdzili, że to zawsze odkąd pamiętają był najlepszy a zarazem najbardziej wyluzowany zespół Wiatrognaja. W dodatku zawsze można było liczyć na ich pomoc dlatego bez wahania zaraz od wejścia powiedziała, że się spóźniła bo zginął jej dzienniczek. Całe mieszkanie przekopała i nigdzie go nie ma.
-I jakie widzisz rozwiązanie? - Spytał Wiatrognaj a w sektorze panowała niewyobrażalna cisza.
-Nie wiem pewnie siostra mi schowała i się znajdzie.
-A jeśli nie?
-To nie wiem. - Płakać jej się chciało ale Wiatrognaj to ignorował.
-A ja prosiłem aby robić co jakiś czas kopie.Prawda?
Nie wiedziała co na to odpowiedzieć. Przecież nie mogła się nie przyznać,że nie prowadzi dzienniczka osobiście. Ba! Nawet nie chodzi na praktyki do biura ojca chyba, że wyczuwa kontrolę a dzienniczkiem zajmuje się mama. -Odtwórz dzienniczek i daj mi do zatwierdzenia - powiedział po chwili milczenia i nie wdając się w dalsze dyskusje zwrócił się do grupy - a teraz sprawa Lambrekina. Wolno komentować. Nasz kolega z zespołu 499 (pominął, że młodszego bo przecież starszy już skończył naukę) okazał się doskonałym ewidencjonerem i został sfilmowany do celów szkoleniowych przez tamtenlądzkie służby specjalne z Meduzy. Przy okazji przyniósł chwałę naszej szkole a ja mam potwierdzający to film bo mi go meduzjańskie służby przysłały w podziękowaniu za prawidłowe szkolenie uczniów. Jestem dumny i szczęśliwy.
-Ale co to za szkolenia?- spytała Woda z zespołu 500 starszego. Zrobiło się znów gwarno i wesoło jak zwykle tylko Cudna miała zepsuty humor a to był dopiero początek jej złej passy.


Wkrótce Cudna brała udział w eliminacjach do błędnyryskiego programu wizjofonicznego "Gniewni ale Konstruktywni" powstającego jako opozycja do programów "Szalona młodość" i "Rozumna młodość"
Długo czekały z mamą w kolejce i na pewno nie było nigdzie Kniei. Przecież by zauważyła to było nie do przeoczenia.
Tymczasem ledwo wylosowała płytkę z zadaniem do studio wbiegła postać tak zdumiewająca, że przewodniczący gestem powstrzymał ochroniarzy przed jej wyproszeniem zaś Cudna wydała okrzyk zgrozy. To była Knieja w stroju skompilowanym z najnowszych spodni Cudny jaskrawozielonych w żółte króliki, czerwonej bluzy ojca przewiązanej fioletowym szalem mamy i własnych podartych niebieskich sandałów do których wzrok przyciągały wizyjki mamy i Cudny na paznokciach dużych palców u nóg, jedna przedstawiała pulsującą gwiazdę, druga zielony płomień. Na dodatek wysoko zaczesane w kitkę włosy odsłaniały wielkie uszy.
Już od wejścia Knieja zawołała -Mamcia, mamcia wypatrzyłam u Lukardy dwie super piżamki! Ach jak ona pięknie to lepi, musisz mi kupić ale to koniecznie.
-Nim padła odpowiedź wyrwała Cudnie płytkę - ach tylko tyle? Majtki też mi kup bo już żadnych całych nie mam -rzuciła w stronę matki ku uciesze komisji. Cudna chwilę wcześniej chciała odebrać płytkę ale po tych słowach poczuła taki wstyd za siostrę, że nie była w stanie. Knieja pomachała w stronę kamery ręką - Hej! kochani - zawołała - doniesiono nam, że na placu Trzech Niedźwiedzi jeden odkamieniał i ożył. Mój kolega się ekscytuje, ja nie wierzę a wy sprawdźcie. Czekamy na informacje.
-Bierzemy tą - zdecydował przewodniczący a Cudna dostała napadu histerii. Krótkiego bo do przytomności przywiodły ją słowa Kniei, których nie chciała uronić.
-Nie zwracajcie na to uwagi to jej sposób na rządzenie domem. Rodzice się nie zgodzą na mój udział w programie bo nie chcą aby siostra odczuła, że jestem dużo inteligentniejsza, zaradna i elokwentna.
-Skromność też się przydaje - stwierdził jeden z członków komisji.
-No nie mam - odpowiedziała z rozbrajającym uśmiechem - już taki mój urok. Tak zresztą jak brak urody, który mama nazywa szpetotą a ludzie mądrzy powabem specyficznym.
=======

Knieja dostała wielką paczkę. Doręczyciel przychodził dwa razy bo za pierwszym jej nie zastał.
-Chyba rodzice mają prawo wiedzieć co ona dostała - wyraziła swą opinię Cudna. To jakaś tajemnica?
-Nie. Po prostu doszły nas słuchy, że ty jej wszystko kradniesz.
-Co takiego? - Oburzyła się Cudna - a niby co takiego ona ma, że mogłabym jej ukraść?
-Jeśli miała to już dawno to zrobiłaś a ta paczka ma trafić do jej rąk.
Cudna była oburzona a nawet rozsierdzona. Pojąć nie mogła jak siostra może być tak wredna.
Nie dość, że ją skompromitowała na eliminacjach, że zaszargała dzienniczek to jeszcze rozpowiadała o niej niestworzone rzeczy. Bo niby kiedy Cudna jej coś ukradła?
Kiedy zwierzyła się z doznanego upokorzenia mamie ku swemu zaskoczeniu usłyszała - no tak okazuje się, że Knieja jest pamiętliwa.
-A co ja jej ukradłam? -Wrzasnęła Cudna.
-Wszystko jej zabierałaś na przykład kredki od cioci Lampartyny.
-Byłam mała, zresztą dałam jej swoje.
-Widocznie nie była zadowolona.
W paczce był dom lalek, sporo małych figurek, jakieś dziwaczne przedmioty poowijane w szmaty i łyżworolki. Najfajniejsze, najpiękniejsze jakie można było wymarzyć.
-Zamieńmy się - powiedziała stanowczo Cudna - dam ci swoje.
-Z przepoconymi, zdeformowanymi buciorami?
-Przecież chciałaś.
-Ale już nie chcę.
-Maaaamooo! - wrzasnęła Cudna.
-Spróbuj jej dorzucić wizjofon - poradziła lekko Gwiazdy.
-A kupisz mi drugi?
-A po co? Przecież na starym masz swoje kontkty , notatki i rysunki. Jej kupię.
-Ale jaki?
-A co ciebie to obchodzi? -spytała mama.
-Bo mnie wcale - dorzuciła Knieja - nie ma rzeczy, którą mama mogłaby mi kupić a ty byś nie zabrała.
Niech ci lepiej kupi nowe łyżworolki bo moich nie dostaniesz. Jeszcze w protektoriacie zgłoszę, że mnie okradasz. Zaręczam, że nic mnie nie powstrzyma ani twoja mamusia, ani twój tatuś ani tym bardziej twój atak histerii. Będę stała i kibicowała. No już! Rzucaj się na ziemię fajtaj nóżkami i wyj!
Gwiazdy była zszokowana a Cudna nie dostała ataku histerii.
-Ale ja się tylko chcę zamienić- tłumaczyła.
-Idź do sklepu może się zamienią stare na nowe - jaśniej się tego ująć nie dało.



Złaziświat grzebał na składowisku starych maszyn w poszukiwaniu części do kuchenek pokładowych. Planował zawarcie małżeństwa i oboje z kandydatką gromadzili co mogli (każde u siebie) do swego wymarzonego gniazdka. Sonia chciała odkładać na wyposażenie kuchni ale on powiedział, że wiele mogą zrobić sami, dokupią to czego braknie. Ponieważ w pojazdach latająch bywały kuchnie, sporo rzeczy już wygrzebał. Tym razem zamiast maszynki znalazł zmywarkę i oglądał na ile mu się przyda. Chyba za dużo musiałby dokupić aby to coś działało ...
-Jak się ma narzędzia to wszystko się zrobi - powiedziała mu siostra Cudny Korala, która też tu szperała. Zdążył zapomnieć jej imię ale nie tę piegowatą buzię należącą do osóbki, która tak zgrabnie operowała sprzątadełkami. - ja w prezencie od kolegi z królewskiej rodziny dostałam co nieco - poinformowała - ostatnio przemycił mi nawet w pudle lalek formowaczkę do rurek. Będziesz potrzebował to wpadnij pod nieobecność mojej rodzinki, udostępnię ale nie reklamuj mnie bo nie prowadzę wypożyczalni, rodzinka absolutnie nie może wiedzieć. Zaraz im się wszystko przyda, taki pazerny naród.
Masz w Pukatanie znajomości na najwyższym szczeblu?
-Nooo. Poznałam nawet władcę dużego kraju. Jest stryjem mojego kolegi.
-Gdzieś ty miała okazję?
-Powiem ci ale w tajemnicy. Zasnęłam na łodzi tatusia, wypłynęłam na ocean, uratowali mnie Pukatańczycy. Rodzinka tego mojego kolegi i jego siostry Milarezy. Ona mnie tu przywiozła podobno fanatycznie trzyma się prawa. Nie znam jej na tyle aby mieć pewność ale w każdym razie chciała zgłosić mój powrót tylko, że Szosza nas wyśmiała bo nie było zgłoszenia o moim zaginięciu a jedynie o zaginięciu łodzi. Nie gap się jakbym ci tu fantastyczne baśnie opowiadała.
-Oczywiście, że ci wierzę - zapewnił gorliwie bo przypomniał sobie, że jego były belfer miał zwyczaj wierzyć swoim uczniom i wcale źle na tym nie wychodził. Inna rzecz, że gdy czyjeś kłamstwo się wydało wyrzucał delikwenta ze swojego zespołu za to, że wykorzystał jego "łatwowierność".
-E tam wierzysz.. - Machnęła ręką - zresztą wcale mi nie zależy. Chodź pokażę ci lepszą zmywarkę, kuchenka ją trochę zasłania dlatego nie znalazłeś.
Kuchenka i zmywarka okazały się całkiem dobre, więc je kupił i zabrał autem kolegi. Czekając na transport był świadkiem jakiegoś zagorzałego sporu między właścicielem szrotu a Knieją.
-Zarozumiała smarkula - powiedział mu później Filodendron - myśli, że wszystkie rozumy zjadła. A ja dobrze wiem, że Milander chętnie się zajmie odrestaurowaniem tych wraków. Dobry interes na tym zrobi. Pośpieszy się jak zobaczy, że wysprzedaję części.
-A kto to jest Milander?
-Najbogatszy człowiek na naszym kontynencie ... znaczy się w Pukatanie. A powiedz mi młody czy to prawda, że jak nie sprzedam tego placu za głupich 5 talarów to nie będę mógł zastosować przepisu o determinacji?
-Nie znam sprawy, ogólnie aby sędziowie uznali akt determinacji to musi być dowiedzione, że zdeterminowany nie miał innego wyjścia no i ta determinacja nie może być zaplanowana. A na czym ma polegać twoja?
-A nie ważne ale Milareza i tak ten plac kupi i to za moją cenę. Przecież nie zainteresowała się nim aby zrobić przyjemność Kniei.
W końcu Wiatrognaj przyjechał, razem władowali łup Złazka do auta a po drodze trochę pogadali i jeszcze się umówili na pieczenie bułek oczywiście jeżeli ich damy się zgodzą.
Nawet się nie spodziewali, że poplotkowawszy zdecyduję się na małą eskapadę.

 

 



Wciąż czuła gniew ale zarazem dziwny respekt wobec młodszej siostry. Ulotnił się gdy ta ta zajęła się domkiem lalek w obecności jej gości. Już kiedyś tak było, że bawiła się przy nich lalkami, lalkami Cudny. Zaraz następnego dnia Cudna założyła nowy zamek do ich pudła bo stary dało się otworzyć byle drucikiem.
Wtedy jednak przynajmniej bawiła się po cichu, po prostu je przebierała. Teraz urządziła sobie całą inscenizację i na głos opowiadała co się dzieje oraz mówiła w imieniu lalek.
-Już dawno powinnaś wyrosnąć z lalek -powiedziała Makaka.
-Ciem leśnićki z fitulką - kontynuowała tym razem dziecinnym głosikiem Knieja. - A z jaką konfiturką syneczu?
-Ziećkową - postacie poruszały się zdalnie sterowane przez Knieję. Cudna nigdy nie miała takich lalek ale przed przyjaciółmi musiała udawać, że to jej nie interesuje - przeszkadzasz nam - oświadczyła. Knieja ją zignorowała - Moja Remciu dosiądź latającego konia i leć na wichrową polankę narwać porzeczek. Usmażymy konfiturę porzeczkową w miedzianych rondlach. Teanso naszykuj rondle.
-Knieja naprawdę nam przeszkadzasz - oświadczyła surowym tonem Malwa - chcemy się uczyć.
-Wezmę ten koszyk - poruszyła się lalka nazwana Remcią- no to lecę.
- Nie leć konno - poradził Ścichapęk - nasza Kniejko piegowata, rozwiń uszy i polataj.
Roześmiały się. Cudna śmiała się sztucznie ale najgłośniej. Nagle lalka na latającym koniu zaatakowała Ścichapęka. Musiał się uchylić ale zaraz ruszyła nań znowu. Nikt, inny jej nie obchodził. Dziewczyny najpierw się śmiały potem zaczęły denerwować.
-To nie jest śmieszne - oświadczyła Makaka.
-Bo nie masz poczucia humoru. On tak zabawnie wrzeszczy i skacze.
-A chcesz, żebyśmy tę lalunię rozwalili jak muchę? - spytała Filigrana. To na szczęście poskutkowało.


-Dlaczego to zrobiłaś? - surowym tonem zapytał Ścichapęk.
-Co za mina? - zakpiła Knieja- błazen włożył strój mentora. Po prostu chciałam pokazać, że też potrafię zażartować.
-To miały być żarty?
-Nie. Zemsta za wszystkie twoje.
-Nie wiedziałem, że aż tak ci to przeszkadza.
-Wiedziałeś! Nie wiedziałeś tylko, że któregoś dnia cię za to zabiję bez wahania i litości. Wtedy też będziesz zdziwiony?
-Nie mów bzdur i to przy tylu świadkach bo gdyby faktycznie mnie ktoś zabił byłabyś pierwszą podejrzaną.
- Czyli znasz jeszcze innych co by to chętnie zrobili?
Obiecuję, że więcej z ciebie nie zażartuję skoro nie umiesz mieć do tego dystansu.
-Nakleję sobie na tej tablicy następne kółeczko. Jeśli chcesz to sobie policz ile razy już mi to obiecałeś.
-Ale tym razem to już na pewno.
Dokleiła na większym czerwonym kółku mniejsze czarne.
-Patrz - powiedziała tym razem na pewno jest dopiero czwarty raz. Na pewno będzie i piąty a ostatni raz zrobisz to gdy będzie ci groziła utrata tytułu protektoriusza, będziesz wył przepraszając a ja wtedy pokażę wszystkim jak szybko da się ścianę wytapetować twoimi obietnicami.
-Ona ma rację - powiedziała Malwa - to ohydne, że ją wyszydzasz w jej domu. Przez ciebie skończyła się jej przyjaźń z Gazelą. Po co to robisz? Bawi cię?
Przez chwilę było bardzo nieprzyjemnie. Nikt się nie śmiał, goście zaczęli się nawet zbierać do wyjścia.
Cudna jakoś ich uprosiła aby jeszcze zostali. Miało być krótko wyszło inaczej.
Nawet nie zauważyli jak szybko płynie czas w wesołym towarzystwie.
http://b3.pinger.pl/e83e6d02e39217a6834c546598478b4b/009.jpg
Głośno śmieli się z jakiegoś dowcipu Ścichapęka. Zapewne dlatego nie usłyszeli kroków i nagle do pokoju weszłą Sonata. Za nią Wiatrognaj i jeszcze dwoje protektoriuszy.
-Ouaj! - krzyknęła przerażona Sonata. Wszyscy podążyli oczyma tam gdzie patrzyła ona Spod poduch wystawała para nóg. Osobnik, którego Cudna na pewno już gdzieś widziała. bez namysłu doskoczył do Ścichapęka i poderwał go na równe nogi. - Ty bestio! - Wrzasnął pod wpływem silnych emocji.
Protektoriuszki poczęły zrzucać poduchy. Młódź stała jak wryta.
-Żyje - poinformowała ta starsza - głowa nie była przygnieciona.
-Ciociu ja jej nie zauważyłem - tłumaczył się Ścichapęk
- Nie wiedziałeś, że tu mieszka? z udanym zdziwieniem zapytał osobnik.
-Nie wiedziałem, że tu leży palancie - odpalił.
-Nie obchodziła cię - wyjaśnił "palant". Ścichapęk zrobił się czerwony.
-Czy ona ma oddzielny pokój? - Spytała ciocia Ścichapęka.
-Zatłukę ją - wrzasnęła Cudna - to ona was nasłała.
-Najpierw wirtuozko - zakpiła ciocia- udzielisz nam wyjaśnień.
-Może naszym kolegom - zaproponowała Sonata - my musimy się zająć ofiarą ich podłości. Cudna proszę podać czystą pościel i piżamę dla siostrzyczki
-A my przejdźmy do kuchni - zdecydował Wiatrognaj.
-Co to jest? - oburzyła się na Cudnę Sonata - daj jakieś całe rzeczy.
- Ona nie ma innych.
-Dlaczego?
-Nie zasługuje na to.
- Nie zasługuje - powtórzyła ze zgrozą ciocia.
-Ciociu ja o tym nie wiedziałem tłumaczył się Ścichapęk.
-Nie obchodziła cię- powtórzyła opinię osobnika - bywałeś tu częściej niż co drugą noc ale nie wiedziałeś. No to idźcie do tej kuchni. Poradzimy sobie.
http://b3.pinger.pl/e83e6d02e39217a6834c546598478b4b/009.jpg
W kuchni był bałagan.
-Knieja nie posprzątała - wyjaśniła Cudna, Malwa jęknęła. Osobnik bez słowa poustawiał brudne talerzyki w równym rządku, na talerzykach kubki i
opakowania po deserze.
Wiatrognaj policzył głośno te zestawy.A potem zwrócił sie do osobnika jakby informując - pięć. Młodzi poza jedną Cudną poczerwienieli.
-Pięć? - upewniał się osobnik a Wiatrognaj zwrócił się do Cudny z udatnie gapowatym zdziwieniem - Pięć? Dlaczego pięć?
-No bo nas jest pięcioro.
-Których was? W rodzinie jest was czworo a na imprezie łącznie z Knieją sześcioro. No więc jakie pięć?
Gdy milczeli zwrócił się do Makaki - a dlaczego to Knieja miała posprzątać?
-Ja wcale nie uważam, że to Knieja powinna posprzątać - odpowiedziała.
-A jak to wyrażałaś?
Milczała więc przedstawił ją osobnikowi - To Makaka Szarańczyna z grupy Zgodystrzeża. Ma bardzo dobrą opinię. Zgodek chwali ją za to jak dzielnie opiekuje się swoim rodzeństwem. Cudze jak widzisz jej nie wzrusza.
-Niemiła przypadłość - przyznał osobnik - właściwie to już wszystko wiemy. Pozostaje obudzić rodziców. -Mogłabyś to zrobić dziewczynko? - zwrócił się do Cudny..
-Trzeba było to zrobić zanim weszliście - odpowiedziała .
- Ty nie rozumiesz sytuacji Cudna - odrzekł - To się może skończyć nawet odebraniem was rodzicom.
-A przy okazji - tu Wiatrognaj zwrócił się do Ścichapęka - zapewnieniem temu
kwadratowi odpowiedzialniejszego nadzorcy. Nigdy więcej nie chciałbym się czuć tak podle jak wtedy gdy się dowiedziałem, że mój podopieczny roznosi ploty, wykpiwa słabszych i objada mieszkańców choć wyżywienie ma u mnie za darmo a na dodatek zarabia.
-Knieja tak mnie maluje - odgadł Ścichapęk - ale to oszczerstwa.
-A ile dołożyłeś do tej wyżerki?
-Byłem zaproszony.
-Jak często cię zapraszano?
-Ale co w tym złego? spytała Cudna.
-To, że zjadł porcję Kniei bo przecież ona nic nie dostała.
-Ona spała.
- Miło, że nie obudziliście jej aby zmyła naczynia- ironizował osobnik- pójdziesz wreszcie po rodziców?
-Dziś nie ma ich w domu.
-I często was tak zostawiają?- zainteresował się Wiatrognaj
- Gdzie są? Proszę kod waszego wizjononu i awatary rodziców - zażądał osobnik wyciągnąwszy swoje mikrołącze . Widać było, że nie odpuści. W końcu Cudna musiała powiedzieć że rodzice mają izolowaną sypialnię i gdyby nawet dom płonął nie da się zakłócić im spokoju.
Sporządzili protokół. Odczytali w obecności protektoriuszek. Kazali młodym potwierdzić odciskami palców i sami też potwierdzili. Od ręki przesłali za pośrednictwem domowego wizjofonu kopie na właściwe kopiarki. Oryginał zabrała Sonata a kopia oczywiście została wraz z powiadomieniem w wizjofonie .Zaproponowali dziewczętom rozwiezienie do domów. Nie potrafiły odmówić więc nawet nie musieli nalegać.

WIZYTA W GABINECIE ZASTĘPCY PRYNCYPAŁA SZKOŁY/ WIZYTA W PROTEKTORIACIE
Jakoś się dogadała z Czasołapem Chichotem. Zapewne dlatego, że przy wcześniejszej okazji
spostrzegła, że nie darzy on sympatią swego zastępcy Złaziświata Czupurnylisa.
Pominęła milczeniem fakt, że na pierwszym miejscu w protokole kontroli byli wymienieni Wiatrognaj Dzikibawół i Sonata Przylaszczka a także to, że
wymieniono tam też Śpiewnę Atrybutę z wydziału rodzinnego.Nazwała to po prostu kontrolą Złaziświata Czupurnylisa. Nie nadużywała tej nazwy i nic złego o Złaziświacie nie mówiła. Skupiła się na wyjaśnianiu jak niewinny charakter miało spotkanie młodzieży.
-Ja wiem, że to mogło źle wyglądać ale oni tylko się przygotowują do konkursu pilotów imigrantów.
Zresztą był z nimi nasz kwadratowy - tłumaczyła - kontroler miał oczywiście rację, że powinni się wcześniej rozejść, nie mam żalu o to, że zabraliście ją do internatu - wyważała kiedy należy użyć liczby mnogiej, kiedy pojedynczej i w jakiej osobie - ale czy musicie ją karać aż usunięciem ze szkoły?
-A kto powiedział, że już podjęliśmy jakąś decyzję?
-No nie wiem, takie odniosłam wrażenie pewnie mylne, przepraszam.
Gwiazdy nie mogła odnieść wrażenia nawet mylnego bo jej przy kontroli nie było.
Przeczytała protokół, zorientowała się czym grozi przewinienie Cudny i ani słowem nie wspomniała Czasołapowi o Kniei.
Później musiała jeszcze tylko dopilnować aby Cudna za wiele nie mówiła, dlatego mocno ją przy Czasołapie sztorcowała lękając się zarazem aby córka nie dostała ataku histerii ale nic takiego się nie stało.
Czemu mi tak "zatykałaś buzię" - spytała ją później Cudna - myślisz, że ja jakaś głupia jestem?
-Nie ale teraz bardzo uważaj. Ja wykorzystałam niesnaski wśród waszych opiekunów, żeby cię z tego wyplątać. Liczę na to, że Czasołap kiedy się się
ocknie i poczuje oszukany nie będzie się chciał przyznać do błędu i tak jak obiecał zostaniesz w szkole ale zapewne będzie szukał sposobu aby cię dopaść i relegować z innych przyczyn. Nie daj mu podstaw. Od jutra chodzisz na praktyki. Gwarantuję, że będą cię kontrolować i to bez uzgadniania ze sobą nawzajem więc kontroli możesz mieć nawet trzy jednego dnia. To nie jest drobiazg żeście notorycznie zakłócali sen Kniei a na koniec omal jej nie przygnietli.
-To nie ja i zresztą niechcący.
-Myślisz, że to by was usprawiedliwiło gdyby się udusiła? - Nagle Gwiazdy wpadł do głowy lepszy sposób potrząśnięcia córką - a gdyby to ciebie
przygnietli i zadusili myślisz, że ja i ojciec darowalibyśmy to sprawcom tylko dlatego, że zrobili to niechcący? Gdybyście na nią zważali to by do czegoś podobnego nie doszło.
-Ciekawe skąd ta kontrola tak nagle znalazła się w naszym domu? -Spytała bardzo sugestywnym tonem Cudna.Nie wydaje ci się to dziwne?
-Ty myśl o tym jak nie dopuścić aby coś podobnego jeszcze raz się wydarzyło.
Albo zrezygnujcie z konkursu albo uczcie się gdzie indziej.
-Jeżeli to Knieja ich na nas nasłała...
-To musisz się pilnować trzy razy bardziej bo masz szpiega w domu ale Kniei daj spokój. Dobrze ci radzę bo tylko ty za to zapłacisz. Uwierz mi Cudna, tylko ty.

Gwiazdy musiała się stawić w protektoriacie. Właściwie wezwano ich oboje czyli ją i Knieja w sprawie córki ale Kniejo poprosił aby poszła sama.
-Przecież wiesz, że w każdy pierwszyn jeżdżę oglądać posesje - powiedział. No więc poszła sama.
-A gdzie małżonek? - Spytała od razu Śpiewna Atrybuta.
-Sądziliśmy, że wystarczy jedno z nas - wyjaśniła, kpiący uśmieszek Śpiewny zbił ją z pantałyku. Protektoriuszka nie miała go już gdy odpowiadała suchym tonem - były dwa wezwania.
-Przepraszam, mąż nie miał czasu.
-Ale znalazłby go gdyby chodziło o łódeczkę?
-Nie rozumiem.
-Rozumiesz, rozumiesz.
-A jednak nie.
-Proszę oto kopia zgłoszenia zaginięcia łodzi.
-Pierwsze słyszę.Byłam w tym czasie na zlocie matek. Widocznie łódź się szybko znalazła i mąż zapomniał mi o niej wspomnieć.
-Zlot matek? Jakie to urocze. A wiesz o jakim detalu zapomniał wspomnieć małżonek w tym zgłoszeniu?
-Domyślam się, że to poważna sprawa - odpaliła już rozzłoszczona Gwiazdy. Czuła co to może być ale wolała nie zgadywać.
-O tym, że w tym samym czasie zaginęła wasza córka. Co za czarujące roztargnienie - pozwoliła sobie zakpić Śpiewna.
-Wypłynęła na ocean? - Gwiazdy robiło się słabo.
- Zasnęła w łodzi ojca i ktoś odpiął tę łódź od mocowacza. Nie przeciął zapięcia tylko odpiął - wyjaśniła protektoriuszka.
-Może nie była zapięta?
-Świadkowie twierdzą, że zawsze zapinałaś osobiście i po ostatniej wyprawie rodzinnej również.
-Może Knieja nie zasnęła tylko chciała popływać?
-O! Jednak wiesz o którą chodzi.
-Oczywiście, znam je. Cudna by sama tam nie poszła, co najwyżej pojechałaby autem ale wtedy auto by tam zostało i zwróciło czyjąś uwagę, prawda?
-Aha. Nie, nie chciała popływać, chciała się wyspać.Tak przynajmniej twierdzi na tym filmiku. Zobacz sobie. Na filmiku była Knieja, przekraczała waśnie furtkę ich domostwa a jej najwyraźniej nagrany później gos informował - oto
wracam do domu po pięciu dniach nieobecności. Rzecz jasna żadne fanfary mnie nie witają. Nikt nie zauważył mojej nieobecności. A może zauważył?
Ktoś przecież odpiął łódź kiedy tam spałam. Dlaczego spałam w łodzi? Bo moja siostrunia miała imprezę zorganizowaną pod pozorem nauki. Kochani rodzice mogliby wygospodarować dla mnie jakieś lokum, choćby przez zlikwidowanie holu na górze lub wnęki na dole. No ale dlaczegóżby Knieja miała się wysypiać? Nawet antresolkę w naszym pokoju zajmuje Cudna.
Dzięki temu nikt nie siada na jej materacu podczas nocnych imprez.
---
zapamiętała adres filmu bardzo chciała obejrzeć go w całości i zresztą obejrzała a nawet przekopiowała do zasobów wizjofonu i na swoje prywatne konto ale wpierw kupiła dodatkową kontrolkę rejsów, dokładnie zapoznała się z instrucją i poszła to założyć w łodzi ale łodzi nie było. Nic straconego. Jeszcze założy. Chciała wiedzieć dlaczego ponoć tak zajęty Kniejo zauważył właśnie w pierwszyn brak łodzi. A jeśli chciał nią gdzieś popłynąć to gdzie? Już nieraz miała wrażenie, że Kniejo nigdy nie ogląda posesji, którymi handluje. Stanowczo za mało o nich wie.

ROZPRAWKI
Milareza nie miała czasu wczuwać się w rozprawki pisane na egzamin do unaskiej szkoły platycznej. Zwyczajnie sięgnęła do swoich katalogów i napisała na ich podstawie. Nikt tego oprócz niej samej nie sprawdzał. Bo nie znalazła nikogo wolnego od zajęć, kto znałby zarówno tematykę jak i unaski. Zresztą nie zależało jej na wyniku, chciała tylko napisać tak jak należy i podejść do tego egzaminu, czy zda było kwestią drugorzędną. Oczywiście wolałaby zdać ale przecież wciąż jeszcze była uczennicą szkoły w Degeden i ta szkoła była dla niej ważniejsza. Wysłała prace przez milanderlącze sprzężone z unaską wizjofonią.
Przebywała wprawdzie akurat w Unasie ale nie było powodu aby zawoziła to osobiście. Za to osobiście zjawiła się w pracowni Gwiazdy Korala by zamówić piernaty i poduchy z prawdziwej tapuneckiej masy ubraniowej. Dostarczyła surowce i projekty, uzgodniły termin. Wychodząc usłyszała jak pracownica biorąca miarę plotkuje z klientką na temat szefowej i jej brzemiennej córki. Nawet specjalnie przysiadła chwilę na schodkach pod pozorem wyrzucania kamyka z pantofelka. Słyszała przez otwarte okno kpiące słowa - "a tacy byli z
niej dumni". To nią wstrząsnęło, nie chciałaby aby kiedykolwiek mówiono tak o niej. Pomyślała, że Cudna prawdopodobnie niczemu nie jest winna ale przecież złe języki jej nie oszczędzą.



Cudna nie zdążyła napisać dwóch rozprawek. Mama odmówiła pomocy
- Musisz sobie poradzić. Ja mam do rozpracowania siedem nowych projektów.
Jeszcze się zdnerwowała na Cudnę.
-Co ty w ogóle robisz całe dnie?
-Przecież komponuję!
-Trudno. Tego arla w popisie nie weźmiesz udziału i koniec dyskusji w tym temacie.
-A Knieja nie może za mnie napisać?
-Może ale jeśli napisze wylecisz z obu szkół.
-Akurat - pomyślała Cudna - nawet się o tym nie dowiesz.
Knieję okłamała twierdząc, że mama życzy sobie aby napisała. To zawsze działało.
-To ostatni raz - oświadczyła Knieja.
-I masz dodać fotografie tych swoich nowych lalek.
-A w życiu ....
-Radzę ci dodać.Wylosowany przez Cudnę a powierzony Kniei temat brzmiał - lalki kolekcjonerskie. Sama wzięła się za drugi temat - "zwierzęta z porcelany". Obie prace oddała w terminie "ostatecznym".
-Jak ci się udało? - Spytała mama.
-No jak widzisz.
-A przynajmniej przeczytałaś te prace?
-Słucham? Aaaa oczywiście. Sprawdziłam i zrobiłam korektę przed oddaniem. Całą noc nie spałam.
-Mam nadzieję, że przeczytałaś - burknęła mama - ale twój problem. Nie czas zreszta myśleć o karierze kiedy dziecko w drodze.
Tego dziecka mama jakoś nie umiała jej darować.
Gdy się zorientowała tak pokierowała sprawami, że jej przyjaciółki pod wodzą Ścichapęka pojechały do muzeum, Knieja za karę została w domu z poleceniem posprzątania a oni popłynęli na coszóstynową wycieczkę tylko we troje. Rodzice usiłowali dowiedzieć się kto jest ojcem, jak do tego doszło i co Cudna zamierza. Nic nie uzyskali po za tym, że Knieja przestała z nimi pływać, samokrytycznie twierdząc, że jej zachowanie nic się nie poprawia.
Rodzice nie byli z tego zadowoleni i nagle w kolejny szóstyn mama oświadczyła:
-Zmieniliśmy zdanie, to nie jest odpowiednia kara. Dostaniesz inną a teraz się szykuj jedziesz z nami. Knieja posłusznie wyszła i .... znikła. Po powrocie zastali ją w domu. Nie tylko posprzątała ale nawet przygotowała kolację. Mama spóbowała, skrzywiła się, powiedziała - nie jedzcie tego. Wywaliła potrawę do zlewek i sama przygotowała posiłek. W następny szóstyn Knieja też z nimi nie popłynęła na "ich"plażę. Czmychnęła zanim wstali a potem posprzątała jak zwykle. Cudna wcale by się nią nie przejmowała. Mamę jednak coś rozsadzało od środka. Miało się wrażenie, że jeszcze moment a eksploduje.

Na niecałe dwie szestnice przed coarlowym popisem w szkole plastycznej Cudna i Knieja dostały wezwanie do ogniska plastycznego w Błędnyrysie.
-Mam złe przeczucia - powiedziała Cudnie mama. -Dobrze ci radzę - ostrzegła - wykuj na pamięć te rozprawki zanim się stawisz na wezwanie. Nie mam sił i chęci cię dopilnować. To twoja sprawa.
-Dlaczego wezwano ciebie? - Spytała Knieję.
-Zgłosiłam, że teczkę obrazów płaskich przygotował za nią tata. Pewnie o tym chcą mówić - oznajmiła.
-Tylko trzy obrazy mi namalował - oburzyła się Cudna. Najchętniej wyszarpałaby teraz Kniei wszystie kłaki ale mama stała między nimi. Na szczęście uznała za słuszne skarcić Knieję.
-Widzę, że nie poczuwasz się do lojalności wobec rodziny więc i rodzina nie musi się wobec ciebie do niczego poczuwać. Nie dostaniesz dziś kolacji.
-Trudno, zresztą i tak fatalnie dobierasz składniki.
-Za to nauczysz się, że mściwość nie popłaca.
-Tak? To ciekawe. Dlaczego w takim razie wyrzuciłaś całkiem dobre jedzenie do zlewek?


Wezwano nie tylko Cudnę i Knieję. Było prawie 10 osób. Rozdano im arkusze z zadaniami. Jedna dziewczyna wyznała, że nie umie się posługiwać młoteczkami pisarskimi więc zaproszono ją do specjalnej kabiny aby nagrywała fonetycznie.
Cudna dostała dwa tematy do krótkiego opracowania- lalki mechaniczne firmy Chabero i porcelanowe chrząszcze. Na szczęście posiadała w różnym czasie trzy lalki firmy Chabero i z tej racji trochę się nimi interesowała zauważyła też
od razu po pierwszym czytaniu, że Knieja popełniła błąd w rozprawce. Niestety wytknęła go jej i kazała porawić.
Natomiast o chrząszczach wspomniała w tak niedawno osobiście napisanej rozprawce. Dała więc sobie z tymi zadaniami radę. Co spojrzała na Knieję widziała jak szybko uderzają jej młoteczki i chwytał ją gniew.
-Jakie tematy pisałaś? - Spytałą ją w drodze powrotnej.
-Łebki od pinesek jako przykład sztuki użytkowej.
-A drugi?
-Ty miałaś dwa?
-Ale jak to łebki?
-No widzisz, nawet pineska ma łebek a ty nie - odpowiedziała Knieja po czym nagle uciekła a
Cudna miała fobię nie pozwalającą jej samotnie przejść przez ulicę.



Co się tu wydarzyło?
-To zadane zdecydowanym tonem pytanie ocuciło ale nie uspokoiło Gwiazdy.
-Chyba widzisz! - krzyknęła gniewnie - nerwy mi puszczają. Nie wiem jakim cudem zdołałam wjechać na ten trawnik. Miałam ochotę rozwalić auto o najbliższy słup!
-Co się wydarzyło? -Powtórzył bardzo delikatnie, łagodnie. To pomogło jej się opanować.
-Moja córka wpada w panikę jeśli ma sama przejść przez ulicę. Szła razem z młodszą siostrą pieszo bo jej auto jest w naprawie. Pokłóciły się, siostra ją zostawiła ale wszystko byłoby w porządku bo zawiadomiła mnie przez mikrołącze a ja natychmiast wyjechałam trasą, którą powinna iść starsza aż do miejsca gdzie się rozstały. Gdy wsiadała myślałam, że już po wszystkim i wtedy zaczęła się drzeć.To był przeraźliwy świdrujący wrzask, pomyślałam - wjadę do najbliższej zatoczki i zaczekam aż się uspokoi ale ona wrzeszczała coraz bardziej i machała łapami bo uznała, że ignoruję jej problem. Tymczasem ja mam swoje, dużo poważniejsze. Złapała mnie za ramiona i wtedy równocześnie pomyślałam - rozwalę to auto - i wjechałam na trawnik. Resztę widziałeś. Na pewno mi nie uwierzysz ale ja ją bardzo kocham. tylko tego wrzasku nie mogłam znieść. Zresztą nie będę się tłumaczyć. Wiem, że muszę ponieść konsekwencje.
-Przede wszystkim musisz odpocząć - odrzekł. - i to nie jest uwaga rzucona mimochodem tylko zalecenie. Pomóc ci w zorganizowaniu odpoczynku? Wiem, że nie łatwo jest się opiekować osobą
upośledzoną.
-Nie jestem upośledzona! - wrzasnęła Cudna.
-Nie jest upośledzona - przyznała Gwiazdy - jest źle wychowana - to moja wina. Gdybym ją odpowiednio karała gdy jeszcze był czas nie wyszarpałabym jej dziś z auta by tłuc w dzikiej furii.
-Ja potrzebowałam pomocy a ty...... - zaczęła Cudna.
-Ja też - odpowiedziała Gwiazdy - ja też potrzebowałam pomocy i wystarczyło żebyś zamilkła to aż tak dużo?
==========================


Cudna zrobiła awanturę o to, że Knieja na pewno chce brać udział w popisach plastycznych a ona się nie zgadza.
-Ale dlaczego siostrzyczko? - zapytała podejrzanie grzecznie Knieja.
-Bo nie!
-Ale tak nie można. Zabroniłaś mi już chodzić do szapio...
-Akurat nie zabroniłam ale sobie nie życzę.
-To może chociaż pozwolisz mi chodzić do mechanikusa?
-Ja bym wolała abyś poszła na zarządzanie firmą - oświadczyła Gwiazdy.
-A niby dlaczego? - Oburzyła się Cudna.
-A chociaż do ubikacji może iść bez twojej zgody? Komuś kiedyś muszę przekazać moją firmę.
Nie tobie bo ją rozwalisz szybciej niż dokończymy formalności.
-Dlaczego ty mnie tak znienawidziłaś?
-Nie ciebie tylko siebie za to na co pozwoliłam ci wyrosnąć. Zamiast się zająć własną karierą ty się skupiasz na tym by przypadkiem Knieja jej nie zrobiła. Oczywiście, że pójdzie na te popisy a jeśli okaże się lepsza od ciebie to mam .....
-Ona lepsza ode mnie?
-No chyba tego się właśnie boisz skoro jej zabraniasz. Mam nadzieję, że potrafisz to przyjąć z klasą i cieszyć się powodzeniem siostry. Zresztą jeszcze nie wiadomo czy obie zostaniecie dopuszczone.
-A nie obchodzi cię dlaczego ona mi to zrobiła?
-Dość dyskusji w tym temacie.
Gwiazdy była pewna, że Knieja to w jakiś sposób nagrywa i że pasowałoby jej gdyby dostała zakaz udziału w pokazach bo jest zbyt inteligenta aby wierzyć, że osiągnie na tym polu sukces.
-Ale ja chętnie wytłumaczę - nie ustąpiła Knieja - Nie chciałaś pisać rozprawki o lalkach. Powiedziałaś, że ją sobie zamienisz więc napisałam ją dla siebie....
-co, co,co ...- Cudna tylko tyle zdołała z siebie wykrztusić.
- ...a kiedy później zażądałaś aby ją napisać za ciebie - kontynuowała Knieja - to ja nie miałam sił pisać drugi raz więc dałam ci kopię bo przecież ja nie wybrałam szkoły gwarnygrodzkiej tylko bukietróżańską. Sądziłam, że skoro to są różne szkoły....
-A dlaczego nie zwróciłaś się z tym do mnie? - Spytała ostro Gwiazdy.
-No bo przecież Cudna zażądała tej rozprawki w twoim imieniu.
-Mogłaś mi powiedzieć, że ty oddałaś tę rozprawkę - złościła się Cudna.
-A ty byś to zgłosiła w szkole, wylosowaliby nowy temat i ja musiałabym to w dwa dni i noce napisać a ja mam dopiero 9 arli 8 nonestrów i 8 dni ...
-Dopiero czy już? - Wtrącił się ojciec bo raz masz dopiero a raz już i ....
-To zależy od tego czy posyłacie mnie do piaskownicy czy za mąż - odpaliła bez namysłu Knieja - a niezależnie od tego czy już czy dopiero to mam prawo się wysypiać a nie pisać po nocach wypracowania starszej siostry.


 

 

http://b2.pinger.pl/6177da4d98dfe2a580a5e0d302d6261c/TYTUY.jpghttp://b3.pinger.pl/a45e8a1c992e2255c65adcf5ab43a873/009.jpg


Spotkali się przypadkiem w sklepie. Oboje oglądali przybory malarskie.
-Kupuję dla syna kuzyna - objaśnił.
-Jest w szkole plastycznej? - Ucieszyła się.
-Nie ale pobawić się przecież może. Na naradzie rodzinnej powiedziano mi, że najlepiej kupować w tym okresie bo ze względu na popisy w szkole plastycznej są największe dostawy.
-Macie narady rodzinne?
-Tak ten smyk okazał się dobrodziejstwem dla całej rodziny.Inaczej by się rozpadła a tak spotykamy się w sprawach jego wychowania i obkupywania. Chodzi o to aby nie stał się takim
cwaniakiem co do każdego wujka umie się przymilić i urządza im taki jakby konkurs, który z nich lepszy bo więcej może lub chce mu kupić. Rodzice sporządzają listę tego co mu potrzeba a my ustalamy kto co kupi.
-I dzieciak nawet nie wie co od kogo?
-Wie ale od nas tego rozmaitym dziecinnymi zabiegami nie wyciąga. To my decydujemy nie on.
A ty kupujesz dla córki?
-Tak , tej młodszej. Chyba chce wziąć udział w popisach.
-Chyba?
Opowiedziała mu jak to wygląda w jej rodzinie i dlaczego do tego doszło.
Kupił ten zestaw, który jej się podobał i który dokładnie obejrzała ale zrazu uznała za zbyt drogi.
Jednak za jego przykładem też się zdecydowała na ten model. Oczywiście znów posprawdzała wszystkie detale. Jej nowy znajomy miał na imię Czyniład umówili się na spotkanie w owocarni za dwa dni.
Za jego radą nie ukrywała przed Cudną zakupu. Dziewczyna mało ataku nie dostała.
-Najwyżej poronisz - powiedziała obojętnie Gwiazdy a Cudna się uspokoiła i tylko patrzyła na
nią jak na potwora.
-Wszystko robisz żebym poroniła - orzekła wreszcie.
-Nie. Po prostu mi nie zależy.Mam dość twojej histerii i samolubstwa.
-Ale ja nie mam takiego dobrego zestawu - dąsała sięw tym momencie do pokoju weszła Knieja.
-A ja mam z tej samej firmy tylko bogatszy - oświadczyła.
-Gdzie masz? - Krzyknęła Cudna a równocześnie Gwiazdy - Skąd masz?
-No jest ktoś gotów mnie sponsorować.
Gwiazdy się przeraziła ale nic więcej o tej sprawie od córki wyciągnąć nie umiała.
Czniład jej później obiecał, że się temu dyskretnie przyjrzy.


Poprosił aby usiadły, grzecznie wskazał poduszki, zapytał jaką przyprawę smakową dodać do wody ale Gwiazdy od początku czuła, że jest źle. Im on był grzeczniejszy tym silniej to czuła.
-Przejdę od razu do rzeczy -zwrócił się do Cudny - weźmiesz udział w popisach członków szkoły plastycznej. Twoja szkoła uważa, że jesteś tak zdolna, że należy ci dać taką szansę ale zamiast dwóch rozprawek będą oceniane twoje prace na sprawdzianie w ognisku plastycznym czy jakoś
tak ....
-Dlaczego?!
-Cudna ... Cudna ...Nie udawaj, że nie wiesz. W jednym wypadku był to zwykły plagiat w drugim bezczelnie skopiowałaś pracę swojej siostry.
-To bzdura przecież ja ten temat wylosowałam.
-Zgadza się a siostra dała jako dowolny niemniej to ona jest autorką. Wprawdzie twoja praca na
sprawdzianie była identyczna z fragmentem rozprawki ale posłuchaj co napisała twoja siostra.
Czasołap odczytał jedynie wprowadzenie ale to wystarczyło. Knieja napisała, że ponieważ w rozprawce opisała reprezentatywne jej zdaniem dla firmy modele /wymieniła je/ to tym razem zajmie się lalkami z małych serii. Będzie jednak wyjątek ponieważ jak jej to, niestety poniewczasie wytknęła kochana starsza siostra (tu Cudna zawyła) błędnie używała imienia Etiuda opisując Balladę, to tym razem opisze Etiudę właśnie.
-Ale dlaczego uważacie, że to ja skopiowałam Knieję - oburzyła się Cudna.
-Pisałyście sprawdzian obie a każdy człowiek nieco inaczej uderza młoteczkami. Rozprawkę napisała Knieja.
-Dyktowałam jej.
Czasołap uśmiechnął się jakby był na polowaniu i osaczał głupie lwiątko.
- Podyktowaś z błędem? Intrygujące. Brzydko wykorzystywać siostrę i to młodszą a dlaczego ona oddała rozprawkę o cały nonestr wcześniej niż ty?
- Bo ja chciałam jeszcze to przemyśleć.
-I przemyślałaś?
-Nie miałam czasu.
-A co musiałaś poleżeć na hamaku? - Kpił - no mów dalej. Chętnie posłucham - dodał widząc, że Cudna otwiera usta.
-No mamo! - Wrzasnęła - dlaczego ty nic nie mówisz?
Spojrzenie Czasołapa stało się jawnie szydercze.
-Podczas gdy twoja córka będzie histeryzować - zwrócił się do Gwiazdy - poczytaj sobie jedno z
jej wypracowań napisanych przez Knieję.
Żałuję, że dostałem je dopiero teraz bo nie udałoby ci się zrobić ze mnie cymbała.
Wyświetlił im fragment zaznaczony na kremowo.Gwiazdy natychmiast skopiowała to dla Knieja.
Cudna niewiele co przeczytawszy dostała ataku.
-No i co teraz Gwiazdy? - zapytał drwiąco a ona po prostu wcisnęła alarm. Wiedziała gdzie.
Wszedł Złaziświat.
-Wezwij służbę medyczną - poleciła mu ale on najpierw sam podszedł do Cudny.
Opanowała się gdy jej mierzył puls i żadna służba medyczna nie była już potrzebna
-Zaopiekuj się nią - zażądała stanowczym tonem - Ja idę do Argumentusa.
Idąc słyszała za sobą kroki ale się nie oglądała.Weszła do sekretariatu - pilne powiedziała i przeszła dalej.
-Zaczekamy tu - usłyszała nie mniej stanowczy głos Złaziświata.
Weszli tylko ona i Czasołap. Czasołap od razu zaczął przedstawiać sprawę ale mu przerwała - nie
przyszłam tu w sprawie Cudny - strzeliła słowem jak batem - przyszłam w sprawie nieetycznego
zachowania twojego zastępcy - poinformowała Argumentusa.


W domu Gwiazdy dokładnie przeczytała fragment wypracowania pisanego przez Knieję w imieniu Cudny:
"...A zatem czy szacunek to wartość zapomniana? Ależ oczywiście i nie ma w tym nic dziwnego bo ludzie nie zasługują na szacunek. W każdym razie niewielu. Osobiście znam tylko jedną taką osobę. To właśnie ja Cudna Korala. Jestem piękna, miła, utalentowana ale już na przykład moja siostra jest zupełnie inna. Obrzydliwy garkotłuk. Jest szpetna, od urodzenia niegrzeczna, pozbawiona jakichkolwiek talentów. Powinna się cieszyć, że ma przywilej usługiwać komuś tak wyjątkowemu jak ja ale ona tego nie docenia. Raz potrafiła nawet nie posprzątać gdy ja zaprosiłam gości"
Dalej następował plastyczny opis bałaganu ze wskazaniem, kto go zrobił n.p. "..no zupełnie tak jak zostało po mojej kąpieli" albo ..."rzeczy, które przymierzałam przed wyjściem wisiały na drzwiczkach od szafek, na drzewku w donicy, leżały na półkach i pulpitach ...." "...obok resztki śniadania, które w pośpiechu zjadłam.Ona po prostu wstydu nie ma, żeby tak to wszystko zostwić".
Niestety Cudna też wiedziała jak ją Knieja odmalowała. Doszło do strasznej awantury w kuchni.
Ponieważ Knieja sobie kpinkowała. Cudna wpadła w szał i cisnęła w nią talerzem. Gdyby Knieja się nie uchyliła byłaby jej roztrzaskała głowę. Zaraz potem się rozbeczała i uciekła.
-Musiałaś ją prowokować? - Wrzasnął Kniejo na Knieję.
-Oczywiście zawsze ja jestem winna.
-a uważasz, że ani krzty winy nie leży po twojej stronie? - Spytała Gwiazdy - jedz kolację a z nią pogadam później
Gwiazdy dobrze wiedziała dlaczego Knieja zrobiła się taka wroga ale na razie wolała o tym nie mówić. Ustalała co się takiego stało, że Kniejo zauważył zniknięcie łodzi a przeoczył zniknięcie córki. Gdyby nie to już by sobie z Cudną ostro pogadała. Dziewczyna myślała, że matka jest do niej zdystansowana z powodu oczekiwanego potomka a chodziło raczej o jej rolę w zaginęciu Kniei. Dlaczego ona nie tylko nie wszczęła alarmu ale wręcz tę nieobecność ukrywała?
Nazajutrz pojechała promem do Sztormowybrzegu tylko po to by pogadać o pogodzie z pewną kobietą, niejaką Ekspresją, na której rachunek Kniejo wysyłał spore kwoty co się jej właśnie udało ustalić. Podała się za handlarkę obwoźną. Proponowała rzeczy przydatne w gospodarstwie domowym. Zastała tylko dzieci. Tym lepiej, matka mogłaby się zorientować. Zapytała kiedy będą rodzice.
-Tatuś przyjeżdża tylko w pierszyn - poinformował jeden z chłopców - a mamusia przyjdzie niedługo bo pojechała z Niezłomną na zmianę opatrunku.
-O, to pewnie coś poważnego?
-Trochę tak, czyraka jej wycięli.
- A swoją drogą piękne ma imię. Niezłomna, piękne.
-A ja Witajnasza - poinformowła najmłodsza z gromadki.
(Takie samo imię nosi bratanica Knieja, córka jego bliźniaczego brata Witaja.)
-To imię jest urocze a ja jestem Galaktyka bo w noc gdy się rodziłam niebo było pełne gwiazd - powiedziała.
-A ja Kniejowit - zdradził najstarszy chłopiec - bo moja rodzina wywodzi się z Kniejowitaja.
Serce jej się ścisnęło ale wiedziała, że taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć więc zachowała zimną krew - masz już chyba 10 arli?
- Ponad 11 - tego się właśnie spodziewała, był starszy od Kniei. Jeszcze rozmawiała gdy nadeszła z córką matka tych dzieci.Ledwo spojrzały sobie w oczy Gwiazdy pojęła, że tamta ją poznała. Odmówiła zakupu czegokolwiek i zażądała aby więcej jej nie nachodzić.
-Przepraszam - odpowiedziała Gwiazdy - oczywiście za najście. Córeczce mam nadzieję rana już się goi?
-Nie chcę z tobą rozmawiać. Proszę wyjść.
-A zatem do zobaczenia - odpowiedziała Gwiazdy, zabrała swój wózek i odeszła. Prysnęła nadzieja, że tamta jest oszukaną bidulką, teraz była w jej oczach ordynarną dziwką.


Ta rozmowa nie była przeznaczona dla uszu Knieji, tak się jednak złożyło, że akurat była w ogrodzie a okno w kuchni było otwarte.
-Zapamiętaj sobie córeczko - powiedziała Gwiazdy do Cudki - jeżeli jeszcze raz podniesiesz rękę na Knieję to ci ją utnę.
-Gwiazdy czyś ty oszalała - oburzył się Kniejo - przecież sama widziałaś jak ją Knieja prowokowała.
-I powiedziałam Kniei co o tym myślę.
-Delikatnie powiedziałaś.
-Wystarcająco dobitnie aby taka bystra dziewczyna zrozumiała, ma to po mnie. A gdyby cię to interesowało Cudna nie po raz pierwszy usiłowała ją zabić.
-Nigdy nie usiłowałam! To był przypadek.
-Odpięcie łodzi to według ciebie przypadek?
-Przecież ja bym nigdy nie poszła nocą na przystań!
-A kto powiedział, że nocą? I jakoś nie zapytałaś jak to się wiąże z próbą zabójstwa. Po za tym jak wytłumaczysz fakt, że kłamałaś kiedy cię przez wizjofon pytałam o Knieję? No i dlaczego tamtej nocy zmieniłaś piżamę? Zbieg okoliczności? Była też w praniu cieplejsza bluza, nieźle ją uszargałaś, w pralce miałam pełno piasku i z mokrego piasku czyściłam twoje buty. więc nie mów mi, że nie było cię na nadbrzeżu.
-Włączyłam alarm.
-Tak wyliczony aby odezwał się kiedy już będzie za późno.
-Nieprawda. To jakby się uratowała gdyby się nie odezwał?
-Pukatańczycy ją przywieźli. Spędziła z nimi kilka dni bo im się nie śpieszyło.Na szczęście do nich ten alarm dotarł. Pięć dni w domu nie było Kniei i żadne z was się tym nie przejęło. Z materiału filmowego, który wrzuciła do sieci wynika, że tatuś wygłosił jej płomienne przemówienie na temat utrzymywania porządku i poczucia odpowiedzialności. Jak ty śmiałeś jej mówić o poczuciu odpowiedzialności? Jak człowiek, który zauważył zaginięcie łodzi a przeoczył zaginięcie córki śmie jej mówić takie rzeczy? Omal nie zwymiotowałam. Przecież to ty wykazałeś się skrajną nieodpowiedzialnością!
- A ty - zwróciła się znów do Cudny - moja słodka hipokrytko - wiesz już chyba dlaczego takiego szału dostałam kiedy udawałaś atak histerii w aucie? Nieźle trzeba mieć zafajdane w głowie, żeby tak denerwować kierowcę. Na wybrzeże jakoś mogłaś iść sama?To wszystko w tym temacie!
-Ale..
-Wszystko!


-Jakie oprawki do okularów preferował Mandor? - to było tylko jedno z dziwnych pytań jakimi Krokodylian Komandor chciał ją "utrącić" na egzaminie. Ciekawe skąd czerpał tyle nienawiści do jej nikłej osoby.
-Czy masz na myśli Jawita Czipergiza ....
-Nie - warknął ostro- mam na myśli Mandora Gzgę.
-Mandora Gzgę zamordowano w niemowlęctwie ponieważ ...
-Bzdura!
-Sądzę nie czas teraz na spory ustalmy proszę okres o jaki ci chodzi dostojny Krokodylianie z rodu Gzgów. Przypuszczam, że o schyłek ery Tapuneków. Na tym terenie nie nosiło się wówczas żadnych okularów a dodatkowo osoba zanana jako Mandor Gzga miała świetny wzrok. Pozwolę sobie zacytować wiersz współczesnego mu poety Zigzala: "Piwne oko przymrużył a zielonym cel zmierzył.
Któż jak Mandor swemu oku i ręce mógł bez wahań zawierzyć? "
A wracając do....
-Wystarczy - powiedziała przewodnicząca Komisji - ty już zdałaś.
-Nie zgadzam się. Znam ten temat, jestem nim zafascynowana, mam okazję i prawo omówić do końca. (ha ha trutu tu - taki dopisek ktoś umieścił w tekście innym kolorem)
Wybuchnęli śmiechem. Poczuła się urażona ale nadal mówiła grzecznie - to nie jest moja wina, że zechcieliście mój czas zająć na bagatelki.
-Milarezo - powiedziała przewodnicząca - miej trochę szacunku dla komisji - my nie potrzebujemy długich wykładów by ocenić twoją wiedzę i umiejętności.Dziękujemy ci.
Przed drzwiami czekała Knieja - co ci... -zaczęła pytać widząc łzy, które Milareza właśnie przestała wstrzymywać ale wychodzący za nią członek komisji polecił krótko - wejdź.
-Ale to była moja kolejka zauważył jeden z oczekujących.
-Przepraszam - odrzekł egzaminator, gestem wskazał Kniei wejście na salę i sam wszedł za nią.

Krokodylian nie miał złudzeń co do tego dlaczego Gościomrad wyszedł do oczekujących.
Wzajemnie za sobą nie przepadali i różnili się poglądami na wiele kwestii n.p :kim naprawdę był Mandor i czy nowy właściciel miał prawo gruntownie odmienić oblicze Kniejowitaja.
Nie zdziwił się, że wrócił za Knieją i był pewien, że już wysłał do kolegi z Gwarnygrodu listę pytań jakie tamtejsza komisja powinna zadać innym potomkom Krokodyliana.
Nim Knieja dostała zestaw opracowanych dla niej oraz wylosowanych przez nią pytań Gostek już poprosił aby powiedziała jakie oprawki do okularów
nosił Mandor. Jej twarz przez chwilę wyrażała tak wielkie zdumienie, że Krokodylian był pewien porażki jednak doszedłwszy do do siebie powiedziała Gostkowi coś dziwnego - popatrz mi głęboko w oczy...A teraz spróbuj odpowiedzieć na pytanie które ojciec prapradziadka mojego prapradziadka zadałby ci w analogicznej sytuacji: "a co to są okulary?
- A co wiesz o szkatułkach znalezionych w Abrisol? -Zmienił temat.
-Kompletnie nic (nie znaleziono tam żadnych szkatułek) ale chętnie się dowiem a w zamian zdradzę ci czyj pamiętnik odkryto w Kniejowitaju.
-A odkryto?
-Badasz grunt czy faktycznie nic o tym nie słyszałeś? Nadmienię, że to się stało przy okazji montowania windy na Niezłomną.
-Nie, nie słyszałem.
-Pamiętnik Fiwuki.
-Fiwuka nie umiała pisać - replikował bez namysłu Krokodylian.
-I co z tego? Jej wnuk Grdyl umiał a ona mu dyktowała. Mam kopię ale i tak ci nie pożyczę bo cię nie lubię.
-Jaki swój obraz uważasz za najlepszy i dlaczego? -Zapytała Jaśmina.
-To akurat taki, którego jestem współautorem. Dziadek Krokodylian namalował mdłą mazaję a ja kilkoma trafnymi przyłożeniami rączek nie umytych po obiedzie tak zgrabnie to dzieło poprawiłam, że zostało uhonorowane wieloma pozytywnymi recenzjami.
Dziadek mi nawet nie podziękował tylko utrzymał w mocy swoje obwieszczenie, że moi rodzice mają do niego nie przywozić tego wstrętnego bachora czyli mnie.
-Nie kłam. To ty się tak obraziłaś.... albo ...
Przejdź lepiej do swoich tematów - mówiąc to patrzył w twarz wnuczki i dostrzegł dziwny szczegół - miała oczy Mandora czyli jak słusznie wyliczyła ojca prapradziadka jej prapradziadka.
-Ależ ty nie miałaś takich oczu - zawołał - zauważyłbym.
-Jestem zakochana w Mandorze i na dowód noszę na jednym oku szkiełko z zieloną tęczówką a na drugim z piwną.
To znaczy... na egzaminy założyłam, żeby się wyróżniać i szokować. Mogę już odpowiadać?
-Tak - krótko odpowiedziała Jaśmina i dalej Knieja mogła mówić bez przeszkód.

Co ci odbiło?! - krzyczała Cudna - jak ja się teraz ludziom na oczy pokażę?
W twoim wieku to już się albo jest w Plejadzie albo się sztukami plastycznymi nie zajmuje. 212 miejsce! Nie, no świetnie, świetnie! Rewelacyjny wynik!
-Może na praktycznym poprawię -odpowiedziała ugodowo.
-Nie weźmiesz udziału w praktycznym! Nie pozwalam!
Weszła Knieja i słysząc to wybuchnęła gromkim śmiechem. Gwiazdy stała rozważając co ją rozśmieszyło a gdy śmiech umilkł powiedziała - gratuluję córeczko. Jestem z ciebie dumna.
-Ciekawe jak jej się to udało - dąsała się zazdrosna Cudna.
-Po prostu mam normalny poziom inteligencji - wyjaśniła Knieja - a mieszkam z osobą zdecydowanie poniżej przeciętnej, która z trudem i mozołem uczy się na głos.Jak więc mogłabym ja się tego nie nauczyć przy okazji?
-Tak? To ciekawe....
Gwiazdy nigdy nie dowiedziała się o co pytała Cudna bo zwróciła uszy ku Kniei, która w tym samym czasie powiedziała do niej- ja tobie też gratuluję. Nie rozumiem tylko kwestii rozprawek czyżbyś nie podjęła tej decyzji spontanicznie?
-Zaliczono mi te, które złożyłam przed przyjściem na świat Cudny, nie miałam potem siły i chęci brać udziału w popisie. A teraz skoro i tak kupiłam przybory....
-Czy ja was coś obchodzę? - zapytała Cudna.
-Tyle samo co my ciebie - odpowiedziała Knieja - dlaczego nie chcesz aby twoja mama
brała udział w popisie? To jest jej życie i ty się nie wtrącaj.
-A pasuje ci, że zajęła tak niską pozycję?
-Odpadali dopiero ci po pięćsetnej. Cały tłum.
-Ale ona jest za stara. Wszyscy będą mi wytykać .....
-TOBIE! No właśnie kto się dla ciebie liczy? TY, TY tylko TY. A odpyskować nie umiesz?
-Jasne! Ciebie nikt nie zna to się nie przejmujesz.
-Uważaj bo po sławie łatwo może przyjść niesława a ludzie łatwiej wybaczą komuś to, że jego matka kąpie się nago w fontannie niż to, że on ją kopie - odpowiedziała Gwiazdy.
-Coś w tym jest - przyznała Knieja- bo słyszałam jak jedna osoba mówiła, że nie powinnaś robić tego Cudnie i powiedziałam,że ja jestem z ciebie dumna bo podejmujesz wyzwania.
No tak sobie powiedziałam w obronie mojego a nie twojego honoru i wtedy wszyscy zaczęli mnie popierać i mówić, że ty masz prawo żyć jak chcesz a Cudna jest ohydna bo nie chciała się do ciebie przyznać i twierdzili, że oni by tak swoim matkom nie zrobili. No i zyskałam opinię dobrej córki.
-Ty dobrej córki?! - Wrzasnęła wzburzona Cudna.
-A co zła jestem? Sprzątam w domu, roznoszę gotowe ubrania do klientów.
-Jak ci się chce.
-W moim wieku ma prawo mi się czasem nie chcieć a ty nigdy nie roznosisz. A ja na dodatek tobą się opiekuję.
-Cooo?
-Gdybym ja nie istniała twoja mama musiałaby kupić niewolnicę i zapewnić jej to wszystko co się niewolnikowi należy a czego jakoś mnie zapewnić nie czuje się zobowiązana. Prawdopodobnie urodziła mnie tylko po to aby niższym kosztem zapewnić ci obsługę.
-Knieja! - Krzyknęła wzburzona Gwiazdy



Knieja chciała poprawić obraz ale nagle przypomniała sobie ostentacyjne zignorowaną radę matki.
"-Nie baw się w poprawianie swoich prac bo nie masz do tego talentu i spaprzesz dokumentnie, już to nieraz u ciebie widziałam, za to jesteś dobra w pisaniu więc lepiej wymyśl tytuł sugerujący że tak właśnie miało być."
Przyjrzała się dokładnie nieudolnemu wykonaniu obrazu płaskiego na podstawie przestrzennego przedstawiającego dziewczynę jedzącą śniadanie na trawie i dodała podtytuł -
" Niech chrząszcze gospodarze nie zastaną po tobie bałaganu." Zaraz potem wyszła i nie miała już czasu rozważać czy zrobiła dobrze czy źle bo jej mikrołącze zasygnalizowało, że Milaryk chce z nią rozmawiać. Pytał jak jej idzie. Fajny był z niego kolega. Dużo jej pomógł przy naprawie pełniącego rolę dawno nie odwiedzanej szopy autolotu a przede wszystkim dał odpowiednie narzędzia i choć to był smarkacz to pod jego dyktando dorobiła parę części. Od pewnego czasu nie miała przywilejów na wysypisku Filodendrona i już nie mogła ich sobie wyszperać za darmo. Zresztą inni szperacze też byli niechętnie widziani jako, że Filodendron wciąż był pewien, że Milander kupi jego plac.
Twierdził, że musi kupić bo potrzebuje więcej pływolotów więc je wyremontuje.
Udaje, że nie kupi aby zbić cenę. Filodendron był tego absolutnie pewien i już nie chciał aby Knieja zajmowała się tą sprawą. Cenę oczywiście zmienił gdy tylko usłyszał, że Milareza się o ten plac pytała.
Życzył sobie być współwłaścicielem i otrzymywać 50% zysków.
-Nawet gdyby prześwietny Milander w istocie wolał remontować powietrzne statki niż je budować -wyjaśniła jej w swoim czasie Milareza - to i tak nikt by nie chciał za wspólnika oszusta.
-Jakiego oszusta? - Zdziwiła się Knieja.
-A jaką cenę za plac szacowny Filodendron wystawił początkowo?
-200 podtalarów.
-Dla jakiego nabywcy była to cena? - Milareza patrzyła jej prosto w oczy i Knieja poczuła się niepewnie.
-Jaką cechę musiałby mieć człowiek, któryby to kupił? ......A dlaczego w ofercie nie ma ani słowa o zobowiązaniach ciążących na właścicielu?
-Bo by nie kupił - musiała przyznać.
-A dlaczego by nie kupił? -Pytanie było denne ale Knieja nie chciała zrazić do siebie Milarezy więc odpowiedziała.
-Noooo bo by musiał to posprzątać.
-To by posprzątał - odpowiedziała Milareza.
-Gdyby to było możliwe nikt by placu nie sprzedawał - ripostowała szybko Knieja.
-Czyli jaką cechę nabywcy chciałby wykorzystać Filodendron?
-Naiwność ale jego też ktoś tak zrobił.
-Tak liczył na łatwowierność, pewnie się ucieszył i bardzo mu ulżyło kiedy trafił się nabywca zdolny to posprzątać?
-No tak - przyznała Knieja.
-A co konkretnie go ucieszyło? - Drążyła temat Milareza i Knieja już nie wątpiła do czego zmierza.
-Chodzi ci o to, że bez skrupułów wykorzystałby każdego nabywcę?
-A ty Knieszko?
-Co ja?
-Zależy mi na tobie dlatego pytam a ponieważ jesteś bystra zostawię cię z tym pytaniem, od tego jak sobie na nie odpowiesz zależy twoja przyszłość.
Knieja bywała zła na Milarezę i jej mentorstwo ale tak niewielu ludziom na niej zależało, że w końcu wybaczała.



Cudna poza programem obowiązkowym brała udział w konkursie klawibarwistycznym.
Większość startujących już znała. Szczególnie zagrażali jej Tornado i Logika.
Logi stała w kręgu rodziny - O, Cudna - powiedziała nie siląc się na ściszenie głosu ciotka dziewczyny. (Cudna widziała się z nią na imprezie w klubie Badyla) - jak elegancko ubrana w długich spodniach - to była aluzja do jej imprezowej, kusej kreacji .
Cały klan Logi nie znosił Cudny odkąd słusznie nazwała koleżankę żabą na szczudłach.
- Jej oczy są już mniej wyłupiaste - powiedziała do mamy - ale nogi sięgają jej aż do głowy. Nie sądzisz, że przypomina pająka?
Logi zagrała owszem nieźle ale Cudna lepiej. Była tego pewna i poczuła się bardzo skrzywdzona gdy ogłoszono, że pierwsze miejsce zajęła Logika Gładka, drugie Cudna Korala.
Wybiegła z sali ale zdążyła jeszcze usłyszeć, że trzecie Poezja Poemata.
Niemal wpadła na stryja Witaja - to nie był sprawiedliwy wynik krzyknęła nie bacząc na to kto jej słucha - byłam lepsza! Na pewno byłam lepsza. Dali jej pierwsze miejsce bo jest córką Dzierżystera.
-Logika wygrała? Spytał dość obojętnie a Tornado?
Nie wiem. Trzecia była jakaś Poezja Poemata.
-A kto drugi?
-No przecież mówiłam, że ja.
-No to świetnie. W dodatku przed Tornadem. Gratuluję.
-Byłam od niej lepsza!
-W komisji nie było żadnych popleczników Dzierżystera.
-Byłam lepsza i już!
-Ty się ciesz, że punkty z konkursu poprawią ci wynik ogólny bo groziła ci nawet dyskwalifikacja.
-A to z jakiej racji?
-Co ci strzeliło do głowy aby pisać w rozprawce o chrząszczach? Nie musiałaś, chodziło o zwierzątka z porcelany.
-Lubię chrząszcze no i co?
-Miałaś ten fragment nieprzyzwoicie podobny do tego co napisała osoba, która wybrała sobie temat "Chrząszcze w Sztuce". Na szczęście ojciec tamtej osoby zapłacił niezależnym ekspertom za dokonanie dokładnej analizy i okazało się, że to jednak nie był plagiat. Jestem mu wdzięczny bo przez te chrząszcze miałem kłopoty ponieważ byłem recenzentem jej pracy a jestem twoim krewnym.
Cudny jakoś za bardzo to nie interesowało.


Gwiazdy była bardzo zadowolona zdobyła 875 punktów, plasowało ją to w pierwszej dwudziestce. Łatwo nie było, wzięła udział w grze na klawibarwie, skomponowała barwlodię, zaprojektowała strój. Daleko, daleko wyprzedziła ją i wszystkich innych osoba występująca pod pseudonimem Anemon. W sumie zdobyła 1260 punktów. Następny za nią miał 986 i Gwiazdy sama widziała jak skakał z radości bo to był wynik znakomity i jak poszarzał na twarzy gdy zobaczył ile punktów uzyskał Anemon.
-To jakieś oszustwo - powiedział do matki.
-Po prostu była znakomita - odpowiedziała mu egzaminatorka nieświadomie zdradzając płeć Anemona.
-Ale tyle się nie da natrzaskać. To jest nieprawdopodobne!
-Brała udział w 3 popisach dodatkowych. Za wszystko zdobywała maksymalną liczbę punktów i jeszcze po 10 extra za trudną technikę przy pięciu pracach i 10 za egzamin dodatkowy zarządzony przez komisję.
-Nie wierzę, nie wierzę.
- To zaskarż ale przegrasz - powiedziała i podeszła do Gwiazdy.
-Gratuluję odwagi, wyniku i córek -oświadczyła - A teraz co? Jakiś wspólny raucik?
-Pewnie tak - odpowiedziała Gwiazdy ale nie miała ochoty na żaden raucik z córkami.
Wolałaby aby Czyniład zaprosił ją do owocarni. On jednak też był zdania, że powinna spędzić ten wieczór z córkami. Cudna zdobyła 872 punkty. Na konkursie klawibarwistycznym dostała 100 za bardzo dobrą grę dodatkowe 100 za drugie miejsce i 60 za skomponowaną barwlodię a za popisy praktyczne punktów 480, Doszło jej jeszcze 72 punktów premii za poprzedni popis a Gwiazdy już tego nie miała. Tym bardziej czuła satysfakcję, że wyprzedziła Cudnę nie ważne, że tylko o 3 punkty ale jednak. Knieja otrzymała punktów 610.
Gwiazdy czuła, że to nie jest dobry pomysł ale jednak zaproponowała córkom wspólny
wypad do owocarni.
-Przejdźcie się - odpowiedziała Knieja a niemal równocześnie Cudna - z nią nie idę.
Gwiazdy wzruszyła ramionami, poszła do swojej sypialni i przestała się cieszyć no bo jak długo może trwać samotna radość?
Wyciągnęła pisma Kniei i po raz kolejny zaczęła czytać przeczuwała, że szybkimi krokami zbliża się czas gdy będzie na podstawie tych pism przepytywana przez śledczych.
============
FILODENDRON
Zagwizdał wizjofon ojca w górnym holu. Przeniesiono go tu z jego gabinetu. Nie było szans aby rodzice usłyszeli a wizjofon gwizdał, gwizdał i gwizdał. Nawet aby go wyłączyć musiałaby wstać.Odebrała a potem tego żałowała.
Wizjofonował straszny człowiek.Wyglądał na wariata.Włos miał zmierzwiony, w oczacH szaleństwo.
-A ty kto? - krzyknął
-Ja to ja -odpowiedziała bardzo trafnie - a ty?
-Z Kniejem Komandorem! -wrzasnął - natychmiast!
-Ojca nie ma w domu.
-To gdzie jest? -Zbluzgał ją, postraszył nawet, że zabije jeśli ojciec nie zjawi się natychmiast. Wyglądał na zdeterminowanego ale ona nie mogła spełnić jego życzenia.
-Zaczekaj - poprosiła i ze swego mikrołącza zawiadomiła protektoriat. Poradzono jej aby była grzeczna i rozmawiała długo a mikrołącze miała ukryte i włączone.
Wróciwszy powiedziała - no niestety nie mogę się z nim skontaktować ale może ja mogę w czymś pomóc?
-Wołaj Knieję - polecił.
-Knieję? A kto ją dobudzi.Nie ma szans. Powiedz przynajmniej o co chodzi.
-No jak to o co? Głupia jesteś? Przecież tłumaczę, że ojciec obiecał sprzedać ten plac.
-Skoro obiecał to sprzeda.
-No nie! Z tobą się nie da rozmawiać! Wołaj Knieję!
-To uważasz, że Knieja sprzeda ten plac?
-Coś wymyśli.
-Niby co?
-Ona nie zadaje takich głupich pytań. Wołaj ją.
Obudzenie Kniei to było zadanie nie lada.Dała jej kopniaka.
-Zostaw mnie ty wariatko! - krzyknęła siostra bo zawiadomię szapio.
-Jakiś wariat chce żeby ojciec sprzedał plac a jak nie ojciec to ty, rozumiesz coś z tego?
-Jeśli to Filodendron powiedz mu żeby mi tym głowy nie zawracał
-On twierdzi, że ty coś wymyślisz.
-Nie jestem od ratowania kretynów przed ich kretyństwem. Dobranoc.
-On grozi, że mnie zabije.
-Powiedziałam dobranoc.
Cudna wróciła na górę.
-Ty jesteś Filodendron ? - zapytała.
-Tak.
-Przykro mi ale powiedziała, że nie jest od ratowanie kretynów przed ich kretyństwem.
-Zatłukę gówniarę!
-Powodzenia - powiedziała i się rozłączyła ale za chwilę gwizdał znów.Odebrała -podaję ci kod wizjofonu do Kniei - powiedziała - notuj bo drugi raz nie powtórzę a ten wizjofon wyłączę. Jest noc człowieku.
Zanotował podany kod.Zbiegła na dół i ukryła się we wnęce pralniczej. Rozgwizdał się wizjofon w dolnym holu. Trochę potrwało ale wreszcie usłyszała plaskanie bosych stóp Kniei. Gdy siostra odbierała przemknęła się do ich wspólnego pokoju wdrapała na antresolę i poszła spać.
Rano spytała Knieję przy rodzicach - no i co z tym nocnym szaleńcem?
-Jakim znowu szaleńcem? Człowiek był zdenerwowany a nie szalony. Wystarczyło załatwić jego sprawę.
-Słucham?
-Trzeba było go najpierw uspokoić, potem wypytać i załatwić.
No ale mniejsza o to. Ja załatwiłam.
-O co chodzi? - spytała mama. Cudna ją zignorowała i zwróciła się do siostry
- Najpierw powiedziałaś, że nie jesteś od ratowania kretynów.
-Bo byłam śpiąca a on wpadł w kłopoty bo się nie trzymał moich zaleceń.
-Czyli znałaś sprawę?
-A ty mogłaś rozpoznać.
-O co chodzi? - Ponowiła pytanie mama.
- W środku nocy zawizjofonował jakiś szaleniec - zaczęła Cudna.
-Nie szaleniec tylko człowiek zdenerwowany - poprawiła Knieja.
-Zdenerwowany człowiek z szaleństwem w oczach - podjęła zirytowana Cudna - zażądał rozmowy z tatą bo tata obiecał sprzedać jakiś plac ....
-Filodendron - poderwał się ojciec - i co zrobiłaś?- spytał Knieję.
-Znalazłam klienta.
-Kogo?
-Zaprzyjaźnioną osobę. Zgodziła się kupić za 100 podtalarów. Zrezygnowałam z procentu za pośrednictwo.
-Jakim prawem podejmujesz decyzje w moim imieniu?
-Jakim twoim? Przecież to ja pośredniczyłam a nie ty.
-Miałem klienta, który w końcu zapłaciłby dużo więcej!
-Kiedy? Dziś o świcie minął termin.
-I co z tego? Klientowi zależało więc by przedłużył.
-Nie, nie zależało i nie układaj bajek. Klient nie potrzebuje rupieci. Plac się przyda ale trzeba go najpierw posprzątać. Zostało na to 14 dni. Nikt nie zamierza płacić grzywny.
-Sprzedałaś plac Milarezie?
-Dziś już by go nie kupiła.
-Nie mieszaj się do moich spraw!
-To już nie były twoje sprawy. Przespałeś je.
Ojciec chwycił ciężką tacę walnął nią o ścianę i wybiegł.

 

 
23



UCHODŹCY






Byłem wtedy operatorem milandryjskiego chwytakowców i napełniało mnie to młodzieńczą dumą.
Przenosiłem nawet ogromne wraki, tam gdzie inne nasze maszyny wypruwały z nich aparaturę a potem ją cięły i mieliły na proszek ku rozpaczy Filodenderona od którego imienia plac wziął nazwę. Milarezy nie było już w Unasie.
Ponieważ jednak stała się właścicielką placu informowano ją o istotnych tyczących go wydarzeniach.
Bardzo istotne było to, że w jednym z wraków znaleziono zadomowionego tam włóczęgę. Był poważnie odwodniony , prawdopodobnie od paru dni nie miał sił by się wyczołgać i znaleźć jakąś żywność.
Kazała go umieścić w placówce medycznej na swój koszt a wrak po oczyszczeniu ustawić od strony miasta odgradzając przy nim podwórko dla tego włóczęgi.Zaprojektowano wydzielenie ściankami działowymi oraz urządzenie mieszkanka i sklepiku, do którego potem zamierzano wstawić nieodpłatnie towar w postaci owoców z różnych stron świata. Oczywiście to byłaby pomoc jednorazowa. Dalej mężczyzna miał radzić sobie sam.
Niegdyś był sprzedawcą.
Gdy wieść o pomocy uzyskanej przez włóczęgę rozeszła się po okolicy, inny już wypatroszony z aparatury i oczyszczony wrak zasiedliła pewna rodzina twierdząc, że była tu zawsze.
Milareza nakazała przeprowadzić co do niej wywiad a potem wynająć jej za niewielką odpłatnością mieszkanko wydzielone w większym pływolocie od strony portu. Strasznie pyskowali, usiłując zastraszyć ekipę więc nadzorca robót sam zdecydował, że niczego im nie wynajmiemy i już. Nie znosił cwaniaków i oszustów, przyznała mu potem rację. Na próżno później ojciec rodziny prosił o to mieszkanie.
Nawiasem mówiąc to nie byli bezdomni, chcieli tylko poprawić sobie warunki mieszkaniowe i to bezpłatnie.
Bezpłatnie dostała to mieszkanie biedna pukatańska rodzina ze slamsów, błagająca o pomoc. Rodzina miała też dostawać sukcesywnie wszystko co do urządzenia mieszkania było potrzebne. Nigdy go jednak nie urządziła do końca a włóczęga też nie zdążył tam zamieszkać bo nagle wszystko się zmieniło.
Szczerze mówiąc nasza ekipa to ignorowała pracując dalej nad wykończeniem prac lecz komisja z protektoriatu zjawiła się tego samego dnia gdy wybuchły zamieszki tylko wcześniej, z rana jakby w nadziei, że dzięki jej punktualności ludzie Milandera nie zdążą posprzątać. Zdążyliśmy, protokół był pomyślny bo inny być nie mógł. Dostaliśmy jedynie zalecenie odświeżenia elewacji do


Leciałam z córką i jej przyjaciółmi do Orbortportu na konkurs gdy nagle zaterkotało mikrołącze. To Perfekcja przewodnicząca klubu matek domagała się abym przyjechała do portu
i wraz z innymi matkami zaprotestowała przeciwko rozłączaniu rodzin.
-Ale wyspałaś się dzisiaj?- spytałm ironicznie.
-Trzeba było być na zebraniu to byś wiedziała co się stało. Podczas ewakuacji pasażerów z porannego lotu dzielono ludzi na kategorie:
1.płodni, potencjalnie płodni, pracujący,
2.pozostali zdrowi i sprawni do 40 arla życia.
3.sprawni powyżej 40 arla
4.inwalidzi, starcy, przewlekle chorzy.
Taką instrukcję mają! Nic ich nie wzruszało, że
małe dzieci oddzielają od babć i siebie nawzajem.-
No i wszystko było jasne. Matka Perfekcji miała w tych dniach lecieć z prawnuczętami (a wnuczętami Perfekcji) do lądowiska w Szumzbóżu. Jeden wnuczek nadawał się do grupy pierwszej a drugi i wnuczka do drugiej. Prababcia chyba do trzeciej a może do czwartej.
-Dołącz do nas - zażądała Perfekcja nie dawszy mi dojść do słowa i rozłączyła się.
Na próżno próbowałam się później do niej dogwizdać. Perfekcja nie odbierała.
W końcu wzruszyłam ramionami. Ostatecznie nie mój problem.Miałam swoje, musiałam wspierać młodych poza tym chciałam wreszcie odwiedzić ojca.
Odwiedzić a nie spotkać przypadkiem, niestety zobaczyliśmy się w rejestracji. Też brał udział w tym konkursie razem z Energikiem i jego nie akceptowaną w swoim czasie żoną Azalią. Tych troje poznałam a oni mnie? Nie dali tego po sobie poznać. Domyśliłam się, że dziewczyna niewiele starsza od Cudny to dotąd nie poznana siostra moja i Energika Iskry, dziewczynka młodsza od Kniei jest zapewne córką Energika, Kobietę w średnim wieku i młodego mężczyznę uznałam za krewnych Azalii.
Na pewno słyszeli jak grupa Ścichapęka się rejestruje a ja zabiegam o dobrą kwaterę ale nie reagowali. może co najwyżej ojciec spojrzał na Cudnę i to wszystko.
Zakwaterowaliśmy się w zlepku segmentów z fabryki domów,wycofanych z użytku pojazdów, kontenerów mieszkalnych i spajających to przybudówek. Trafiło nam się mieszkanko z fabryki domów. Dwa pokoiki i sanitariaty. Szybko zdecydowaliśmy, że na czas pracy pokój Ścichapęka będzie się zmieniał w bagażownię zaś nasz w biuro. Miałam zamiar wywiedzieć się jak inni, bardziej doświadczeni chcą zorganizować sobie pracę. Wyszłam na rekonesans ale wszyscy mówili tylko o tym, że klub matek zablokował biuro zarządu portu w Błędnyrysie więc chwilowo zamknięto ten port .Na wszelki wypadek zagwizdałam do Kniei. Nie odbierała. Nie odbierał też Kniejo, zdenerwowana zagwizdałam do Czyniłada.
========
Długo czekałam na jego odpowiedź, w końcu nagrał mi się w środku nocy. Jego wypowiedź zaniepokoiła mnie jeszcze bardziej.
-Gwiazdylko - mówił zmęczonym a mimo to ujmującym głosem - mamy tu dużo pracy ale nie mógłbym zostawić ciebie bez pomocy. Kiedy się na twą prośbę interesowałem Knieszką ustaliłem dużo więcej niż miałbym ci prawo przekazać. Wiesz o tym. Trafiłem na informację o kimś, kto nie jest zaangażowny w Błędnyrysie, dysponuje dostatecznymi środkami, zależy mu na Kniesi, zrobi wszystko aby ją znaleźć a dzięki temu, że wcześniej ją wspierał mam kod wizjofonu. Udało mi się skontaktować. Jeżeli jeszcze czegoś się dowiem to cię zawiadomie. Śpij dobrze. Zazdroszczę twemu mężowi, że wolno mu czulej do ciebie przemawiać.
Nie powiedział tego wprost ale było jasne, że Knieja zaginęła a w Błędnyrysie naprawdę źle się dzieje. Denerwowałam się ale nic nie mogłam zrobić, co najwyżej zająć się czymś co oderwie moją uwagę.

=============
Biuro Ścichapęka miało na swą działalność trzy dni .
Pierwszy okazał się totalną porażką. Mimo znakomicie (zdawałoby się) opracowanej propagandy (kosztowało) nikt się do ich biura nie zgłosił. Na próżno wyczekiwałam przed nim, na próżno powieszono ogromne plakaty i nadawano o biurze informacje przez portowe telebimy. Niepotrzebnie rankiem śpiesznie przemienialiśmy sypialnię w biuro, żaden klient nawet nosa tu nie wściubił. Poszłam odwiedzić biuro Małymisia.
Siedział tam sobie wygodnie rozparty na poduszkach Jaskier i popijał sok przez słomkę.
Na mój widok zgrabnie się zerwał, pstryknął powitalnie palcami i zapytał - w czym mogę pomóc?
-A gdzie reszta? -zapytałam.
-Poszli pograć w szmacianą kulę - wyjaśnił - to taka nowa gra ...
Czułam, że kłamie. -To ja też pogram - oznajmiłam wychodząc.Intuicja zawiodła mnie tam gdzie właśnie przypłynął statek.
Małymiś ze swoimi ludźmi nie czekał aż ktoś do nich przyjdzie. To oni poszli do ludzi. Byli ubrani jednakowo w długie spodnie i długie bluzy z małymi dekoltami, przewiązane w pasie. Każdy niósł pod pachą kartonową teczkę i jak po dłuższym czasie stwierdziłam mieli wielkie odkryte auta, którymi przewozili ludzi oraz ich bagaże do właściwych biur pomagając załatwić wszelkie formalności a potem do kwater.
Porozumiewali się z przybyszami za pomocą zestawu rysunków.
Wszelkie prawa zastrzeżone - powiedział półgłosem zza moich pleców Małymiś Murmurando gdy byliśmy w biurze ewidencji.
Wróciłam załamana.Nie mniej załamani byli młodzi i tym nieudanym dniem i moją opowieścią.
-A ja mówiłam, mówiłam, żeby dokooptować Knieję - przypomniała Makaka - ona się na tym zna.
-Tak byłoby lepiej - powiedziałam nie wyjawiając, że nie to samo co Makaka mam na myśli.
Następne dni nie były lepsze. Wyszliśmy wprawdzie do ludzi ale akurat nie przypłynął żaden statek. A jeżeli już ktoś szukał pomocy to wchodził po schodkach do małymisiowego auta, gdzie sam szef siedział po tamtenlądzku na wysokim siedzisku za pulpitem wspartym na dwóch szafkach i rozmawiał z klientami siedzacymi podobnie jak on wysoko, z nogami opuszczonymi pionowo w dół ale zwykle ze stopami opartymi nie jak małymsiowe o podłogę lecz rodzaj schodka, to dlatego, że Małymiś był wyjątkowo wysoki.
Korzystał w pracy z pomocy niewidzialnego tłumacza i zlecał pracownikom zadania przez coś w rodzaju wizjofonu.
==========

Knieję odnalazłam niemal natychmiast, wystarczyło sprawdzić co zarejestrowała jej kamera. Wiedziałam, że Knieja zdążyła wziąć udział w konkursie pilotów imigrantów. Wiedziałam, że na koniec przekazała sprawy do dalszego załatwienia konkursowej filii Biniusu. Dodałam do tego dwa tempry i włączyłam film w odpowiednim miejscu. Ujrzałam Knieję w niezbyt wytwornym wnętrzu małago autolotu
z małym dzieckiem. W głowę zachodziłam kim jest to maleństwo.
Błyskawicznie obliczyłam kiedy znajdzie się w Błędnyrysie i przesuwając film najpierw skokowo potem precyzyjniej wreszcie ją ujrzałam, zakrwawioną w opuszczonej przez bezdomnych niszy. Pierwszej pomocy udzieliły automedy sterowane przez Rezerykę. W błędnyryskiej placówce medycznej wydano zgodę na przewiezienie Kniei do innej a równocześnie zgłoszono, że placówka potrzebuje daleko idącej pomocy a najlepiej ewakuacji choćby części chorych.
- Mogę się tego podjąć jeśli będę miała zgodę waszych władz i mojego prześwietnego ojca - odpowiedziałam.
http://b2.pinger.pl/80059eaa9c03847351bb0ec051a14dbf/TYTUY.jpg
(Zamieszczone przez Gwiazdy w kąciku wizjofonicznym i wzbogacone filmami).
________________
Do Błędnyrysu wciąż nie można było wrócić a minął czas na jaki brygada Ścichapęka dostała kwaterę.
Ścichapęka wezwano do zarządu konkursowego zaś ja wraz z dziewczętami odnalazłyśmy biuro zakwaterowań. Przyjęła nas kobieta należąca do zespołu ojca.
-Gwiazdy Korala ..... - powiedziała i popatrzyła na mnie z namysłem - Jest was pięć?
-Plus mężczyzna, ale ...
-Tak wiem. Dostał przydział do służby ochrony Błędnyrysian... Sprawdzam ...... Malwa Różyca?
Ty jesteś zaproszona do zespołu Małymisia Murmurando i w związku z tym przydzielimy ci miejsce w Agamie.
Makaka Szarańczyna i Cudna Korala ....... Drobna jesteś Cudna .....ale to na pewno zostanie uwzględnione przy przydziale prac......
-Ale ja się spodziewam dziecka! - Dziewczyny aż podskoczyły.
-A to by zmieniało postać rzeczy. Makaka Szrańczyna jesteś skierowana do służb sterowania ruchem ulicznym, który ostatnio ....
-To mogę! - zawołała Cudna.
-Nie. Nie możesz - stanowczym tonem - odpowiedziała urzędniczka.
-To twój przydział kwatery - zwróciła się do Makaki podając jej arkusik.
-A wy trzy możecie zamieszkać w starym domu mojego męża. Do wykorzystania są dwa pokoje ......
-Nie! - Stanowczo sprzeciwiła się Filigrana - mieszkałam z tą bałaganiarą - wskazała na Cudnę - trzy dni i już wiem co przez całe życie czuła jej siostra. Proszę o przydział oddzielnej kwatery.
-Dobrze dołączysz do kolonii młodzieżowej w Agamie.
- A wy - zwróciła się do mnie - zamieszkacie w kontenerze na nowo organizowanym osiedlu Legwania.
Osiedlamy tam kobiety brzemienne wraz z rodzinami.
Byłam pewna pewna, że urzędniczka zmieniła decyzję o zakwaterowaniu pod wpływem informacji o bałaganiarstwie Cudny.
-No dziękuję ci koleżanko - powiedziała do Filigrany Cudna gdy wyszły - ładną opinię mi wyrabiasz.
-No i dobra. Za służącą twoją robić nie myślę. A kto jest tatusiem?
-Nie twoja sprawa
===========================

Legwania była właściwie osiedlem pukatańskim ale na skraju zakwaterowano unaską parę małżeńską oraz mnie i Cudnę.
Tamci dwoje szybko się przystosowali i nakłaniali nas do wspólnych gier.
Ja byłam chętna lecz Cudna marudziła więc się do nas zrazili. Zwłaszcza od momentu gdy Cudna dostała histerii.
Doszło do tego ponieważ skradziono nam samochód z rzeczami a Cudna nie miała ochoty nosić tych, które dostarczono z pomocy rządowej.
Faktycznie fason był niewyszukany jednak większość uchodźców tak się tu teraz ubierała więc dało się wytrzymać.
Cudna jednak uważała, że to poniżej jej godności.
-Przecież ta dziewczyna co przewiozła rodziny i mienie władz błędnyrysu to jakaś koleżanka Kniei -twierdziła i żądała przeszkadzając w grze - idź do niej i poproś żeby nam przywiozła rzeczy, twoją pracownię, mój klawibarw, wizjofon i auto.
No to przecież paranoja, żeby córka lepiarki chodziła w czymś takim- tu szarpnęła przydużą bluzę.
-Nie poproszę aby ktoś narażał życie dla twoich majtek - odpowiedziałam zupełnie tak jakbym była Knieją.
-No mamo! - Krzyknęła wzburzona Cudna a gdy ją ignorowałam usiłując się skupić na grze, dostała histerii i to był ostatni raz kiedy Imbir Imbryk oraz Cekina Sekwoja chcieli z nami zagrać
Awantury powtarzały się często a w końcu zgłosiła sama zgłosiła się do mnie Milareza - twoja córka, dostojna Gwiazdy Korala, prosiła mnie w twoim imieniu o przywiezienie waszych rzeczy z Błędnyrysu, to byłoby możliwe, wkrótce i tak tam na prośbę protektoriatu polecę ale nie mogę wejść do cudzego domu pod nieobecność gospodarzy, byłoby to z mojej strony lekkomyślne.
-Polecę z tobą- szybko zadeklarowałam się.
Poleciałam a oprócz mnie przedstawiciele protektoriatu. Całą drogę wypytywali ją o Knieję a w domu wszystko najpierw obfotografowali. Zabezpieczyli to co uznali za materiał dowodowy w tym wizjofony i zegar.
Zegar dlatego, że gdy jeden z urzędników powiedział, że się lekko śpieszy odpowiedziałam - nigdybym do tego nie dopuściła a stwierdziwszy, że mają rację oceniłam - ktoś w nim grzebał.
Oczywiście zinwentaryzowali to co zabierali i kazali mi pokwitować.
Milareza załadowała z pomocą sterowanych maszyn
najważniejsze rzeczy z wposażenia domu i całe wyposażenie lepiarni.
Były tam też piernaty i poduszki w zaprojektowanym przez Milarezę wzorze.
-To twoje zamówienie - powiedziałam.
-Nie, moje miało być z tapuneckiej masy, dostarczyłam nawet składniki - odpowiedziała i zmieniła temat - będziesz potrzebowała nowego lokum.
-Tak, już prosiłam biuro zakwaterowań powiedzieli, że pomyślą o tym gdy już sprowadzę pracownię wyjaśniłam.
-Niestety nie ma na to miejsca w Legwanii ale mogłybyście się przenieść do osiedla Rubież, Jestem przygotowana aby dostawić tam kontener na pracownię.
-To byłoby wspaniale, mogłabym tam wygospodarować jakiś kąt dla mnie a córka lepiej aby zostałą w Legwanii ma tam lepszą opiekę ze strony domu narodzin a po za tym lepiej jej pomogę gdy nie będzie mnie wdeptywać w ziemię. I mam jeszcze młodszą, którą muszę się zająć gdy już opuści placówkę medyczną.
-Byłoby trudno w kącie pracowni leciutko uśmiechnęła Milareza.
Zabierała też kolejne osoby ewakuowane z Błędnyrysu w tym protestujące matki.
Przestraszyłam czy czasem nie zamieszkają na tym samym osiedlu co ja, na szczęście to nie wchodziło w grę.



Dokooptowałem najlepiej radzących sobie uczestników konkursu, najchętniej z Arkad bo zamierzyłem sobie wyszkolić pracowników do arkadyjskiej filii biura, ale i z Błędnyrysu a jak się zdarzyli jacyś namolni a równocześnie zdolni z innych stron to ich także. Cyranika Lambrekina absolwenta szapio w Błędnyrysie przysłali Pukatańczycy aby nadzorował organizację kolonii młodzieżowej.
Ja tę kolonię wymyśliłem i to już na początku. Od razu pomyślałem też o tym,że trzeba zadbać nie tylko o to aby mieli gdzie mieszkać ale i o coś co nazwałem infrastrukturą. Dlatego zaproponowałem zorganizowanie kolonii do której będą należeć moi pracownicy oraz osoby gotowe się zająć aprowizacją, przygotowywaniem posiłków, praniem, usługami, pilnowaniem porządku i.t.p.
Milareza załatwiła lokum a z Meduzy przysłano Cyranika aby zająl się organizacją kolonii. Odbywał tam szkolenie wśród Pukatańczyków. Oczywiście zapytałem go co to za szkolenie. Chłopak się speszył - to trochę nie było dla mnie-wyjaśnił - tylko dla Pukatańczyków Ałbarańczyków jak mają sobie radzić w Unasie - ja miałem notować z czym mogą mieć problemy.
-No i dobrze. Notowałeś?
-Tak, miałem tłumacza Ustalenie z czym mogą mieć problemy Pukatańczycy to oczywiście trochę co innego niż organizowanie kolonii ale mam kontakt z Milanderem. Obiecał, że mi pomoże.
-Jak ci sie udało tam trafić?
-Sam się wprosiłem kiedy po zaewidencjonowaniu Milarezy okazało się, że ją nagrywali aby mieć materiał szkoleniowy o tym jak się zachować w biurze ewidencjii i dlaczego trzeba sie najpierw wyspać.
-Ba - odpowiedziałem - nie zawsze można. Chłopak mi się spodobał. Kiedy już mi wszystko zorganizujesz to cię wezmę do biura - powiedział.
-to będe się starał - uśmiechnął się Cyranik.
Miałem teraz mnóstwo pracy. Obecność Milarezy przyjąłem w pierwszej chwili z dystansem.
Szybko się jednak przekonał, że nie muszę się nią opiekować, przeciwnie dziewczyna jest bardzo pomocna i to nie tylko jako tłumacz.
-Denerwuje mnie - oświadczył mu Żbik - rozdziela zadania.
-Nie możesz jej ustawić?
-Mógłbym ale ona robi to dobrze i skraca pracę przez pominięcie etapu tłumaczenia mi o czym rozmawia z klietem. Po prostu wolałbym, żebyś mnie z nią nie dawał na jedno auto.
- Moja szkoła - stwierdziłem zadowolony z Milarezy.


======
Wbrew temu co o mnie sądzono wszystko słyszałam i przeżywałam.
Tego dnia zajmowała się mną Milareza.Ujęto ją w grafik odwiedzin.
Niestety zjawił się Adadżio i niby to całkiem grzecznie pouczał Milarezę przy hospitalizowanych dziewczynkach co i jak robić przy chorym a wreszcie z westchnieniem powiedział
- dobrze, że chociaż masz wyrzuty sumienia.
-A to z jakiego powodu?
-nie oceniam cię, każdemu zdarza się zrobić głupstwo ale widzisz jak ona przez to cierpi.
-sugerujesz, że mam z ty coś wspólnego?
-Wszyscy tak mówią. Broniłem cię. - Nawet ja mu nie uwierzyłam.
-To potwarz - odpowiedziała Milareza.
- Nie denerwuj się mnie możesz powiedzieć prawdę.
Bez dalszej dyskusji wezwała ochronę i ku zaskoczeniu Adadżia grzecznie lecz stanowczo poproszono go o opuszczenie sali. Ta placówka znajdowała się Orbortporcie a tu nikogo nie wprawiały w podziw sportowe osiągnięcia Adadżia.
-Nie chcesz chyba abyśmy zgłosili sprawę do komisji ochrony czystości tytułu protektoriusza? - Zapytał
członek ochrony.
-Ja tylko chciałem jej pomóc.
-Nie traktuj nas jak idiotów. Zwyczajnie mścisz się bo nie pozwoliła ci porwać lotopławy - wzbogacili mnie o nową informację.
-Ja chciałem porwać lotopławę?
-Są na to dowody.
Milarezie obiecano, że Adadżio więcej do placówki nie zostanie wpuszczony. Obie się ucieszyłyśmy.
-----------------------------------

Tego samego dnia do sąsiadująch z Orbortportem Arkad dotarła Begonia Mrówka. Miała polecenie zorganizowania młodzieży błędnyryskiej. W protektoriacie powiedziano jej, że kolonia już funkcjonuje w Agamie i młodzież ma się tam dobrze. Podjechała więc tam swoim autem.
Zjawiła się w moim gabinecie w chwili gdy odmawiałem kwatery Adadżiowi Muzykowi.
-A właściwie dlaczego miałby z nami nie zamieszkać? - Zapytała.
-Z nami? - Zdziwiłem się. Podała mi swoją nominację. Absolutnie nie mogłem pozwolić aby Adadżio z nami zamieszkał. Znałem go i wiedziałem, że z tego wynikłyby same kłopoty. Dlatego byłem zdecydowany i odważny.
-Potrzebujesz pokoju dla jednej osoby? - Spytałem.
-Sypialnego i dwóch biurowych odpowiedziała.
Nawiązałem kontakt wizjofoniczny z biurem kwaterunkowym i wyjaśniłem, że potrzebna jest kwatera dla protektoriuszki.
Była wyraźnie zaskoczona.
-Znajdujemy sie na terenie prywatnym nie podlegającym protektoriatowi - wyjaśniłem - i jedynie właściciel tego terenu mógłby mnie zmusić do zakwaterowania Adadżia lub kogokolwiek.
Adadżio ma już kwaterę więc niech się jej trzyma.
-Wobec tego na razie ci dziękujemy - zwróciła się do Adadżia Begonia - zostaw nas samych.
Adadżio nie miał na to ochoty i od razu zaczął wyjaśniać czego ja mu zazdroszczę a w jego mniemaniu zazdrościłem osiągnięć sportowych, sukcesów na każdym dostępnym polu i powodzenia
u kobiet.
-Wielkie mi mecyje - powiedziała - dziewcząt na świecie tyle, że dla wszystkich chętnych panów po jednej starczy.
-Tak ale każda, która pozna mnie jego już nie chce.
-No to nie chciałabym cię mieć na nadzorowanej przeze mnie kolonii - oświadczyła - bo strach pomyśleć jak by się te dziewczyny o ciebie biły. Idź już. Przeszkadzasz.
Mnie samemu zapewne trudno byłoby wyjaśnić dlaczego nie chcę Adadżia. On sam zrobił to lepiej.
-No to skontaktujesz mnie z właścicielem? - Zapytała Begonia a Adadżio ciągle tkwił w gabinecie. Spełnił życzenie Begonii.
Ona przedstawiała Milanderowi sprawę a Milander wpatrywał się w Adadżia.
-Czy to Adadżio Muzyk - upewnił się.
-Tak ucieszył się swą rozpoznawalnością Adadżio.
-A co robisz w Agamie?
-Chcę się tu zakwaterować.
-Cyraniku w tej chwili cofnij mu przydział!
-Nie dałem.
-No to nie dawaj!
-A mógłbym skorzystać z pomocy służb ochrony Orbortportu bo ...
-Zaraz ci kogoś przyślę. Przepraszam was na razie.
Adadżio rzucił tylko na odchodne kpiąco - cześć bracie, dzięki za wsparcie i wyszedł.
-Sprawa wygląda następująco - powiedziałem do Begonii - my tu nie skupiamy całej błędnyryskiej młodzieży. Nasza jest już zorganizowana. Mamy swoje cele i zajęcia. Nie mogę dopuścić aby ktoś z zewnątrz wszedł w nasze struktury i je rozsadził za to chętnie posłużę ci pomocą w zbieraniu informacji
i rozwiązywaniu pierwszych problemów.
-Źle zaczęłam - zrozumiała - ale spróbujmy się jakoś dogadać.
-Oczywiście, że się dogadamy. Obiecałem pomóc i pomogę.
Begonia podziękowała ale nie zamierzała korzystać z rad takiego młokosa jakim wówczas byłem. To był błąd. Przez to popadła w konflikt z kimś ważniejszym - Małymisiem Murmurando.
Begonii się zdawało, że podlega jej cała Agama a on uważał, że jedynie młodzież przy czym ta, którą on zatrudnia, w ograniczonym zakresie.
Pierwsze ich starcie nastąpiło dość szybko. Wpadł wtedy do jej biura jak bomba i lekceważąc protest jej sekretarki wszedł do gabinetu, który sobie wydzieliła.
-Jak śmiałaś pojawić się z bandą golasów na budowie osiedla? - Wykrzyknął - Słuchaj ja próbuję ignorować to co mi robisz na złość ale teraz przekroczyłaś wszelkie granice. Nie będę tego tolerował.
-O co ci chodzi? Przecież wszystko było w porządku - protestowała. Tamtenlądczycy przyjęli nas bardzo życzliwie ...
-Bo oni umieją się zachować. Nie dyskutowali z wami tylko zgłosili skargę w Orbortporcie a Orbortport pretensje do mnie bo to ja jestem za to odpowiedzialny. Wbij to sobie do tego twojego małego móżdżku i jeszcze to że amator nie będzie rządził fachowcami. Ja jestem fachowcem od wspierania Pukatańczyków a ty mimo tego różowego epoletu tylko zarozumiałą paniusią. Natomiast ludzie, którym grupa nie ubranych młokosów...
-Byli ubrani.
-Ale nieodpowiednio i okazali się zadufanymi w sobie dyletantami.
Kobieto, tam byli inżynierowie, doświadczeni majstrowie, doświadczeni robotnicy a wy kim jesteście, żeby się przed nimi wymądrzać?
Przecież oni się z waszych zarządzeń śmieją a ja muszę świecić oczami.
-Dobrze, usiądźmy i spokojnie omówmy zakres naszych kompetencji. Dostałam z protektoriatu centralnego polecenie zorganizowania .....
-Tu już jest wszystko zorganizowane ale proszę bardzo zniszcz naszą ciężką pracę i przeorganizuj sobie co chcesz tylko nie wtrącaj się do Pukatańczyków...
-Ależ polecono mi o nich zadbać.
-To im nie przeszkadzaj a wystarczająco zadbasz i wara ci od mojego biura. to ja ustalam, kto tam pracuje i o jakiej porze.
Po za tym urządzaj sobie wszystko jak chcesz, mnie obchodzi tylko aby moi ludzie mieli posiłek na czas ......
-A dlaczego ja mam żywić twoich ludzi?
-O la la to ty ich żywisz?
-No chyba mamy jakieś środki na wyżywienie kolonii? - Zaniepokoiła się.
-Od zbadania tego należało zacząć. To biuro żywi kolonię a nie na odwrót.
Mamy to miejsce i zaprowiantowanie tylko ze względu na pracę biura. Pożyteczną pracę a nie zabawę i wywyższanie się nad wszystkie nacje, więc chyba nam się należy abyście nas w zamian oprali i przygotowali posiłek?

Na szczęście Begonia zrozumiała i przestała się szrogęsić. Dlatego następnym razem wszedł do jej biura bez awantury.


Jechało nas w aucie czworo. ja, zabrana z Arkad ewidencjonerka Berberysa i Milareza z Cyprylą.
Milareza starała się wykorzystać każdą wolną chwilę na przygotowania do egzaminu w Degeden.
Tym razem miały się po drodze zająć przygotowaniem Cypryli.
Niestety zatrzymał nas Adadżio. Berberysa ujrzała go z daleka i spytała mnie - To nie jest ten Adadżio, który wygrał ostatnią błędnyrysiadę?
-no ten - przyznałem.
-to weź go zabierz.
-Nie - powiedziała stanowczo Milareza .
-No weź się mała nie wygłupiaj - ofuknęła ja Berberysa - nie bądź taką egoistką, po co chłopak ma pieszo zasuwać?
-Nie - powtórzyła Milareza ale ja zwolniłem a to Adadżiowi wystarczyło dobiegł i wskoczył.
Milareza natychmiast wcisnęła alarm (co spostrzegła jedynie Cypryla).Ja dowiedziałem się później.
Wyznała Małymisiowi że wahała się czy nie opuścić auta, pomyślała jednak, że byłoby to równoznaczne z wydaniem przybyłej wczoraj rodziny na łaskę i domyślność Berberysy.
A ta bardzo złe wywarła na niej wrażenie.
Berberysa chichotliwie usiłowała zagadywać Adadżia i przez jakiś czas jej się to udawało.
Cypryla domagała się aby przystąpiły do nauki więc Milareza choć trochę rozkojarzona otworzyła skrypt i zaczęła czytać.
-Kolekcjonujesz takie kaleki? - Zapytał Adadżio - to ciekawe a co tej się stało? Czytała dalej jakby go tu nie było. Oplótł ja ramieniem i wtedy jak na komendę ona i Cypryla zaczęły wrzeszczeć. Zatrzymałem auto.
-Wysiadaj - niemal krzyknąłem na Adadżia.
-Nie wygłupiaj się - odpowiedział - nie ma się o co denerwować.
-Powiedziałem wysiadaj!
Powiedzieć było łatwo ale Adadżio nie zamierzał posłuchać.
-Oj, jedźcie dalej, przecież nic takiego się nie stało - powiedziała Berberysa.
-Nie, Unasjanko - powiedziała Milareza - ja już wezwałam pomoc z Orbortportu i chcę tu na nią zaczekać bo jeśli pojedziemy dalej, ten lubieżny ...
-No nie przesadzaj. Śmieszna jesteś - zdenerwował się Adadżio ponieważ jednak usłyszeliśmy charakterystyczny sygnał straży z Orbortportu wysiadł i poszedł dalej boczną drogą.
Straż towarzyszyła nam aż na miejsce i czekała w pobliżu. Berberysa już zachowywała się profesjonalnie.
Przy pomocy Milarezy prawidłowo przybyszy zaewidencjonowała, potem Milareza przeprowadziła rozmowę aby ustalić jaka pomoc będzie potrzebna aby pomóc rodzinie wrosnąć w tutejsze struktury
i zarobić na utrzymanie.
Przy tym wszystkim zgodnie ze zwyczajem obecny był naczelnik wioski podsuwający swoje, na ogół słuszne rady. To było ważne aby ich wysłuchać i uwzględnić w planie pomocy tak aby naczelnik poczuł się za tę rodzinę odpowiedzialny.
Wszystko poszło znakomicie a straż eskortowała nas potem do Arkad gdzie zostawiliśmy Berberysę a następnie do Orfantezy.
=========

Przejęłam kierownictwo nie tylko nad kolonią w Agamie ale też zorganizowaną później kolonią w Gekonie. Postanowiłam jakoś te placówki zasymilować.
Dlatego z pomocą aktywów obu kolonii zorganizowałam spotkanie. "Gekonianie" uparli się, że u nich.
Transportem dysponowała Milareza i to bardzo różnorodnym.Tym razem przewiozła nas wielkim autem. Z trudem uprosiłam aby poszła choć zobaczyć imprezę. Bardzo mi zależało aby Milareza też się integrowała ale nie prosiłabym jej gdybym przewidziała skutki.
Niemal od razu do Milarezy podszedł przystojny, wspaniale zbudowany Adadżio z odkrytym torsem proponując taniec.Odmówiła.
Zawsze mnie uczono, że to nieładnie odmawiać, a że byłam tuż przy Milarezie powtórzyłam jej tę prawdę.
Popatrzyła mi głęboko w oczy po czym powiedziała -
wobec tego dumna Unasjanko muszę się sprzeciwić zasadom obowiązującym w twoim kraju aby nie sprzeniewierzyć się zasadom mojego i mojemu instynktowi. Z pięknym Adadżiem nie zatańczyłabym nawet gdyby nie był półnagi.
-A może chodzi ci o naszą tajemnicę - spytał drwiąco i w tym momencie pojęłam, że czasem jednak powinno się odmówić.
-My nie mamy wspólnych tajemnic piękny Adadżio - odpowiedziała -Po prostu musiałam cię wtedy odsunąć od zarządzania bo przeszkadzałeś wprowadzając bałagan.
-A może chodzi o to, że ja wiem co się stało z Knieją? - Szydził.
-Jeśli rzeczywiście wiesz a nie ufasz urojeniom przekaż to właściwym służbom.
-Które trzymają twoją stronę?!
-Są wyższe szczeble piękny Adadżio.
-A one też siedzą u was w kieszeni.
-Aż tak złe pojęcie masz o waszych urzędach? I to ty agent do zadań specjalnych? Adadżio nie umiał ukryć jak nim ta niby niewinna (ale jakże cenna) uwaga wstrząsnęła aż zaniemówił co jak się już przekonałam było u niego rzadkością.
-Smutne - kontynuowała Milareza - A dlaczego właśnie teraz chcesz o tym porozmawiać?
Adadżio ruszył w jej stronę tak jakby chciał ją zmusić do tańca.
Zrobiła krok do tyłu i zaczęła wrzeszczeć.
-Spokojnie - powiedział drwiąco - nikt cię nie napastuje.
- Ja widziałem co innego - powiedział jakiś Pukatańczyk.
Impreza odbywała się na dworze i nagle zjawiło się tam kilku nie gorzej niż Adadżio zbudowanych Pukatańczyków.
-Nie panoszcie się w naszym kraju - zawołał Adadżio.
-Nie będziemy wam przeszadzać - odrzekł Puatańczyk -zadbaliśmy tylko o bezpieczeństwo córki Milandera bo było zagrożone. Jeżeli ktoś z Agamitów chce wracać samochodem to teraz bo Milareza odjedzie aby się dłużej nie narażać. Wszak nikt z was protektoriusze i przyszli protektoriusze nie przyszedł jej z pomocą.

Nikt się nie ruszył. Milareza faktycznie odjechała.
Po tym incydencie impreza długo jakoś się nie kleiła a kiedy wreszcie zaczęła się rozkręcać musieliśmy wracać.
Wcześniej niż planowaliśmy bo przecież pieszo.
Niektórym to pasowało ale większość była zła.
Jedni na Adadżia inni na Milarezę i jej ochronę.
Nigdy więcej Milareza nie zgodziła się na wożenie agamitów lub asymilowanie sie z unaską młodzieżą.
Twierdziła, że nie chodzi jej wyłącznie o zachowanie Adadżia ale i zachowanie agamitów w czasie drogi.
Dziwne ja nic nagannego nie zauważyłam.
-To kwestia różnicy kultur - wyjaśnił mi Małymiś - to co dla ciebie jest dopuszczalne ona ocenia jako niesłychaną demoralizację. Nie próbuj sklejać na siłę nie pasujących do siebie elementów i daj spokój Milarezie, niech ona się tu czuje bezpiecznie. Nie zapominaj, że jest córką właściciela tego obiektu i bardzo mi przydatną pracownicą Biniusu. Niestety musi pracować przez wizjofon aby Adadżio jej nie nękał. Szlag by trafił agencika, kogo innego już pozbawiono by tytułu protektoriusza choćby za rozsiewanie plotek.


KNOWANIA ADADŻIA

Gdy Milareza nazwała Adadżia agentem on już nim nie był. Po nieudanej próbie doprowadzenia lotopławy do Poświaty uznano, że jest nieprzydatny. Miała zatem spóźnione informacje ale miała. Prawdopodobnie obawiał się, że to go może całkowicie obrzydzić byłym przełożonym. Nadzieja była w tym, że nie od razu ta wieść do nich dotrze. Uznał, że trzeba jak najszybciej się z Milarezą rozprawić rękoma tutejszych władz a potem wszystko co powiedziała łatwiej będzie dementować.
Zaczął ode mnie, starałem się wysłuchiwać jego oskarżeń z nieprzeniknioną miną.
-Na jakiej podstawie ją oskarżasz? - spytałem rzeczowo.
-Sam się zastanów, ni z gruszki ni z pietruszki, przylatuje do Unasu i zaraz odnajduje Knieję. W dodatku nagle się robi taka troskliwa jakby coś chciała tym zakryć, odwiedza Knieję, poprawia jej poduszki, nawet ją myje. Czy to nie dziwne?
-Nie. Nasz wydział dysponuje pełnym materiałem dowodowym i się nie dziwi. Masz jakieś nie znane nam dowody?
-Ma motywy. Knieja wrobiła ją w kupno placu Filodendrona, nie informując, że tam jest składowisko.
-A Milareza wszystko sama sprawdziła zanim kupiła. Kupiła z uprzejmości wobec Kniei Korala i natychmiast plac uprzątnęła. Został komisyjnie sprawdzony. Co dalej?
-W placówce jest jeszcze jedna pobita dziewczyna i też związana z Milarezą. Co ty na to?
-Która ? Bo ja wiem tylko o Cypryli Magnolii ale ona nie jest pobita tylko niesprawna od urodzenia. Dziś ją operują, kontynuuj ja słucham.
-Ale co masz za dowody, że Milareza nie pobiła Kniei?
-Ja tu zadaję pytania i ja żądam dowodów. Czekam aż je przedstawisz i radziłbym zrobić to szybko bo oczernianie i to w tak poważnych kwestiach jest karalne. Podobno siedzimy w kieszeni u Milandera, przedstaw i na to dowody.

Po tej rozmowie Adadżio postanowił jeszcze raz odwiedzić Knieję Korala, nagrywać spotkanie i prowadzić rozmowę tak aby wyglądało na to, że Knieja mu przytakuje.
Dotąd nie było z nią kontaktu, tym razem jednak spotkała go nie miła niespodzianka. Knieja na jego widok usiadła i zaczęła tak przeraźliwie wrzeszczeć aż się w jej sali zrobiło zbiegowisko.
Ręką pokazywała na niego powtarzając - o o o o - i nic po za tym, żadnych konkretów. Jednak to wystarczyło aby go aresztowano.
Wkrótce wylądował na u mnie na przesłuchaniu.
-Po co byłeś u Kniei? - Spytałem.
-Z troski.
-Nie znasz jej, skąd ta nagła troska? Chcesz coś ukryć czy ugrać?
-Nie sądzisz chyba, że ja ją pobiłem?
-Nie sądzę, wiem kto to zrobił. Nie wiem tylko dlaczego odwiedzasz Knieję i to na tyle często, że wiesz jak się nią opiekuje Milareza.
Co ciekawe zjawiasz sie tam tylko w te dni kiedy ją tam możesz zastać i próbujesz ...
-Prowadzę śledztwo.
-Nie. To ja prowadzę śledztwo. Ty dręczysz Milarezę a przy okazji Knieję, która najwyraźniej nie chce abyś ją w tej rozgrywce wykorzystywał.
Znienawidziłeś Milarezę bo nie jest tobą oczarowana. Wymyśliłeś zbrodnię, którą chcesz jej przypisać i jesteś gotów fabrykować dowody nie licząc się z tym ile osób przy okazji krzywdzisz.
Nie przyszło ci do głowy, że ty sam się wśród nich znajdziesz.
===============
Miałem rację. Wielu uwierzyło,że to Adadżio pobił Knieję i aby to zataić próbował zrzucić winę na Milarezę. Na próżno próbował się tłumaczyć. Chciał nawet wejść do Kniei aby zażądać oczyszczenia ale go nie wpuszczono.
-Niedługo będzie mogła złożyć zeznania i złoży je odpowiednim władzom - usłyszał od szefa ochrony - a ty gdybyś był bez winy nie próbowałbyś nachodzić tego dziecka. To skandal,że cię wypuszczono z aresztu.
Gdy Knieja opuściła placówkę by zamieszkać w domu dziadka i jego drugiej żony Adadżio ponowił próbę skontaktowania się z nią. Nawet mu się to udało ale dziewczynka nie powiedziała niczego co ukradkiem nagrane mogłoby go oczyścić. Gorzej, powiedziała - myślałeś, że nigdy nie dojdę do siebie i chciałeś oskarżyć moją najlepszą przyjaciółkę.
-Dlaczego kłamiesz? Dlaczego chcesz mnie zniszczyć? - Próbował doprowadzić do tego, że przyzna się do kłamstwa, ona jednak odpowiedziała
-To ty wciąż kłamałeś aby zrzucić winę na niewinną osobę. To ty ją chciałeś zniszczyć. Myślałeś, że ja tego nie widziałam? Próbowałeś się mną posłużyć jak kukiełką przeciw komuś kto mnie uratował i jest dla mnie najważniejszy zaraz po dziadku. 16 razy mówiłeś do niej, że nie znalazłaby mnie gdyby sama nie pobiła i że nie opiekowałaby się mną gdyby nie pobiła a ja nie mogłam nic zrobić - prawie się popłakała.
Nie rozumiał tego, przecież tamtego dnia nawet nie zaczął z nią rozmawiać a ona już narobiła wrzasku.
Tym razem cały czas siedział przy nich jej dziadek i na próżno Adadżio domagał się aby pozwolił im pomówić sam na sam. W tym czasie jego córka wezwała straże.
Gdy miał do niej pretensje odpowiedziała - wtargnąłeś do naszego domu wbrew naszej woli a ja miałam siedzieć i czekać aż kogoś pobijesz? Paradny jesteś.
==========
Co ty wyprawiasz? - Zapytałem gdy znów do mnie trafił - to naprawdę nie jest dobry sposób na przekonanie świata o swej niewinności.
Wkrótce potem odesłano go do Orlabazy z zakazem jakichkolwiek prób kontaktowania się z Knieją lub Milarezą.



W to czy naprawdę mają szczęście Arnusz i Czezinaro zwątpili po kilkunastu dniach podróży kiedy kapitan przestał być miły, załoga zmieniła się w dozorców, większość pasażerów, w tym Arnusza zagnano do pracy a serwowane im posiłki zmieniły jakość na zdecydowanie podlejszą.
Czezi i ja jednak pozostałyśmy wolne i dobrze obsługiwane.
-Nie są tacy najgorsi - powiedziała Czezi przy rzadkiej okazji Arnuszowi - mają wzgląd na brzemienne.
Przez chwilę chciał jej powiedzieć co o tym myśli ale to nie byłoby dla niej dobre więc przemilczał.
Ci sami, którzy mieli wzgląd na brzemienne oraz dzieci, najcięższe prace przydzielali starym, słabym i posiadającym jakieś felery czyli najmniej jako towar opłacalnym. Brzemienne były bezcenne. Dzieci cenne.
Bardzo wielu Unasjan cierpiało na bezpłodność. Arnusz był pewien, że straci ukochaną z jeszcze nienarodzonym dzieckiem i już całe życie będzie rozważał jaki los ich spotkał. Oby Czezi poślubił jakiś porządny Unasjanin, który pokocha oboje.
Wmawiał sobie, że właśnie tak będzie. Nie miał sił wyobrażać sobie innych możliwości. Nie miał też sił mysleć o mnie.
Nawet o sobie wolał nie myśleć i nie zdawał sobie sprawy jak bardzo jest przerażony.
Pracował i milczał niemal pogodzony z losem.
Czasem tylko próbował się skontaktować z Czezi. Ostatnio go na tym przyłapano i dotkliwie ukarano a potem posadzono przy wiosłach. Znalazłam go tam i usiłowałam prowadzić konwersacje na temat: dlaczego wiosłuje.
Najchętniej powiedziałby mi że źli ludzie mu kazali ale to byłoby niebezpieczne więc milczał. Zresztą dość szybko zjawiła się opiekunka i dawszy mi parę solidnych klapsów zabrała na górę.
------------
Nagle znaleźliśmy się we mgle. Najpierw słychać było wrzask przerażonej kobiety, potem rozpłakały się dzieci.
-Spokój - wrzasnął kapitan - zapalić pochodnie. Nie zdążono ich nawet przynieść. Mgła opadła równie szybko jak się pojawiła.
Rejwach się zrobił wśród złogi. Krzyki, bieganina, sprzeczne rozkazy.
Zdezorientowani wioślarze wstrzymali pracę póki kapitan nie zdecydował by płynąć w stronę lądu, który im się po opadnięciu mgły ukazał.
Arnusz nie wątpił, że zadziałała Milareza i był spokojny a nawet siedzących obok próbował uspokajać powtarzając im - będzie dobrze, wytrwajcie.
W porcie weszło na statek wielu Unasjan ale słyszał jak członkowie załogi mówią do siebie z lękiem, że to Pukatańczycy. Nie mieli racji. Pukatańczyk był tylko jeden.
-Witajcie - powiedział - jestem Haberlandczykiem, z zawodu dentystą ale tu w Orbotporcie Haberlandczyków mało dlatego akurat mnie przysłano abym był waszym tłumaczem. Unascy urzędnicy chcą wam pomóc Na początek zostaniecie tymczasowo gdzieś zakwaterowani dlatego stańcie w takich grupach w jakich chcecie się tam znaleźć, najlepiej rodzinami albo w grupie przyjaciół.
Zapanowała chwila ciszy. Pasażerowie i załoga z rozmaitych powodów nie ufali urzędnikom.
-Czezi, Czekebaro do mnie - zawołał Arnusz, natychmiast obie go posłuchałyśmy i dobrze bo jeszce nie było tłoku ledwo dotarłyśmy wszczął się ruch a głowy rodzin nawoływały swych bliskich.
Ktoś dopytywał się o rzeczy.
-Cały ładunek zostanie zabezpieczony - przetłumaczył odpowiedź urzędnika dentysta - i powoli zostanie ustalone co do kogo należy.
-Moja lalka! - Krzyknęłam.
-Jej poszukamy przede wszystkim. Na razie załatwmy to co najważniejsze - kwatery, posiłek i ubrania, niezbyt efektowne ale czyste, potem będzie czas na resztę.
Arnusza to zadowałało. Chciał się porządnie wyspać. Ja też byłam usatysfakcjonowana bo lalkę naprawdę znaleziono w pierwszej kolejności, tylko Czezi twierdziła, że coś jej tu się nie zgadza.
-Gdyby ci się wcześniej zgadzało to już bylibyśmy w Karebordze - odrzekł Arnusz i dodał stanowczo - jedziemy tam gdzie nas zawiozą. Masz inne propozycje?
Zmilczała.
W swoim czasie uparła się aby płynąć do Unasu bo wiedziała, że tam gdzie chciałby płynąć Arnusz uczy się Milareza.Nie chciała jej ciągle napotykać. Tu jej jak sądziła nie było a jednak szybko pożałowała swego wyboru. Ona przecież też bała się co będzie z nimi u kresu podróży.
===============
Nazajutrz stała się rzecz w jej oczach gorsza. Przybyli do naszego mieszkanka ewidencjonerzy.
Niby nic takiego się nie działo. Byli grzeczni, delikatni, mieli ze sobą wszystkie potrzebne urządzenia. Zadbali o to by Czezi siedziała wygodnie. Uszczęśliwiony Arnusz się uśmiechał i nagle usłyszeli głos, który Czezi natychmiast rozpoznała - Czezinaro będziesz podawać dane w swoim języku a ja je przetłumaczę na unaski: Najpierw imię...podaj imię.
-No przecież Czezinaro.
-Stop. Twój głos jest nagrywany do celów ewidencji, podawaj proszę jedynie dane bez komentarzy. Zaczynamy od początku: imię...
Dzięki pomocy dodatkowych urządzeń wstępnie zaewidencjonowano dziecko w jej łonie
- od niedawna to jest możliwe i służy ochronie przed kradzieżą dzieci, masz córkę - powiedziała Milareza - proponuję do celów ewidencji nazwać ją Fantazja
-Nie. Meliwaretta - zaprotestował Arnusz.
-Niestety imię przynajmniej to do ewidencji musi być unaskie potem Czezinaro będzi mogła je zmienić gdy dziecko się narodzi, jednak też na unaskie.
-A zdanie ojca się nie liczy? - Denerwował się Arnusz.
- Przykro mi ojcem jest ktoś spokrewniony z prześwietnym Kororem Tolimańczykiem. Dziecko ma już 200 dni ...
-A jaka teraz jest data?
Data niestety wyjawiała okrutną prawdę - on naprawdę nie mógł być ojcem tego dziecka. Jego dziecko musiałoby się urodzić już około 30 dni temu . Dotąd jednak nie zważał ile dni upłynęło im w podróży i nie bawił się w rachowanie.
Choć trudno było uwierzyć, że jakieś maszyny, które nawet Czezi nie dotykały umiały ustalić tak wiele, prawdziwość ustaleń była trudna do zakwestionowania.

Arnuszowi trzeba było dać coś na uspokojenie więc zajęto się najpierw ewidencjonowaniem mnie a potem na moje życzenie lalki, w końcu był gotów nad sobą zapanować. Zażądał jednak aby go gdzieś przeniesiono bo nie może patrzeć na kobietę, która zmarnowała mu życie.
-A ty - zdecydował się zwrócić do Milarezy - czy dopełniłaś ostatecznych formalności rozwiązujących nasze małżeństwo?
-Nie i nie zamierzam tego robić.Nie znaczy to jednak, że chciałabym się z tobą związać. Jedyne na co możesz liczyć to pomoc prawna lub finansowa.
Bycie tylko na wpół żoną bardzo mi odpowiada.
-Dlaczego?
-Akurat tego wyjaśnić nie chcę.


 

 



Matka mnie całkowicie zawiodła
-Nie mogę już się więcej tobą zajmować - powiedziała pewnego dnia - moja ciąża jest zagrożona.
-Jaka ciąża? - wykrzyknęłam - nic mi nie mówiłaś!
-Bo to dopiero czwarta szestnica.
-To czyje to jest dziecko? -Oburzyłam się bo przecież ojca nie widziałyśmy od siedemnastu.
-A powiedziałaś mi czyje jest twoje? ...... Nic się nie martw tutaj umieją takie sprawy załatwiać.
Będziesz uczyć Tamtenlądki unaskiego i prowadzać je do sklepów. Dostaniesz za to osobę, która ci posprząta i wyżywienie.
-Wolałabym normalną wypłatę.
-Którą przetrwoniłabyś na głupoty. Póki jesteś niearlowa ja decyduję o formie zapłaty. Tylko przypadkiem nie myśl, że jak się źle sprawisz, wezmę cię z powrotem pod swoje skrzydła. Nie po tym co zrobiłaś Kniei.
-A niby co ja jej zrobiłam? Palcem jej nie tknęłam.
-Może i nie tknęłaś ale lepiej szybko zacznij na siebie pracować bo ja muszę zadbać o to małe, które się urodzi. Tego już ci skrzywdzić nie pozwolę.
-Czy ty nie rozumiesz, że to Knieja krzywdziła mnie?
-Bez dyskusji proszę. Decyzji nie zmienię a swoje wiem.
-Ale jak ty sobie wyobrażasz, że będę mieszkać w strefie pukatańskiej?
A nie będziesz chciała jeszcze kiedyś wziąć udziału w konkursie dla pilotów imigrantów?
-No raczej nie.
-Twoja sprawa.
-Wiesz jesteś kompletną egoistką?
-Masz to po mnie.

Czułam, że nie pomogą żadne prośby i płacze. Matka porzuciła mnie tak samo jak to wcześniej uczynił ojciec.
Bo przecież tu do nas nie dołączył. Miałam ochotę się za to na nich zemścić ale chwilowo brakło mi czasu.
Mama naprawdę przestała przyjeżdżać aby posprzątać i dostarczyć żywność. W dodatku już dawno zabrała sobie mój samochód bo jak twierdziła to z mojej winy straciła swój a zresztą bardziej go potrzebuje i był kupiony za jej pieniądze. Teraz zabrała też klawibarw bo zdaniem Lukierji stanowczo za dużo grałam.
Moje mieszkanko, niby małe, miało jednak wszystko co trzeba nawet pralnię i spiżarnię. Mniej fajna była nowa, zajmująca dawne miejsce mamy lokatorka . Potężna baba, która zdaje się uważała siebie za piękność a mnie za brzydactwo. Miała sprzątać a zachowywała się jak instruktorka pokazała mi jak używać sprzątadeł i pralki Twierdziła, że przecież później powinnam pokazywać swoim podopiecznym jak to działa. Przy okazji robiła irytujące uwagi: swoje rzeczy będziesz odkładać na miejsce", "oczywiście posegregujesz rzeczy do prania".
-Ciekawe po co komu sprzątaczka skoro sam ma wszystko robić? - spytałam ją ironicznie.
-A cóż to za problem odłożyć każdą rzecz na miejsce a rzeczy do prania wrzucać od razu do właściwego koszyka i myć po sobie sedes? Przecież to nakazuje zwykła ludzka przyzwoitość.
Najbardziej mnie gniewało to, że zagospodarowano mój czas zupełnie nie tak jakby mi odpowiadało.
Ważniejsze niż to czego chcę było to czego chcą inne kobiety z mojej grupy a chciały na przykład wczesnym rankiem udawać się na zakupy. Musiała im pokazywać jak się to robi choć sama nie miałam za co czegokolwiek sobie kupić.
Moja współmieszkanka a zarazem sprzątaczka Kuidiza bardzo się szanowała. Była raczej kontrolerką niż sprzątaczką choć tak naprawdę zajęło by jej mniej czasu gdyby się uczciwie wzięła do roboty zamiast wymagać tego ode mnie. Co gorsza usiłowała mieć wpływ na to jak się ubieram.
-Wszystkich kiedyś powystrzelam - powiedziałam sobie rozgoryczona.
Tymczasem zdarzyło się coś co diametralnie zmieniło moje życie.
Na świat nieco przed czasem przyszedł mały chłopczyk. Kuidiza nawet nie zawiadomiła domu narodzin i jak to przeważnie działo się w przypadku Pukatanek poród odebrała pilnie wezwana Muzupfe. Kobiety natychmiast się nim zajęły i czyściutkiego owiniętego w prześcieradło mi podały . O mnie zresztą też w międzyczasie zadbano.
-Jak go nazwiesz?
-Mama miała go zabrać ale teraz to już nie wiem - odpowiedziałam.
-Nie bądź głupia, nie oddaj go nikomu. Damy sobie radę, wszystkiego cię nauczę - zapewniła Kuidiza.



Matka przybyła z nowym partnerem zaproponować, że zabiorą mnie i dziecko.
-Nie - odpowiedziałam - tu zostanę.
-A dziecko? - W oczach matki był strach. Zależało jej na tym malcu. Widocznie niewiele się zmieniło od pewnej rodzinnej "niby" narady, którą ojciec tak niefortunnie zagaił - Ja i mamusia spodziewamy się kolejnego potomka - chodziło wyłącznie o powiadomienie Kniei, że urodzi się dziecko rodziców. Zrozumiała to inaczej, zwłaszcza, że ojciec kontynuował - firma mamy ma dobrą opinię bo mama jest znakomitą formierką i projektantką aby nie utracić renomy mama będzie musiała pracować dalej. Ja też bo przecież potrzeba będzie więcej środków na utrzymanie.
-Ja się uczę - przypomniałam.
-Znam dobrego pośrednika adopcji - oświadczyła Knieja. Mama gwałtownie odstawiła talerzyk.
-Nie oddamy go nikomu - oświadczyła.
-Tak? A ja żałuję, że mnie nie oddaliście. Pewnie ktoś by mnie kochał a nie traktował wyłącznie jak sprzątaczkę i niańkę waszych bachorów. Spróbujcie mi tylko dać to pod opiekę a zgłoszę w protektoriacie, że mnie wykorzystujecie i nie dbacie o niemowlę.
-Nikt nie zamierza cię obarczać - powiedziała mama.
-To po co to głupie gadanie, że chcecie bachora a nie macie na niego czasu?
-Bo będziemy musieli nająć kogoś do opieki - mama zapewne wymyśliła to naprędce- i trzeba będzie znależć dla tej osoby jakieś lokum. nie wiemy jak to zrobić i uznaliśmy, że jeśli wszyscy się zastanowimy jakoś rozwiążemy ten problem.
-Jeżeli stać was na przybudówkę to znam kogoś kto to dobrze wykona.
-O, to masz szerokie znajomości - rozluźnił się ojciec.
============
Tamtym razem mama zprotestowała przeciw oddaniu dziecka i teraz zapewne też tego nie chciała.
-Dziecko jest moje i zostanie ze mną oświadczyłam - i będzie miało na imię Cieszylud. Zapytam jego ojca czy zgodzi się aby nosiło jego imię rodowe.
-Nie musisz - odrzekł Czyniład - twoja sprawa czy zawiadomisz ojca Cieszka ale jego imię rodowe dostał automatycznie. Obecnie ewidencja sama wskazuje rodziców biologicznych. Możesz tu oczywiście zostać ale chcemy abyś wiedziała, że jesteś mile widziana w naszym domu.
-Zawsze tak uważałam - powiedziała mama - tylko chciałam abyś nauczyła się żyć. Przedtem to zaniedbałam.
-A dlaczego uważasz, że ja skrzywdziłam Knieję?
-Bo dodałam dwa do dwóch ale z pewnością tego nie chciałaś.
-Ja w ogóle nic nie zrobiłam.
-A wiesz, że twoje autko notuje przejechane trasy?
-No i co z tego? Auto zostało wtedy w Błędnyrysie a ja byłam w Orbortporcie.
-Rano w drodze do szkoły zatrzymałaś się w okolicy slamsów. Zawróciłaś do domu po co? Nie myśl, że tylko ja cię o to pytam. Mnie już pytano o wasze wzajemne stosunki i o to co za dziecko miała ze sobą na konkursie w Orbortporcie Knieja i co sądzę o tym zbiegu okoliczności, że Knieja została pobito w tym miejscu, w którym ty się wtedy ....
Co się dzieje? - Zaniepokoiła się nagle.
-Po prostu się zmęczyłam - odpowiedziałam zapanowawszy nad sobą. Już wiedziałam, że wcale nie jestem taka niewinna w kwestii pobicia Kniei.
-A jak to możliwe, że wróciła do Błędnyrysu? - Zapytałam.
-O wiele dziwniejsze jest to jak dotarła do Orbortportu - odpowiedziała mama.
Zabolał mnie żołądek. Wiedziałam. Tak już wiedziałam.
-Źle się czujesz - zaniepokoiła się mama.


W nocy dużo nad tą sprawą myślałam a rano zawizjofonowałam do Krzepiluda. Skrzywił się na mój widok.
-Mało mnie obchodzi co o mnie myślisz - powiedziałam - to o co cię proszę masz zrobić dla swojego syna Cieszyluda Budujświata. Przyjedź po nas. nie wiem czym, wymyśl. Muszę dotrzeć do protektoriatu aby złożyć wyjaśnienia.
-O jakim Cieszyludzie ty mówisz?
-Byliśmy ze sobą tylko raz ale to wystarczyło.
Bez obaw nie obciążę cię obowiązkami ojca. Wiem jak do tego doszło.
A doszło w sposób paskudy. Wygrałam tego przystojniaka od Kukuły i w nocy zajęłam jej miejsce w wynajętym przez Krzepiluda pokoju hotelowym.Za późno się spostrzegł.
- Zaraz będę - powiedział - jeżeli w sprawie Kniei to może od razu z kolegą, który się tym zajmuje.
-No dobrze - zgodziłam się.
Przybyli we trójkę.Trzecim był Złaziświat ale to już nie było ważne.Ważne, że Krzepilud cały czas zabawiał dziecko.
-Zależy mi na jednym - oświadczyłam - tylko na jednym. Chcę wychować to dziecko, chcę je kochać i strzec. Nie zamierzałam tak strasznie skrzywdzić Kniei ale to co zrobiłam było podłe. Ja porwałam niemowlę i zawiozłam Kniei żeby na pewno nie mogła
dotrzeć na konkurs. Zrobiłam wszystko co możliwe aby nie dotarła.Przestawiłam zegar, schowałam jej pieniądze a kiedy zobaczyłam zostawione przy ulicy dziecko zrobiłam jeszcze i to... Sama zatłukłabym kogoś kto by mi porwał Cieszka ... a potem żeby się nie spóźnić na lekcje pojechałam jak szalona drogą dla uprzywilejowanych.
-Aha - wymruczał Wiernysz - mniej więcej taki scenariusz ułożyłem ale pewnych kwestii nie rozumiem.
-Sprawdź. Podobno obfotografowaliście nasz dom i ogród. Ona sobie remontowała stary autolot szopę.
Myślała, że nikt o tym nie wie ale na mój wizjofon ściągała instrukcje.To było kiedyś, potem chyba się zniechęciła ale wolałabym wiedzieć, że szopa stoi na miejscu.
-Sprawdzę. Dziękuję za wyjaśnienia. Będę po twojej stronie.
-A ja chyba mam jakieś prawa do syna? - Spytał Krzepilud.
-Tylko takie jakich zechcesz ale w porozumieniu ze mną - odpowiedziałam.
==================================================


To było mniej więcej tak - mówił w drodze powrotnej Wiernysz - Knieja szykuje się do wyjazdu. Nagle wpada Cudna i każe jej się zająć dzieckiem. To opóźnia przygotowania. Prawdopodobnie coś trzeba przy dziecku zrobić a Knieja to potrafi, wpada na genialny pmysł jak opóźnić odlot pływolotu do Arkad. Wizjofonuje na lądowisko z informacją o materiałach wybuchowych. Nie wie, że zegar w jej domu sie późni i pływolot już wystartował. Gdy jest gotowa, stwierdza, że nie ma pieniędzy na przelot. Dużo zrobiła aby ją zakwalifikowano i to już w fazie gdy mało kto o planowanym konkursie wiedział, omal życia nie straciła nocując na łodzi ojca po to aby rankiem dorwać wychodzącego z pieskiem na spacer naczelnika okręgu. Złożyła mnóstwo petycji, zaangażowała w swoją sprawę mnóstwo ludzi i ma teraz zrezygnować?
Nie Knieja Korala nie rezygnuje wpada na kolejny "genialny" pomysł i leci do Orbortportu osobiście wyremontowanym autolotem narażając życie swoje i dziecka.
Wróciwszy do Błędnyrysu odnajduje rodziców maleństwa. To w mojej ocenie ludzie bardzo zgorzkniali, wszędzie węszący podłość i fałsz. Nie rozmawiałem z nimi osobiście ale widziałem nagrania.
Posępny jesteś Złaziświacie.
-Tak bo gdybym uczciwiej się zainteresował tym co chce wyszperać Knieja na składowisku złomu, dopilnowałbym zezłomowania tej ich szopy. Przecież to działo się niemal na moich oczach, wspomniała nawet o narzędziach, które dostarczył jej młodszy brat Milarezy obiecała,że pożyczy. Gdybymż choć raz poszedł je pożyczyć ... Przecież mogło dojść do tragedii a ja byłem tak blisko rozpoznania sprawy i ani przez moment nie pomyślałem,że robi coś niebezpiecznego. A przecież powinienem się zastanowić. Ona podpowiadała ówczesnemu właścicielowi składowiska uprzątnięcie go w jakiś dziwny sposób tłumaczony aktem desperacji.
-Ale, że chciała ci pożyczyć narzędzia - zadziwił się Krzepilud - ja bym nikomu nie pożyczył.
-Polubiła mnie, zresztą z pełną wzajemnością.
Nie mogłem wyjść z zachwytu nad szybkością i zmyślnością z jaką sprząta w domu ale to dłuższa historia.
-A jak oceniasz jej ówczesne kontakty z Milarezą? - Zapytał Krzepilud.
- Jako przyjazne - wyjaśniłem - powiedziała kiedyś, że wolałaby aby to Milareza była jej siostrą.
-A no właśnie - mruknął Wiernysz jakby do swoich myśli.


Gdy Arnusz i Czezinaro przybyli do Unasu, Milarezy już tam nie było. Ostrzeżona, że wkrótce ewidencja będzie wskazywać rodziców biologicznych każdej zaewidencjonowanej osoby wolała odlecieć na Meduzę. Tata zresztą tego właśnie sobie życzył. Nie wiadomo było jakie mogą być z tego "udogodnienia" dla niej konsekwencje lepiej było w porę się wycofać nawet z Orbortportu.
Rzeczywiście wkrótce otrzymała na swój wizjofoniczny adres pismo skierowane do Etiudy Korala z żądaniem stawienia się celem wyjaśnienia kwestii prawnych. Odpisała, że z tego co jej wiadomo na podstawie unaskiej dokumentacji Etiuda Korala córka Gwiazdy i Knieja Komandora urodzona 48 dnia 7 nonestra 490 arla o temprze12, momencie 36, zmarła 51 dnia 7 nonestra 490 arla o temprze 34, momencie 62 w skutek podania śmiertelnego zastrzyku.
Odbyło się to zgodnie z unaskim prawem całkowicie legalnie po stwierdzeniu choroby Numeryka i na prośbę rodziców Etiudy. Adresatka zatem nie jest w stanie odpisać.
Podpisała się na tym piśmie jako Milareza Magnolia, Tolimanka, córka Milandera i Rezeryki załączając plik kopii dokumentów wystawionych w sprawie Etiudy. Uzyskała je na żądanie przy pełnej obsłudze automatów.
Automatom było obojętne, że składający prośbę jest denatem. Grunt, że prosi o swoje dane i ma prawa osoby dorosłej.
Dołączyła też kopię dokumentu stwierdzającego, że przebywała w Unasie jako gość, tylko w ograniczonym stopniu podlegający władzom Unasu.
- Odpowiedź przyszła szybko - dziękujemy za uregulowanie kwestii prawnych. W oficjalnej wersji będzie się podawać dane zarejestrowane przez Milarezę Magnolię. Jednak wzmianka o tym, że przyszła na świat jako Etiuda Korala pozostanie w ewidencji i w związku z tym Milareza Magnolia uzyskuje prawo goszczenia w Unasie kiedy sama tego zechce. Oczywiście po zgłoszeniu swojego przybycia i dopełnieniu formalności prawnych.
Wyjeżdżając z Orbortportu zabrała Cyprysię z placówki medycznej. Do niej jednak nie przyszedł żaden list. Była oburzona.
-Sama możesz te sprawy uregulować - powiedziała jej mama - jeśli zechcesz.
Póki co Cyprysia przechodziła kosztowną terapię. Wprawdzie coś jej tam poprawiono w mózgu i czuła, że jest inaczej ale nie była pewna czy lepiej.
W dodatku nagle zaczęto od niej dużo wymagać. Miała się uczyć chodzić, mówić, koordynować ruchy, usprawniać ręce i w ogóle bardzo ją męczyli, tak jak niegdyś Mizę aby mimo kalectwa pięknie chodziła i tańczyła. Gdyby Cyprysia przewidziała, że to będzie takie uciążliwe nie zdecydowałaby się na operację. Była pewna, że po operacji będzie jak po naciśnięciu pstryczka i natychmiast będzie umiała wszystko to co jej rówieśnice.
Milareza raz w ramach motywowania jej spytała - a nie chciałabyś się pokazać po terapii wszystkim, którzy cię lekceważyli?
No pewnie że by chciała.
===========


Milareza dowiedziała się od Symelki, że została wytypowana jako jedna z najlepszych kursantów prawa do szczególnego egzaminu dodatkowego. Miała
wystąpić przed prawdziwym sądem w prawdziwej sprawie jako rzecznik jednej ze stron. Symelka po prostu składała jej gratulacje przy okazji omawiania spraw biurowych ale Milareza jeszcze o niczym nie wiedziała. Tym serdeczniej jej podziękowała za te gratulacje i wypytała o szczegóły.
Już wcześniej wiedziała, że Rifada sama się zwolniła z jej biura i pracuje teraz w miejsce Ewaldyny jako szkolna sekretarka. Prawdopodobnie to ona powinna była poinformować Milarezę o spotykającym ją wyróżnieniu.
Czyż można przeoczyć coś dotyczącego byłej szefowej? Wątpię.
Nie to jednak było teraz najważniejsze. Szybko zaalarmowała Emriwaldę, już upoważniena do załatwiania
spraw szkolnych w jej imieniu. Powiedziała też, że za tempr ma wejść do ojca i spodziewa się uzyskać zezwolanie na przyjazd. Byłoby jednak dobrze gdyby Emriwalda nie zwlekając odwiedziła pałac naczelnika i o wszystkim się wywiedziała bo może potrzebne jest śpieszne załatwienie jakichś formalności.
Potem weszła do ojca, przepuszczając przed sobą Drisbenda z listem. Ojciec już na nią czekał, była też mama. -Pilna korespondencja - powiedział Drisbend i nagle Milareza przechwyciła list. Stało się to tak błyskawicznie, że nawet ona była zaskoczona.
-Co się stało Mizuniu? Spytał tata.
-Kolor atramentu jest dokładnie taki jak tej farby z joksolańskiego ziela - jeszcze mówiła a on już wiedział o co chodzi i pociągnął jakąś dźwignię - które mi zabroniłeś stosować jako barwnik - dokończyła.
-Na tacę - warknął - i porządnie umyj ręce.
Jej ręce były bez skazy, jego chorobowo zmienione i jakby pocięte.Ręce Drisbenda zakrywały eleganckie rękawiczki.
-Nie bardzo rozumiem co się dzieje - powiedział
-Tym lepiej dla ciebie - odrzekł tata ale wezwał straże i nakazał aresztować Drisbenda choć ten był jego wnukiem.
-Ręce - warknął na Milarezę. Natychmiast dokładnie je umyła i nakremowała. dopiero wtedy powiedział -dziękuję i wezwał Korora.
-Aha Milarezuniu - przypomniał sobie gdy jeszcze z nim rozmawiał a ona chciała wyjść - polecisz do Snesz - zeznasz, że Arnusz jest mężem innej kobietyi definitywnie rozwiążesz małżeństwo.
-Nie jest mężem prześwietny ojcze.
-Załatwisz to Miza - odrzekł i machnął ręką na znak, że ma wyjść.
Tymczasem sytuacja jeszcze sie skąplikowała bo uprowadzono grupkę matek i ciężarnych oprowadzanych przez Cudnę po unaskich instytucjach przy ulicy Usługowej. Wśród kobiet była Czezinaro.

GWIAZDY

-Ci Pukatańczycy są bezczelni - zdenerwowałam się - Dlaczego władze na to pozwalają?
-A coś ty taka pewna? - Zapytała ironicznie Perfekcja - w aktualnościach mówili, że Pukatańczycy nie porywaliby dzieci. Mają dosyć własnych .
Wkrótce rozeszła się wieść, że dużo więcej niż z "aktualności" można się dowiedzieć obserwując mało dotąd znany kanał "Wolna przestrzeń."
Rzeczywiście tam dawano relacje z wydarzeń na terenach niezagospodarowanych przez Unasjan gdzie ukradkiem rozwinęły się miasta, Błędnyrys też już teraz należał do "wolnej przestrzeni" i był tam ceniony. Co drugi dzień nadawano Kronikę Błędnyrysu i głównie tam można było ujrzeć porwane i to przy boku dostojników unaskiego pochodzenia.
Przyodziane w pukatańskie stroje wyglądały malowniczo ale choć prześledziłam wszystkie odcinki nie znalazła tam Cudny. Władze przyznały, że jej jednej na tych filmach nie ma.



CUDNA
Ani przez myśl mi nie przeszło, że mógłby mnie strząsnąć i zadeptać jak robaka. Drapałam go, gryzłam i kopałam wrzeszcząc - moje dziecko! moje dziecko!
-Czy ty zawsze będziesz takim idiotą? - wrzasnął na rudego brunet - ten pajac lubi głupie dowcipy - powiedział głośno i wyraźnie. Czułam, że to nie są dowcipy ale brunet kazał mi siadać na wolnym miejscu obok drzwi, polecił oddać mi dziecko i bardzo bardzo przepraszał za kolegę dowcipnisia, który ponoć nawet z pogrzebu ojca umiał żartować.
Auto zaraz ruszyło Tęcza odwróciła się do tyłu, pomachała nam wesoło i zaintonowała znaną wszystkim piosenkę. "Przypadki chodzą po ludziach"
Natężyłam słuch na jedną tylko rozmowę:
-Skąd mogłem wiedzieć, że to wariatka?
-Nie wariatka tylko matka. Nie rozdziela się matki z jej maleństwem. Co ci strzeliło do głowy żeby jej drzwi przed nosem zamykać?
-Brzydka.
-Nie brzydka tylko łysa.... prawie.
Niestety Cieszko domagał się pokarmu więc nic dalej nie słyszałam , przynajmniej z tej rozmowy bo refren piosenki o różnych śmiesznych zdarzeniach aż huczał w głowie:
"Jak świnka po ogródku, jak stonka po kartoflach,
przypadki chodzą po ludziach i to nie zawsze w miękkich pantoflach"
Do tej piosenki dziewczyny podokładały sporo zwrotek o zdarzeniach z naszego osiedla więc się ciągnęła i ciągnęła.
-Widzisz, karmi piersią - usłyszałam szept bruneta. Poczułam się zażenowana ale nawet nie drgnęłam, byłam wdzięczna Kuidizie, że mnie tego nauczyła . Dzięki temu dziecko nie było teraz głodne.
-O tym nie pomyślałem - przyznał rudy. Wygląda na Unasjankę, Unasjanki faszerują dzieci jakimiś świństwami. Ty masz rację, to jest matka.
To zabrzmiało jak pochwała.
Niestety, trafnie przeczuła, że to nie była zwykła wycieczka. Auto wjechało do
podstawionego w polu pływolotu. Do tego czasu wszystkie kobiety oprócz niej (wylała podaną tak jak pozostałym lemoniadkę do torby ze zużytymi pieluchomajtkami Cieszka), już spały, siedzenia zostały rozłożone tak, że utworzyły miejsca do spania, dzieci nie uśpiono, leżały obok matek, jeśli, któreś płakało zajmowała się nim Tęcza po czym odkładała na miejsce.
Cudna wiedziała o tym z rozmów, które już teraz były dobrze słyszalne ale patrzeć się bała, tuliła tylko Cieszka niby to przez sen.
Gdy lądowali zaryzykowała z nadzieją, że porywacze są teraz zajęci lądowaniem a nie porwanymi, cicho wstałam, cichutko otworzyłam drzwi auta i wysunęłam się na zewnątrz. Nawet się za siebie nie obejrzałam w ogóle nie patrzyłam na tych ludzi.
Nie wiedziałam czy dobrze robię. Ryzykowałam.
Miałam szczęście Cieszko nie płakał i nie interesowaliśmy w tym momencie nikogo, Ukryłam się w innym aucie między skrzyniami pełnymi owoców, podkradłam kilka, o których wiedziałam, że mogą je jeść matki karmiące. Pływolot wylądował, zaraz potem "moje " auto ruszyło.
==========

MILAREZA
Przez kilka dni z zapartym tchem przeczesywałam z pomocą agentarów Błędnyrys, fragment po fragmencie. Niestety Cudna nie miała żadnego przedmiotu, który mógłby pomóc ją znaleźć ale przecież nie byłam jedyną, która jej szukała. Specjalne służby Znmienitego Milandera szybko uporały się ze zlokalizowaniem pozostałych porwanych a przy okazji uwięzionej w piwnicy zaadoptowanego na pałac największego błędnyryskiego hotelu, Andi żony Margonomracha.


REFLEKSJE MILANDERA

Andi to córka Fruzlofa był u mnie inżynierem zaś Margonomrach kierowcą . Przyjaźnili się i Fruzlof dał mu swą córkę za żonę. Umierał w przekonaniu, że dobrze o nią zadbał. Przeraża mnie myśl co będzie z moimi dziećmi gdy odejdę. Też staram się je zabezpieczyć ale czy się nie przeliczę? Czy na przykład słusznie wybrałem nowego męża dla Milarezy i trafnie układam się w sprawie przyszłego zamęścia Rezemci?
Wyłączyłem Margonomrachowi lotopławę o imieniu Rezis. To moja lotopława, ja ją skonstruowałem i ja najlepiej wiem jak ją wyłączyć .Ponadto założyłem mu podgląd.
Zażądałem aby wydał mi więzioną przez niego Andi, jej córki Nandi i Anandi, Cudnę Korala, Czezinaro Sneszankę, Nełkiszede Śmieszkę, Ernildę Czubatkę i Tuidirę Panterę z dziećmi oraz Tęczę Szarą. Celowo nie robiłem różnic dla młodych matek oraz tych, które nimi dopiero będą.
Gdybym na przykład zażądał tylko Czezinaro nie wspominając o dziecku a ona w międzyczasie urodziła, mogliby zatrzymać maleństwo pod pozorem, że jego nie zażądałem.
Margonomrach zaczął wypytywać wykonawców porwania o Cudnę.
Zaprzeczali jej istnieniu ale później w rozmowach między sobą zdradzili mi miejsce gdzie mogła wysiąść w trakcie międzylądowania.
Margonomrach odpowiedział mi, że nie odda córek, Tęcza i Czezinaro nie chcą odejść o Cudnie Korala nie słyszał ale odda jeśli mu wskażę jej miejsce pobytu, odda też Andi i te kobiety, które chcą odejść oczywiście z dziećmi lecz w zamian mam mu włączyć Rezis.
Odpowiedziałem, że nie przyjmuję żadnych warunków. Rezis jest moja. On nią tylko powoził.Następnie metodą na wycięcie ściany wywiozłem z pałacu wszystkie interesujące mnie osoby i zabrałem do Rezis, którą zaadresowałem na Meduzę. Oczywiście ściany starannie wkleiłem na miejsce.
Wkrótce potem w wyniku przewrotu pałacowego władzę przejął i ogłosił się księciem Błędnyrysu Dobroduch Topolian. Margonomrach salwował się wraz z nową rodziną ucieczką.
Dobroduch poślubił wcześniej Czezinaro i domaga się ode mnie jej oddania bo to jego żona a nienarodzone dziecko już adoptował. Dziewczyna jest na mnie zła, że nie może być księżną. Może powinienem w tej sprawie ustąpić?
===========
Byłaby księżną tylko 8 dni.
Potem nadciągnął Onibchadinzer najpotężniejszy władca wolnej przestrzeni by ukarać Dobroducha za ten przewrót.
Ponieważ samozwaniec ostro bronił miasta stracił życie. Śmierć poniosło też wiele innych osób w tym kobiety i dzieci a Czezinaro i jej dziecko żyją i mają się nieźle. Nazwała córeczkę Fado ale zaewidencjonowano ją pod imieniem wybranym przez Dobroducha (o tym wyborze informował szeroką publiczność w nagraniach wizjofonicznych) -Dobrotliwa.
W wizjofonii nazywają ją księżniczką Dobrotliwą.
Onibchadinzer uczynił zdobyte miasto stolicą swego imperium i przezwał Onibchadinzerportem, wyraźnie na wzór Orbortportu.

WSPOMNIENIA CUDNY
To jest kradzież !!! - Wrzeszczał ktoś za mną.
-Muszę wyżywić dziecko! - odkrzyknęłam z determinacją. Byłam gotowa skoczyć mu do gardła.
- To trzeba zbierać po właścicielu to co zostanie a nie przed nim a zresztą moja matka gotowała lubadę i też nas wyżywiła.
Ja nawet nie wiedziałam co to jest lubada.
-Nie mam kuchenki, nie mam garnków, nie mam nic! - krzyczałam.
-To skądeś się tu wzięła?
Złapałam dziecko i chciałam uciekać ale zastąpił mi drogę. - Pomogę ci - powiedział.
Zaufałam mu bo właściwie jaki miałam wybór? Zabrał mnie do chaty gdzie mieszkała starsza kobieta.
-Przyjmij ją - polecił i od razu widać było, że ma do tego prawo - razem łatwiej dacie sobie radę.
-Palisandra - powiedziała kobieta wskazując na siebie.
-Cudka - Odpowiedziałam. Tak mówiła na mnie opiekunka Kniei gdy byłam mała.
- Unasjanka? - spytałam bo nie byłam pewna, włosy sięgały jej aż do karku.
-Obywatelka Księstwa błędnyryskiego -odpowiedziała.
Mężczyzna ją pochwalił - o właśnie. Zapiszę sobie ciebie Cudka a już dalej Palisandra cię o wszystkim pouczy. Nie nawykłaś do takiego życia?-Zapytał.
-Nie -przyznałam.
-Moja matka była w podobnej sytuacji i dała radę. Ty też dasz. Zbieraj dzikie rośliny i to co zostanie po zbiorach albo oddaj dziecko ludziom, których na nie stać ....
Odruchowo przytuliłam Cieszka.
-Tak przypuszczałem - powiedział - pracy ci na razie nie mogę dać bo masz dziecko więc pozostaje ci zbieractwo. A te warzywa weź - burknął oddając mi torbę. Zaraz potem wyszedł.
--------------
Palisandra to wspaniała kobieta, zawsze życzliwa, wspieramy się wzajemnie.
Zbieram dzikie rośliny i resztki z pól z taką zajadłością z jaką kiedyś grałam na klawibarwie a i tak nie dorównuję Palisandrze.
Erkedaosz miał rację, razem jest nam łatwiej.
Uczę się od niej jakie rośliny zbierać i jak przyrządzać. Wychodzimy razem więc może mi pomóc przy dziecku. Jak to dobrze, że wcześniej dużo się nauczyłam od Lukierji, Tęczy, no i bądźmy szczerzy także od Kuidizy inaczej wyglądałabym na kompletną niedojdę.
===============
OPINIA PALISANDRY
Ta dziewczyna to kompletna niedojda. Młoda a ma siły mniej niż ja. Wszystkiego trzeba ją uczyć. Przyjmuje za naturalne, że dzielę się z nią moją strawą (bo cóż tam ona uzbiera), że pomagam jej przy dzieciaku, nawet w nocy do niego wstaję a nigdy nie zaproponuje, że zrobi coś dla mnie na przykład przy okazji swego prania upierze też moje.Przeklinam w duchu Erkedaosza. Żyłam sobie spokojnie, beztrosko a teraz ....? Pieluchy i kolki. To już nie na mój wiek. Mam tego dość.
================
OPOWIEŚĆ CUDNY
Palisandra poprosiła abym tym razem sama poszła narwać warzyw bo ona musi zrobić generalne porządki ale dziecko mogę zostawić. Coś mnie tknęło i odpowiedziałam, że tylko by jej przeszkadzało, zabiorę ze sobą.
-Zostaw Cieszulka, będzie ci łatwiej córuchno.
-Nie, nie, już dosyć korzystam z twojej życzliwości....
-Ale ty dziecko musisz dziś nazbierać wszystkiego za siebie i za mnie, nie dasz rady.
-To wrócę później.
-Nie ja muszę jeść posiłki o czasie.
Zaczęłyśmy od uprzejmości a skończyłyśmy na zajadłej kłótni nawet nie umiałabym odtworzyć krok po kroku jak do tego doszło.
Wrzeszczałyśmy na siebie. Dowiedziałam się, że siedzę jej na karku, że nie ma ze mnie żadnego pożytku, że nawet nie raczę wstać kiedy mój bachor (już nie Cieszulek) drze się w nocy a przecież nie jest moją matką, że nawet naparu dla niej nigdy nie zrobię i że gdybym nie miała dziecka to bym poszła do pracy zamiast obciążać innych swoją osobą i że ona przecież się ze mną pieniędzmi za dziecko podzieli. Gdy to usłyszałam odepchnęłam ją, złapałam Cieszka i torbę z jego rzeczami w chybotliwych drzwiach zderzyłam się z młodą kobietą, dostała moją torbą w brzuch.
Byłam pewna, że przyszła po moje dziecko ale wszelkie słowa uwięzły mi w gardle.
-Co tu się dzieje? - Wrzasnęła.
Palisandra podniosła się ze swych betów i dopiero teraz spostrzegłam, że padając musiała o piórko minąć głową ciężką szafę, brzuch zaczął mnie boleć tak jakbym to ja dostała weń torbą.
- Ja się tylko tej histeryczki zapytałam czy nie lepiej byłoby komuś kogo na to stać oddać dziecko, przecież prędzej czy później będzie musiała - tłumaczyła niedoszła denatka.
-Raczej później - odpowiedziała szorstko nieznajoma i zaraz się przedstawiła - Jestem Turusa urzędniczka Onibchadinzera władcy połowy obszaru wolnej przestrzeni oraz Onibchadinzerportu. A ty? - zwróciła się do mnie.
-Cudka.
-Dobra. Co umiesz robić?
-Najlepiej to grać na klawibarwie.
-Dalej? - Widać było, że sztuka jej nie obchodzi więc skupiłam się na tym czego uczyłam się w szapio.
Wybrała ewidencjonowanie.
-Właśnie zakładamy własną ewidencję na wzór unaskiej, to się przydasz, znajdę ci miejsce, gdzie będziesz mogła siedzieć z dzieckiem.
-Dziękuję.
-Mnie? Za co? Jesteś teraz zakładniczką i dopóki Milander nie będzie się do nas wtrącał nic ci nie grozi.

 

 



Było mi żal Cudny.
Prześwietny ojciec jednak powiedział - teraz jest czas by wzięła swoje życie w swoją garść. Jutro będzie za późno. A ty się zastanów co chcesz zrobić z własnym.
-Skończę szkołę w Degeden...
-To już niedługo.
-Podejmę pracę w moim biurze, będę przyjmować zlecenia od Małymisia Murmurando.
-A dom? Rodzina?
-Są kobiety, które nigdy jej nie założyły. Choćby Emriwalda albo Eneroze. Nie uważam aby były przez to nieszczęśliwe.
-A nie sądzisz, że to ja powinienem o twój los zadbać? Bo widzisz Milarezuniu, ja ci ufam ale już niejeden ojciec się zawiódł bo nawet najlepsza dziewczyna może sobie nie poradzić z pewnymi napięciami i przynieść wstyd rodzinie a przy okazji zmarnować sobie życie.
-Tak, zważ jednak, że ja jestem brzydka, kaleka i stale zajęta.
-Dla mnie jesteś piękna a kalectwa nie widać. Nie chcialbym czegoś zaniedbać.
-A czyż inżynier Fruzlof nie próbował zadbać o los dostojnej Andi?
-No właśnie - westchnął prześwietny - tylko, że jeśli ja mogę popełnić błąd to ty tym bardziej. W każdym razie tę sprawę z Arnuszem załatw. Teraz jest dobry moment bo zamieszkał z Czezinaro. Nie zapomnij wziąć dowodów na to, że nie było cię na miejscu kiedy ratowałaś tych dwoje od napaści i kiedy byłaś dla nich tłumaczem w Unasie. W tym ostatnim wypadku najlepszy będzie filmik.
Nie spodziewałam się aby to było potrzebne i słuszne ale nasunęło mi inną myśl, poprosiłam ojca Amalki o nagrania filmu z wypowiedziami Arnusza do rodziny.
Pojechałam z tym do Snesz oświadczyć, że małżeństwo z Arnuszem uważa za definitywnie rozwiązane z jego winy i wziąć na to poświadczenie. Sprawa wydawała się prosta, moje oświadczenie powinno być wystarczające ponieważ wszyscy wiedzieli, że Arnusz związał się z inną kobietą a już wcześniej dał wyraz temu, że mnie nie chce i nie zostałam przyjęta w domu teściów czego dowodem są cztery sterczące nad ich polem kamienne siegridy na kolumnach oraz brama wiodąca na odgrodzone poletko . W tej sytuacji oświadczenie powinno być zwykłą formalnością a jednak nie było.
Rodzina Arnusza stawiała mi zarzuty n.p.: że specjalnie dopuściłam aby urządzili powitanie w Isage.
-To prawda ale nie wyraziłam zgody.
-Nie powiedziałaś, że się nie zgadzasz.
-Owszem, jednak w tym wypadku istotne jest to, że nie wyraziłam zgody.
-Ale Orbort wyraził.
-Nie wiem, nie było mnie przy tym. Przyjmuję, że mówicie prawdę bo mogło tak być ale dlaczego nie chcieliście mnie przyjąć u siebie? Co było nieodpowiednie dom czy ja?
-Ty - warknął nienawistnie dziadek Arnusza.
-A zatem rozwiązanie małżeństwa powinno wam być na rękę.
-A po coś zaprzysięgała Czezinaro? - Spytał z żalem w głosie jej ojciec.
-W nadziei, że skorzysta z okazji i da podstawy do unieważnienia mojego małżeństwa z Arnuszem.
========
Ku mojemu zaskoczeniu pojawił się też Fantegris. Twierdził, że nadal kocham Arnusza, i że powiedziałam to jego siostrze. A w dodatku Arnusz, którego ostatnio odwiedził jest gotów do mnie wrócić.
-Przypomnij mi proszę nazwę grodu w którym zamieszkali - poprosiłam.
-Też nie pamiętam,to taka trudna unaska nazwa.
-A gdzie się w Unasie ewidencjonowałeś?
- W Błędnyrysie.

-Czyli na obszarze aktulnie podległym Onibchadinzerowi masz zapewne przy sobie dokument zezwalający ci na przelot stamtąd do Unasu?
O, coś takiego - podałam mu kopię własnego zezwolenia na wjazdy i wyjazdy do i ze swej posiadłości w Błędnyrysie.
- Nie będziesz miał problemu z odczytaniem bo Onibchadinzer nakazuje sporządzać dokumenty w trzech językach. Znasz wszak auretański?
Naczelnik wziął dokument od Fantegrisa ten zaś tłumaczył:
-Przepraszam nie wzięłem tego zezwolenia, nie sądziłem, że będzie mi potrzebne.
-A pod jakim imieniem się zaewidencjonowałeś?
-Pod własnym.
-Który z tłumaczy w tym pośredniczył? Zapewniam, że znasz wszystkich Tolimańczyków współpracujących z unaską ewidencją jako tłumacze bo to prześwietny Lanbort ich wyznaczył. Łatwo uzyskamy potwierdzenie, że tam byłeś, zwłaszcza jeśli podasz datę i tempr.
.... Milczał.
-Przywiozłeś list od Arnusza?
......
A zawiozłeś jakiś prezent dla dziecka? Choćby któreś z twoich niemowlęcych ubranek? - Celowo zasugerowałam w ten sposób, że dziecko jest chłopcem.
-Nie, nie zawiozłem, ubranka po mnie dostali moi bracia, nie bywam w domu, ciężko pracuję lecz nie stać mnie na zakup odpowiedniego prezentu.
-A kiedy ostatni raz widziałeś się z siostrą?
-Była u mnie.
-Wbrew woli waszego ojca?
A ty w te pędy przyleciałeś tu nie bacząc na to, że ją zdradzasz? Czy zrobiłeś to tylko po to aby zemścić się za to, że zatrudniono mnie na stanowisku, którego ty pragnąłeś?
-Ależ skąd?!
-To dlaczego? Przecież mógłbyś się obawiać powrotu Arnusza. Gdybyś sobie życzył wyjaśnię dlaczego - nie czekając na takie zezwolenie pytałam dalej- Jaka jest płeć jej dziecka?
-Nie wiem. Nie było mnie tam, jestem teraz biedny a ...
-A ty przywiozłaś list od Arnusza? - Pośpiesznie zaatakowała mnie Sunelao, zanotowała sobie tę pośpieszność w pamięci.
-Tak nagranie filmowe - odpowiedziałam spokojnie.
-Aha, to go nagrywałaś czyli go odwiedzasz?
-Nie twierdziłam, że to ja nagrywałam. Ja pomyślałam tylko, że może chcielibyście coś takiego zobaczyć ale wykonał ktoś inny.
Najpierw chcę jednak dopełnić formalności i przypomnę, że ważne jest jedynie moje oświadczenie. Ani zdanie Arnusza, ani zdanie jego rodziny, ani opinia nawet całkiem szczerych świadków nie ma tu nic do rzeczy.

-Dlaczego dopiero teraz chcesz je złożyć, to oświadczenie? - Spytał ironicznie dziadek Arnusza.
-Dlatego, że wcześniej używałam statusu mężatki do wyjaśniania innym mężczyznom dlaczego z nimi nie flirtuję a teraz już są do tego przyzwyczjeni.
-A może teraz chcesz poflirtować?
-Gdyby nawet, to już nie byłby to twój problem dostojny złotniku lecz mego ojca a ty powinieneś wręcz pragnąć wymazania tego niefortunnego małżeństwa. Chyba, że uważasz je za intratne?
-A co? To dla ciebie mało spowinowacić się z mironejskim rodem?
Chwilę wymienialiśmy spojrzenia po czym odpowiedziałam
-ja od niemowlęctwa jestem spowinowacona - i nadal spokojnie patrzyłam mu w oczy. Nie podjął tematu bo przecież sam był spowinowacony poprzez mariaż syna.
-Nigdy nie pragnęłam małżeństwa z Arnuszem - wyjaśniłam.
-To po co w nie lazłaś?
-Najpierw bo byłam posłuszna decyzjom rodziny.
Potem by nikt nieuczciwie nie zarabiał przejmując mój spadek. Jeżeli zażądasz dowodów na to że były takie zakusy przedstawię je alczkolwiek sugerowałabym by dać spokój imieniu Arnusza. Stara się żyć uczciwie i na siebie zarabiać a ja myślę że Czezinaro jest jedyną kobietą, którą naprawdę pokochał i od początku należało mu pozwolić ją poślubić. Mniej złych rzeczy by się wydarzyło.
-Ale jakich? - Zapytała Sunelao.
-W drodze zostali napadnięci i okradzeni, potem wybrali zły statek i zostali zaliczeni w poczet niewolników, później Czezinaro została uprowadzona.
-Ta ... to jakby z tego wszystkiego wybrnęli? - Wyraził niedowierzanie ktoś z tłumu.
-Od czasu do czasu się nimi interesowałam, a że nigdy nie kochałam Arnusza, żadne złe emocje nie przeszkodziły mi im pomóc. Natomiast wydania Czezinaro oraz innych porwanych kobiet po prostu zażądał mój prześwietny ojciec.
W tej chwili Czezinaro mieszka z córeczkami i ...
-Jak to córeczkami? Ma bliźniaczki? - Zdumiał się Fantegris.
-Nie, jedną przygarnęli po drodze. Mieszkają razem ona i Arnusz. Są małżeństwem na mocy unaskiego prawa
-A przecie Arnusz umie pisać, trzeba było przywieźć list - oświadczył stary złotnik, któremu chyba umknęło, że już była o tym mowa.
-Przywiozłam coś lepszego - odpowiedziałam. - Dziś już nie będzie na to czasu. Jestem umówiona z osobą, której sprawę bedę przedstawiać w sądzie.
-Ty zawsze nie masz czasu. - Rozzłosciła się Sunelao - nawet na własnym weselu nie miałaś czasu.
-To prawda - przyznałam - a teraz proszę o przyjęcie mojego oświadczenia, że moje małżeństwo z Arnuszem będę traktować jako niebyłe. Tak oświadczyłam i to najzupełniej wystarczy proszę o zgodę na to abym po gotową decyzję mogła przyjechać następnym razem i przy tej okazji pokażę filmowy list Arnusza. Będę miała czas pojutrze o tej samej porze.
Oczywiście, że miałam jeszcze trochę czasu jednak nie wystarczyłoby go na pokazanie całego filmu i dalsze dyskusje. Lepiej było dać go sobie więcej na odpoczynek.
=======================



Spotkałam się z klientem i jego rodziną w ich domu. Zadając parę rzeczowych pytań udowodniłam, że to jego adwersarz ma rację. Próbowałam nakłonić do do ugody, wykazując ile może stracić jeżeli tego nie zrobi. Klient mi naubliżał, nawtykał żem smarkata i na niczym się nie znam, przypomniał, że jej moim obowiązkiem jest występować po jego stronie.
Spokojnie jeszcze raz wyjaśniłam jakie straty finansowe, towarzyskie i emocjonalne może ponieść jeżeli jak najszybciej nie pogodzi się z przeciwnikiem.
-Przecież my nie pracujemy za darmo - wyjaśniłam - a ta sprawa może się ciągnąć arlami. Zechciej to proszę na spokojnie przemyśleć a za pięć dni podasz mi swą decyzję.
-Zmienię sobie przedstawiciela - odrzekł gniewnie.
-Masz takie prawo. Mimo to wrócę po decyzję za pięć dni i oczywiście nie będę się upierała aby prowadzić tę sprawę.
-A ja cię w ogóle nie chcę tu widzieć!
-Zgoda. Nie przyjadę.
Wysłałam zgłoszenie do Tusarady,której kancelarię miała w tej sprawie reprezentować. Oczywiście wysłałam za pośrednictwem Emriwaldy.


=============
Dwa dni później poleciałam do Snesz, odebrałam dokument i pokazałam filmowy list od Arnusza ilustrowany wstwkami dokumentalnymi. Ostrzeżona przez Prześwietnego Milandera wzięłam aparat odtwórczy z tym jednym sporządzonym przez pracowników Lanborta i autoryzowanym przez Arnusza filmem.
Sceny, których nie życzył sobie pokazać zostały wycięte. Gdy do wypowiedzi młodego mężczyzny dodawano wstawki dokumentalne on sam był pokazywany w prawym górnym rogu. Reporter wspierał go zadając od czasu do czasu pytania.
Na koniec pokazano jak Arnusz oprowadza Czezinaro i Czekebaro po unaskim mieście ucząc je jak się tam należy zachowywać i z czego można korzystać.
-A co on taki mądry? - Zdziwił się Tanas.
-Uczęszcza na specjalne kursy - wyjaśniłam przemilczając, że sama je opłaciłam.
Dzięki temu szybciej nauczy się tam żyć i znajdzie pracę.
-O pracę to ty już się nie musisz troszczyć, to złotnik - powiedziała Sunelao.
Milareza tylko się leciutko uśmiechnęła.
-Ale przecież tam noszą złote ozdoby? - Zaniepokoiła się Sunelao.
-Tak, biedna ludność pochodzenia pukatańskiego bo są tam bardzo tanie. Aby na tym zrobić trzeba uruchomić masową produkcję maszynową.
- To jakbyście razem byli to przecież dalibyście radę zakupić maszyny.
-Z pewnością ale po co byłby mi wtedy Arnusz? Potrafię zrobić projekt i odpowiednio maszynę zaprogramować. Ponadto Czezinaro nie zniosłaby gdybym z Arnuszem współpracowała.
-To znaczy, że moglibyście jeszcze do siebie wrócić? - Opacznie zrozumiała tę uwagę Sunelao.
-Nie. Ja się nigdy na to nie zgodzę.
-Ale skoro go wspierałaś to musi ci jakoś na nim zależeć.
-Wyłącznie jak na człowieku potrzebującym pomocy ale zapasową żoną dla nikogo nie będę.
-A myślisz, że ci się lepszy trafi?
-Nie pierwszy raz dajesz mi do zrozumienia, że jestem dla ciebie nikim. To prawda, że jestem nieurodziwa, kaleka i tylko adoptowana ale za to uczciwa i choćby z tego powodu na odrobinę szacunku zasługuję. Choćby nie trafił mi się żaden to i tak nie poślubię ani zakochanego w innej ani kogoś dla kogo liczy się tylko mój majątek. Nie jestem tak zdesperowana.
Wyszłam ale zatrzymali mnie ci, którzy nie mieli okazji obejrzeć filmu o Arnuszu bo się na sali nie zmieścili.
Wróciłam więc podeszła do naczelnika, pokazała mu jak włączać aparat odtwórczy i zostawiłam aby każdy kto zechce mógł obejrzeć.
Nieoczekiwanie podszedł do mnie dziadek Arnusza Powiedział - dziękuję ci za ten film i przepraszam.
Tego się nie spodziewałam, jednak odruchowo zareagowała uprzejmym ukłonem.
==========

Za pośrednictwem Emriwaldy skontaktowała się ze mną przez milanderłącze Tusarada, jedyna kobieta prowadząca kancelarię prawniczą. Kształciła się prywatnie wspierana przez dziadka i po nim tę kancelarie odziedziczyła. Podziwiałam ją ale nie teraz. Teraz Tusarada była wściekła i miała nieprzyjemną twarz. Powiedziała, że nigdy w życiu nie zatrudniłaby w swej kancelarii kogoś takiego jak ja bo przecież tak działając "puściłaby ją z torbami". Miała oczywiście na myśli nakłanianie klienta do ugody a tym samym wycofania sprawy.
-Na szczęście udało mi się to odkręcić -powiedziała.
-Rozumiem - oznajmiłam ale zechciej mi wybaczyć, ja jako rzecznik w niesłusznej sprawie, nie wystąpię.
Tusarada sie roześmiała - nie wystąpisz bo ja cię od niej odsunęłam. Nie chcę współpracować z taką niedojdą.
Nie skomentowałam tego, skłoniłam się tylko i sluchałam dalej bo przecież Tusarada miała prawo wylać na mnie swoje żale a w dodatku powiedziała wiele o specyfice działania kancelarii. Ukradkiem zaznaczała na wydruku ważniejsze fragmenty. Dopiero po 25 momentach powiedziałam - przepraszam, skończył się czas, który mogłam ci poświęcić.Dziękuję za cenne wskazówki, niektóre z pewnością wykorzystam.
Skłoniłam się nisko i przerwałam połączenie.

Sprawa się nie odbyła bo dwaj adwersarze zgłosili się do Lodwara by poinformwać, że zawarli ugodę.
Na jego pytanie dlaczego dopiero teraz, mój niedoszły klient powiedział - a bo głupi byliśmy - dopiero ta mała prawniczka otwarła mi oczy,że lepiej żyć z sąsiadami w zgodzie niż włóczyć sie po sądach i wydawać na prawników.
============


Dostałam jeszcze jedną szansę. Sprawa była podobna do poprzedniej. Chodziło o przestawienie znaków wytyczających posiadłość. Dokładnie się z materiałem zapoznałam. Zebrałam dodatkowe informacje. Byłam zadowolona bo wyglądało na to, że tym razem będę bronić słusznej sprawy.
Potem nagle zdecydowano, że abym reprezentowała drugą stronę.
-Dlaczego? - Zapytałam zawiedziona - to przecież nieetyczne, rozmawiałam już z jego przeciwnikiem.
-Tak sobie życzył twój nowy klient - odrzekł Lodwar - a jego przeciwnik nie widzi przeciwwskazań. Mam to na piśmie.
Porozmawiałam z tym nowym klientem. Powiedziałam mu, że to nie był dobry pomysł.
-Bo widzisz mnie na razie stać na wybieranie klientów a nie potrafię bronić spraw co do, których nie mam przekonania.
Przekonał mnie.
Miałam jednak mało czasu na przygotowanie i nie wszystko szło po mojej myśli.
Weszłam do halu w swej nowej specjalnie na tę okazję uszytej brązowej sukni towarzysząc klientowi, pod pachą miałam teczkę z aktami na nogach buty na wysokim obcasie bo choć od przyjazdu do szkoły nieco podrosłam nie szkodziło jeszcze się podwyższyć. Spotkawszy Rifadę, lekko się jej ukłoniłam i przeszłam ale nie na tyle szybko by nie zobaczyć zaskoczenia na jej twarzy. Czy to możliwe, że nic nie wiedziała o przydzieleniu mi tej sprawy?
-Nieeee - pomyślałam -przecież Eneroze o tym wiedziała, niemożliwe aby nic nie wspomniała swojej sekretarce. W dodatku byłam u Lodwara osobiście a i Emriwalda jeździła w moich sprawach.

Na rozprawie przyjęła taktykę przeciągania.
Zadawała dużo pytań. Część miała wcześniej przygotowaną, niektóre musiały nasunąć się na bieżąco.
Tylko niektóre pomagały jej zdobyć dodatkowe informacje za to wszystkie denerwowały przeciwnika jej klienta. W odwecie zaczął z nich kpić. Udawała, że tego nie spostrzega.
Co jakiś czas upewniałem się jaki jej pytania mają związek ze sprawą.
-Zmierzam do wyjaśnienia - odpowiadała, to mnie stresowało też byłem uczniem i chciałem wypaść jak najlepiej a takiej taktyki nie przewidziałem. Postanowiłem że jeśli z tym nie skończy zacznę kasować jej pytania. Właśnie wtedy powiedziała: Większości z obecnych wydaje się, że sprawa dotyczy przestawionych słupków tymczasem chodzi o coś o wiele poważniejszego - chwilę mówiła to do ukrytej wysoko za filarem dziewczynki ta zaś zamarła bez ruchu na galeryjce. - Mój klient nie wybrał mnie dla mojej sławy dobrego prawnika bo jej nie mam. Nie wybrał mnie też dlatego, że ma coś przeciwko rzecznikowi drugiej strony. A zatem dlaczego? Może ze względu na urodę? Nie, rzecznik przeciwnej strony ma jej więcej ode mnie, tu skłoniła się Tusaradzie a więc dlaczego? Powód jest prozaiczny. Ze względu na moje koligacje. Ja mogłam poprosić o zlecenie zbadania z pomocą czułych urządzeń co kryje się pod sporną ziemią oraz w innych podejrzanych punktach.
Dobrze byłoby zabrać to dziecko z galerii - dodała patrząc w górę i w tym samym momencie wrzasnęła z ból, chwyciwszy się za fryzurę, Mały haczyk wbił się w jej włosy tuż obok diademu.
Niemal w tym samym momencie weszła Dagrida.
-Mam ważne pismo do Milarezy. Dotyczy tej sprawy.
-Daj mi - poleciłem. Jedna z koleżanek podbiegła z nożyczkami od robótek, którymi się zajmowała na widowni. Nad salą fajtały damskie nogi.
-Elu ... wyszeptała Milareza podczas gdy koleżanka odcinała haczyk
-Elu - zachowaj spokój - powiedział Lodwar - i mocno się trzymaj tej belki. Wszystko będzie dobrze.
Niczego się nie bój. Paru mężczyzn pobiegło damę ratować, ktoś się śmiał, ktoś histeryzował, tylko Lodwar spokojnie przemawiał do wystawionej na pośmiewisko kobiety.
Zdezorientowana Dagrida pozwoliła zbrać sobie arkusz z notatką Milarezy zawierającą informacje o tym co sama ustaliła w sprawie.
W lot pojąłem, że wejście Dagridy było umówione. Mogła dać jakikolwiek papier, dała tę notatkę.
Adwersarz klienta Milarezy zaczął się cichaczem cofać , bojąc się krzyczeć próbowałem gestami zwrócić na to uwagę obsługi.
Dopiero gdy ten człowiek był tuż u drzwi nie wytrzymałem i wrzasnął - zatrzymać!
-Ciszej, dziewczynę straszysz - powiedział ktoś.
-Bo gapicie się jakbyście nigdy wywieszonego prania nie widzieli a morderca ucieka - odpowiedziałem.
Ktoś go jednak zatrzymał.
-Proszę o zachowanie spokoju i powagi -zażądałem - przecież tu dzieci na sali nie ma.(Dziewczynkę już wyprowadzono) Nie widzę powodu do ekscytacji . - Kiedy młoda kobieta była już bezpieczna dodałem - proszę ustalić dane tej osoby spod sufitu bo będziemy musieli przesłuchać na okoliczność pomagania mordercy w ucieczce. A wracając do sprawy: nie wiedziałem, że są urządzenia umiejące tak łatwo odkryć zwłoki sprzed 10 arli ....
Potem zwróciłem się do uciekiniera.
-Jak mogłeś? To przecież była twoja teściowa. Matka twojej żony i babka twoich dzieci. Zabiłeś ją dla pieniędzy. Okropne. Dla 30 rafli , tyle było warte jej życie?
-Nieprawda. Popchnąłem ją w kłótni - przyznał się - ale nie chciałem zabić a żadnych pieniędzy ona nie miała.
-Miała - odkrzyknął klient Milarezy - a niby za co postawiłeś sobie spichlerz?
- Kiedy popełniono tę zbrodnię? - Spytał Lodwar bo najwyraźniej umknęła mu ta informacja.
-10 arli temu - wyjaśniła Milareza - uznano wówczas, że kobieta opuściła męża by związać się z kimś innym ale mój klient a syn tej kobiety nigdy w to nie wierzył a ponieważ tamtego dnia widział swego szwagra z łopatą na spornym kawałku ziemi postanowił tę ziemię zagarnąć w celu przekopania. To już jednak sprawa na inne posiedzenie.
Tymczasem panowie ratownicy przyprowadzili młodą damę i głośno przedstawili: Eluksendrea córka Riehana.
-Współczuję twojemu ojcu - powiedziałem i głośno poprosiłem - niech się któraś z dam nią zaopiekuje bo dziewczyna jest w przykrej sytuacji.
Po zakończeniu rozprawy i wyprowadzeniu winnego Lodwar spytał mnie gdzie są zwoki. Wzruszyłem ramionami - nie wiem.
-A skąd wiesz, że w ogóle były zwłoki i czyje ?
-Notatka jest przejrzysta - wyjaśniłem.
-Sądzę, że należy szukać pod spichlerzem - oświadczyła Milareza.
-Sądzisz czy wiesz?
-Widziałam jak przeciwnik mojego klienta zareagował na słowo spichlerz a jak ustaliłam ten spichlerz zaczęto wtedy stawiać. Mój klient uważał, że jego szwagier postawił go za pieniądze z rozboju a ja myślę, że te pieniądze są przy zmarłej. Lodwar wziął arkusik od prowadzącego posiedzenie.
-Ładne pismo - stwierdził - i czytelne, uporządkowane informacje. Kto to pisał?
-Ja dostojny Lodwarze - odpowiedziała.
-Sama do siebie? Mogę to zabrać ?
-Tak, ten egzemplarz jest przeznaczony dla ciebie.
-Wszystkie są przeznaczone dla mnie - odrzekł z naciskiem w głosie - bo to nie jest sprawa dla arbiturientów ani dokument do prywatnego archiwum.
-Tak, w istocie masz rację - przyznała i oddała mu teczkę z aktami sprawy.
-W ogóle nie powinnaś była tego przyjąć tylko od razu oddać mnie - wyjaśnił.
-Nie chciałam zawieść człowieka, który mi zaufał.
-A jak to możliwe, że zauważyłaś dziecko a nie zauważyłaś kobiety z wędką? -zainteresował się woźny.
-Początkowo jej tam nie było - wyjaśniła - nie wiem kiedy i jak weszła. Najwyraźniej mam za słabą podzielność uwagi.Skupiałam się na obserwowaniu twarzy biorących bezpośredni udział w sprawie.
-O co Elu mogło chodzić? - Zastanawiał się Lodwar.
-Nie wiem, może chciała sprawdzić czy włosów nie ścięłam - mówiąc to rozpuściła je - A może chodziło o diadem. To już sprawa sędziego Riehana i dostojnej Eneroze. - Tym samym dała do zrozumienia, że nie zamierza tej sprawy załatwiać przed sądem.



Eluksendrea była drugą uczennicą na kursie. Całkiem nieźle poszły jej egzaminy a mimo to odpadła. Głupio odpadła. Niestety nie przyszła na zakończenie i nikt jej nawet nie mógł zapytać - dlaczegoś ty to zrobiła?
-No zobaczcie dziwiła się Nala: takie dobre uczennice jak Elukssendrea i Meliwaretta odpadły aż żal. No i dlaczego? .
-Niby takie mądre a idiotki dodała Nakeregoen - nie rozumiem takich ludzi.
No jak można w czasie posiedzenia sądu rzucać na kogoś haczyk? Milarezo, o co jej mogło chodzić?
-Nie wiem, nigdy nic złego jej nie zrobiłam.
-Zostałaś na jej miejsce prymuską - podpowiedziałam
-No i to co powiedziałaś na rozprawie - dodała Mendelisa - o tym, że myślała, że skoro przebywasz stale w Unasie to ścięłaś włosy a teraz masz perukę i dlatego zmieniłaś uczesanie. Sama słyszałam jak Rifada powiedziała tak do Eneroze. Elu chciała cię skompromitować, pewnie myślała, że uda jej się uciec.
-Uciekłaby gdyby zostawiła wędkę - stwierdziła Gedeszama.
-To by ustalono czyja to wędka - oświadczyła Luirduetea wchodząc w towarzystwie innych nauczycielek - Milarezo była zażarta dyskusja czy nie ukarać ciebie i Grygitala za podjęcie się sprawy o morderstwo.
Dlaczego? Przeciez nigdzie nie ma wzmianki, że nie wolno a na dodatek on nie był na to przygotowany, improwizował. Dagrida mnie miała podać to pismo, nie jemu.
-No i dlatego, że rzeczywiście nie ma takiej wzmianki.Szuarad was wybronił.
-To ładnie z jego strony ale powiedz proszę co miał zrobić przewodniczący? Przecież zachował się adekwatnie do sytuacji, wycofanie się na tym etapie byłoby poważnym błędem.
-Tym bardziej doceń, że Szuarad bronił was oboje. Nie dostaniesz teraz promocji tylko jutro przed balem na głównej sali z wszystkimi, którzy są najlepsi na swoich kursach.
Wśród najlepszych była też Dagrida, Amaldyna, Lalotta i Grygital mający podjąć pracę w kancelarii ojca.

http://b1.pinger.pl/29a9cdf73fca2827b67153dea02747cf/TYTUY.jpg
W tańcu namawiał mnie abym zatrudniła się u jego ojca.
-To byłoby trudno - wyznałam - bo mam jeszcze dwa inne miejsca pracy, moje biuro i Binius w Unasie. Te dwa etaty połączę ale więcej nie dam rady. Możemy jednak współpracować ... -Przerwał mi dżwięk mikromilanderłącza zwiastujący Małymisia Murmurando.
-Wybacz - powiedziałam - to może być bardzo pilne, wybiegł za mną na hol gdzie odebrałam rozmowę. Nic z niej nie rozumiał.
-Misiu potrzebujemy pomocy - powiedział Ryś korzystając z aparatu Małymisia - jesteśmy uwięzieni w gmachu protektoriatu w Szczurołapach, a ty gdzie jesteś?
-W Degeden - chyba wcale nie słuchał odpowiedzi bo zaraz po zapytaniu objaśniał strategię.
-Nie zdążę w podanym przez ciebie czasie - powiedziałam - musicie wytrwać trzy tempry. Wszystko czego potrzebujecie mam w lotopławie, zorganizujcie ewakuację.
Ryś chciał jeszcze coś mówić.
-Później - przerwałam mu - teraz muszę dotrzeć do lotopławy. Wybiegłam a Grigital za mną.
-Nie możesz ze mną lecieć - powiedziałam - w niczym mi nie pomożesz a opinię zepsujesz.
Przestał za mną biec.
Z lotopławy skontaktowałam się z Małymisiem.
-Organizujemy się Mizo - powiedział - nie da się przyśpieszyć?
-Jestem za daleko ale ...Zapytam mojego prześwietnego ojca. Przepraszam, jeżeli masz coś ważnego do powiedzenia to mów, ja nagrywam.
Poczekał aż skontaktuję się z ojcem a przy tym robił takie dziwne miny jakby ktoś dawał mu niezrozumiałe znaki. Odebrała prześwietna Rezeryka - dobrze posyłam autoloty z Meduzy - powiedziała po wysłuchaniu - strategia pozostaje bez zmian. Miza zarządzaj tym, przekazuję ci stery.
-A co z prześwietnym ojcem?
-To już nie na jego nerwy córeczko. Nastał czas kiedy musimy go oszczędzać. - Ujrzałam wyraz ulgi i zadowolenia na twarzy odbijającej się w szybie, rozważałam coby to mogło znaczyć. Prawdopodobnie był to ktoś dający znaki Małymisiowi.
Niepokoił mnie.

Skup się na Twoim zadaniu -porosiła prześwietna Rezeryka rozradowując tą samą twarz -jesteś dokładniejsza niż ja więc ci go nie zabieram. Dokładność tu jest bardzo ważna.
Mimo to jednak prześwietna Rezeryka dyrygowała akcją. Po prostu nie umiała inaczej.
Dzięki sprawnemu zarządzaniu ewakuacją przez przywódców uwięzionych Unasjan akcja trwała króciuteńko. Porzucili wiele nawet cennych rzeczy byle ratować życie.
W autolotach też było wszystko czego teraz potrzebowali. Mogli się umyć przebrać, zjeść, napić, opatulić w koce. Wycieńczonymi zajęli sie natychmiast Rezeryka i inni operatorzy automedów.
-Wracaj na bal - poleciła mi Rezeryka - my już sobie poradzimy.
-Sądzisz, że mogłabym teraz tańczyć? Najpierw koniecznie sprawdź jaki błąd popełniamy zabierając unaskich protektoriuszy ze Szczurołap na Meduzę. Czuję, że to jest poważny błąd i trzeba spytać kogoś kompetentnego.
- Po co? Po prostu rozwieźmy ich po terytorium Unasu. Tych twoich na przykład do Arkad, dobre miejsce to Orlabaza albo Jarmgieł, im bardziej w głąb terytorium tym lepiej. Na Meduzę nie weźmiemy nawet chorych. Ustal, która placówka medyczna ich przyjmie.
Skontaktowałam się z koordynatoriatem medycznym oraz trzema protektoriatami. Te ostatnie po prostu poinformowałam iloma osobami będą musiały się zająć i nie wdawałam się w dyskusje. Mówiłam, że nie może prowadzić długich rozmów bo pilotuję cztery autoloty i rozłączałam się. Wiedziałam, że Unasjanie mogą po kilkakroć zmieniać decyzje więc podjęłam je za nich. Dopilnowałam dolotów. Zorientowałam się, że na wszystkich ewakuowanych czekano by im przydzielić zakwaterowanie a potem na polecenie Rezeryki wróciłam na bal.

-To były ważne sprawy biura, które mnie zatrudnia w Unasie - wyjaśniła krótko ciekawskim.
-A co tak szybko? - Zapytał Szuarad.
-Wysłano transport z lepszego miejsca. Ja byłam za daleko.
-No to czemu tak długo?
-Bo trochę jednak byłam przydatna.
-A konkretnie o co chodziło? - Spytała Eneroze.
-Na części terytorium Unasu trwają walki. Zapanował tam w krótkim czasie już trzeci książę.
Unasjanie pilnują pobliskich terenów. Właśnie czwarty kandydat na księcia zaatakował sąsiadujące z zaanektowanym terenem miasto. Przebywali tam moi współpracownicy, ewakuowaliśmy ich oraz innych przebywających razem z nimi.
-A ludność?
-"Radośnie" przyjęła przewrót lub umknęła. Jedni na własną rękę, inni pod ochroną trzeciego, aktualnie panującego księcia. Chyba pójdę już do domu, nie cieszy mnie ten bal.
-Nie dokończyliśmy tańca a powinniśmy - oświadczył Grygital.
-No dobrze coś ci jestem winna za to, że mnie posłuchałeś i zawróciłeś.
Wkrótce tańczyłam i zostałam do końca bo już nikt nie watpił, że potrafię tańczyć i miałam wielu partnerów.
Nawet Walturian mnie poprosił.
-Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? - Zapytał.
Zarumieniłam się - Było trochę niefortunne - przyznałam.
Oczywiście, że pamiętałam, to właśnie Walturian mnie podtrzymał gdy potknęłam się schodząc po schodkach z tarasu.
Roześmiał się.
-A co z Cyprysią? - Zapytał.
-Dochodzi do siebie po operacji.





Adadżio wrócił pełen werwy i radości czyli "chowajcie się kto potrafi" . Dostał zamianowanie na kierownika kolonii.
Begonia została odwołana za źle zorganizowaną akcję ewakuacji w Szczurołapach choć doprawdy nie miała i nie mogła mieć z tym nic wspólnego.
Natychmiast kazał wręczyć bilety pożegnalne 22 osobom. Ja też dostałem więc mogę zacytować treść a jest tak podła jak sam Adadżio: Prosimy Cyranika Lambrekina o opuszczenie kolonii w Agamie ponieważ został zaliczony do osób opornych wobec władzy, konfliktowych lub posiadających możliwość zamieszkania w innym miejscu.
To wszysto jednym ciurkiem bez wskazania właściwego powodu. Ohyda. Najpierw zawiadomiłem Milandera bo to jego dom oraz Małymisia Murmurando bo jest tu szefem.
-Już mi kto inny zgłosił - wyjaśnił Milander- pakujcie się powoli - rozkazał - grajcie na zwłokę.
Na razie pozwólmy im działać abym mógł to potem radykalnie załatwić. Bilety zachowajcie jako dowody rzeczowe. Zachowujcie się grzecznie cokolwiek będzie się działo. Wy macie być w porządku bo ja zbieram dowody i wszystko filmuję. nie informujcie o tym Adadżia.
To było ważne pouczenie. Pamiętaliśmy o nim ja i mój współlokator Łoś Szafran i kiedy Adadżio z ekipą wpakowali się do naszego pokoju aby nam pomóc się spakować ja odsunęłem się na bok a Łoś stał na środku i do mnie zagadywał bez złości:
- patrz pognietli ci koszulę przyszli protektoriusze.
Potłukli mi pamiątkową filiżankę (kupił ją wczoraj w arkadyjskim sklepiku) Strach pomyśleć co się stanie z naszym krajem pod rządami niszczycieli.
Pośpiesz się - rozkazał mu Leksykon.
-Jak możesz - odrzekł Łoś nie dość, że mnie stąd wyrzucasz, że niszczysz moje mienie to jeszcze upokarzasz protektoriuszu? Kim ty jesteś?
-Nikt cię nie upokarza - zaprotestował Adadżio.
-To dlaczego ja się czuję upokorzony?
-Trzeba się było bardziej pośpieszyć. Ludzie czekają.
-no i co z tego skoro ja mam legalny przydział na miejsce w tym pokoju.
-Właśnie cofnęłem ci ten przydział.
-Pismo jest nieważne bo nie wskazuje na żadne twoje uprawnienia ....
-Jestem szefem kolonii.
-Nawet jeśli to nie zabudowań, nie wyjawiłeś też za co mnie wyrzucasz na bruk.
-Wyjawiłem. Masz możliwość zamieszkania z Cyranikiem u jego ojca.
-To proszę mi to napisać konkretnie zamiast sugerować, że jestem złoczyńcą. Masz tu bilecik skreśl niepotrzebne i dopisz gdzie konkretnie mam zamieszkać.
-Swoim zachowaniem udowadniasz, że moja decyzja co do ciebie jest słuszna.
Widzisz, Cyranik jest grzeczny - tu Adadżio pogłaskał mnie po głowie. Czułem, że sztywnieję ale zwyciężając łzy powiedziałem w stylu Milarezy - zechciej proszę mnie nie poniżać i cofnij tę rękę.
-Ale cóż ja takiego zrobiłem?
-Jeżeli tego nie rozumiesz to ten kto cię mianował protektoriuszem powinien się wstydzić. Proszę abyście natychmiast opuścili ten pokój bo zamierzam się rozpłakać, no chyba, że wasze sadystyczne skłonności zostaną przez to usatysfakcjonowane.
Dziwne ale gdy tylko powiedziałem, że będę płakał odeszła mi na to ochota.
-Cyraniku no przecież oni wręcz uwielbiają pomiatać ludźmi - wyjaśnił mi Łoś - inaczej nawet by tu nie weszli.
-Wyjdźmy - zażądał Leksykon.
-Daję wam jeszcze tempr - oznajmił Adadżio.
Zużyliśmy dwa. Milander cichaczem zabrał podziemiami część naszych rzeczy do magazynu. Zabraliśmy tylko te najpotrzebniejsze i szliśmy ja naprawdę, Łoś na niby zgięty pod ich ciężarem. za bramą weszliśmy do podstawionego wozu, który natychmiast odjechał tak. że Adadżio wyszedłwszy krótko za nami (co zobaczyłem na filmie) na próżno się rozglądał, W samochodzie było sporo wykwaterowanych a jeszcze zawrócił po następnych.
Chwilowo zabrano nas do hotelu w Orbortporcie. Pobyt mamy gratis. Od razu odwiedził nas mój ojciec.




Byłem szczęśliwy a nawet w euforii i nagle czyjeś głupie słowa to zniweczyły.
Wkroczyłem na czele grupy swych wielbicieli do siedziby Biniusu i zażądałem czipów od transportu. Małymiś popatrzył po nas jakby zdziwiony - a co to chłopcy jest? - Zapytał spokojnie - rebelia na wzór błędnyryskiego przewrotu, pod wodzą księcia Adadżia Wspaniałego?
To natychmiast ostudziło zapał wielbicieli. Tak, te idiotyczne słowa: rebelia i książę Adadżio. To nadawało sprawie zupełnie inny, fałszywy wymiar.
-Nnnie -wyjaśnił Doceludąż Komandor - Adadżio został zamianowany naczelnikiem kolonii.
-No i co z tego? Po pierwsze kolonia nie dysponuje transportem, po drugie Adadżio ma zakaz przekraczania bram i murów tej posesj, która też nie jest własnością kolonii, ponadto w moim biurze też go sobie nie życzę oglądać.
-No to jak ma być naczelnikiem?- Zapytał zdezorientowany Leksykon.
-A to już nie jest mój problem. Jeżeli natychmiast się stąd nie wyniesiecie zgłoszę napaść na biuro. Wyszli, zwyczajnie wyszli. Chwilę zostałem sam ale tylko chwilę. Miałem już kiedyś spięcie z tym człowiekiem i wiedziałem, że gość nie żartuje.
Wyszedłem i udałem się do protektoriatu aby przestawić sprawę.
-Nic ci na to nie poradzimy - powiedział szef okręgu.
-Nie odbierzemy gościnnemu właścicielowi jego mienia ani prawa do decydowania, kto może tam wejść.
-Dobra, przejmę na razie Gekon a powiedzcie mi do kogo należy ziemia w okół zagrody Milandera?
- Po części do niego po części do naszego miasta.
-Dobra to postaram się o kontenery na części miejskiej.
-Kogo zapytasz o zgodę?
-Mianowanie mam z naczelnego protektoriatu. To nie była, żadna rebelia jak to chce przedstawiać Mumrmurando.
-Tego nie wiem ale napaść i bezprawne wyganianie mieszkańców z pewnością. W dodatku dotykaliście rzeczy wypędzanych i włamywaliście się do zamkniętych pokoi w tym do pokoi córek Milandera. Szperaliście nawet w ich bieliźnie. Nie możemy pozwolić aby ktoś kto ma na koncie włamania zarządzał kolonią.
-Jakie włamania? To jest tendencyjna przesada.
-Wasze działania zostały utrwalone na filmach i tam wyraźnie widać,że to nie jest tendencyjna przesada. Przykro mi ale więcej czasu nie mogę ci poświęcić. Nie wiem czy ty nie myślisz co robisz, czy uważasz, że mistrzowi stadionów wszystko wolno - mówił wstając i kierując się do wyjścia z pokoju posłuchań.

Miałem mnóstwo planów i ani myślałem z nich rezygnować.
-Pomagam ci ostatni raz - powiedziala nie wiedzieć czemu zirytowana matka - kto ci kazal włazić na teren prywatny, włazić do cudzych pokoi, wyrzucać zawartość szaf
-Niczego nie wyrzucałem!
-Przynajmniej nie kłam Sfilmowano was jak grzebiecie w szafach i wyśmiewacie pukatańskie spodnie noszone pod sukniami, gnieciecie cudze koszule, rozbijacie filiżanki, poniżacie protektoriuszy.
Filiżankę stłukli niechcący a niby kogo poniżaliśmy? Cyraniczka? Nie przesadzaj.
-Ja mogę nie przesadzać - odpowiedziała - ale inni będą a poniżałeś nie tylko Cyranika ale też innych a mnie zwłaszcza chodzi o Begonię.
Pogadała sobie ale postarała się o utwierdzenie w mocy zamianowanie mnie na naczelnika kolonii młodzieżowych na terenie Arkad.
Od razu wziąłem się za realizację planów a przy okazji dokopanie przeciwnikom.
Zamówiłem na koszt okręgu arkadyjskiego kontenery. Ustawiono je za murami posiadłości Milandera w Agamie. Niestety nie tuż przy murach bo pas zieleni w okół nich też do Milandera należał. Młodzież dostała nakaz przeniesienia się ale ci, którzy wcześniej dostali słynne bilety relegowanych pozostali na części Milandera.
Stanowczo zakazałem używania nazwy Agama dla tej części i niemal natychmiast nad jej bramą pojawił się napis: "Orfanteza". Za co zostałem zbluzgany przez naczelnika okręgu. Ten facet mnie drażnił ale jeszcze nie była na niego kolej. Najpierw należało się rozprawić z przyszywanym bratem Cyranikiem i jego poplecznikiem Małymisiem Murmurando.
Zaczęłem od tego, że korzystając ze swoich wpływów narzuciłem Biniusowi czwórkę praktykantów. Dwoje z Arkad, Dwoje z Agamy, tej właściwej czyli "mojej" Agamy. Dzięki tym dwojgu mogłem mieć wgląd w sprawy biura. Nawet mianowałem się ich opiekunem praktyk ale ... Do biura mnie nie wpuszczono a szkoła (ojczymuś) wyznaczyła jednego opiekuna dla wszystkich.
Pozostało mi tylko podpytywać "swoją" dwójkę co robią, przeglądać ich dzienniczki praktyk, dowiadywać się co słychać w biurze.



Takta zgodnie z harmonogramem odwiedzała różne osiedla pukatańskie. Tego dnia na osiedlu Tanfera zapytano ją o sprawę, której nie znała a co gorsze nie wpisano jej do biurowego rejestru co od razu za pośrednictwem mikrowglądarki sprawdziła.
Z pomocą pytań i fotografii ustaliła, że skargę przyjęła dwójka
praktykantów zamieszkałych w Agamie.


Skontaktowałam się z pryncypałem szapio w Arkadach.
-Ta sprawa jest trudna - powiedziałam - i obawiam, że moje wtrącanie do waszych spraw może cię zirytować .. - Miał przyjazne, sympatyczne spojrzenie.
-No coś ty - odrzekł - ja się tak łatwo nie irytuję, najwyżej powiem, że się nie zgadzam. Mów o co chodzi.
-Zależy mi na przniesieniu dwojga praktykantów z Agamy na inne kwatery w celu odizolowania ich od wpływu osób chcących mieć wgląd w pracę Biniusu.
-Roooozuuuumiem - powiedział to jakoś tak dziwnie, przeciągle i tak jakby naprawdę rozumiał i się zgadzał.
-Chcesz odseparować od wpływów? A jakie kwatery proponujesz? Czy to ja mam załatwić?
-Byłabym zobowiązana bo nie przyjmiemy ich z powrotem do Orfantezy.
-Trochę to dla mnie niezręczne. Dla ciebie pewno też? Daj mi jakąś chwilę bo muszę pomyśleć - poprosił i wbrew tej prośbie od razu zapytał - a jakie są przejawy złego wpływu?
-Nie mam żadnych dowodów na zły wpływ i nie będę się tym zajmować. Zbiorę raczej dowody przeciwko tej dwójce. Próba odseparowania ich od ewentualnego złego wpływu to akt dobrej woli ale wierz mi jest mało prawdopodobne aby ten wpływ ustał.
-No właśnie - westchnął - no dobrze ale ty masz większe możliwości znalezienia kwater dasz mi jakieś adresy żebym chociaż wiedział z kim gadać?
-Ja się przygotowywuję do takich rozmów i wierz mi przygotowałam się na dużo kłopotliwszą - odpowiedziałam podając mu plastikowy arkusik z adresami.
-W takim razie bardzo się cieszę, że ta rozmowa była mniej kłopotliwa niż oczekiwałaś.
-To nie koniec. Trzeba zmienić opiekuna praktyk. Nasza propozycja Złaziświat Czupurnylis były zastępca pryncypała do spraw trudnych Szkoły Administracji, Prawa i Opieki w Błędnyrysie.
-Nie znam go, musiałbym zasięgnąć opinii.
- Z tego wnioskuję, że krótko pracujesz w arkadyjskiej szkole bo on jest jej absolwentem.
-Wobec tego świetnie się składa bo wcześniej byłem trudnym w Błędnyrysie, zasięgnę więc opinii z najlepszych źródeł. Sądzę, że będą dobre ale na wypadek gdybym sie na niego nie zdecydował moja kontrpropozycja brzmi" Akson Roztrzepaniec. Sprawdź go sobie. A tak z ciekawości dlaczego to nie Małymiś ze mną rozmawia?
Stałam się jego wspólnikiem, poprosił mnie o to.
-No tak - westchnął pryncypał - przekaż mu co ustaliliśmy a dlaczego obecny opiekun praktyk wam nie odpowiada?
-Nie chodzi o jego kwalifikacje tylko przyjaźnie.
-Aha, nie wiedziałem,że się kumpluje z ... nieodpowiednimi osobami. Zwrócić mu na to uwagę?
-Nie, nie chcę przesadnie denerwować niodpowiednich osób.


A pod wpływem gniewu popełnia nowe błędy. Podjął nawet działania ,z których już wcześniej po namyśle zrezygnował w tym zorganizowanie konkursu rzeźbiarskiego na ogrodzeniu Orfantezy. Okazało się, że kamień z którego je zrobiono jest zbyt trwardy co gorsza pojawili się wojownicy z Orbortportu i to akurat w momencie gdy A. wszedł na pas zieleni okalający Orfantezę. Aresztowali go za naruszenie terytorium należącego do Pukatańczyków. Tylko jego bo to on miał zakaz zbliżania się do murów. Potem usłyszeliśmy znajomy a przez niego znienawidzony damski głos - drodzy koledzy i koleżanki konkurs się odbędzie ale w innym terminie, miejscu i na podatniejszym materiale. A czy w ogóle rozumiecie, że nie wolno naruszać cudzej własności? A jak sądzicie po co waszemu przywódcy wcięcia na ogrodzeniu? Czy nie potraktowałby ich jako schodki i miejsca do zaczepienia liny? Może nie miał tego w planach ale czyż nie znalazłby sie ktoś kto w ten sposób wykorzystałby dzieła waszych rąk?
Oczywiście nie mogliście wiedzieć czy jest zgoda właściciela na pocięcie ogrodzenia na przyszłość jednak warto sobie zadać takie pytanie i to sprawdzić aby nie okazać się współwinnym naruszenia cudzej własności i złamania
prawa. Proponuję aby do czasu wyjaśnienia sprawy przez protektoriat kolonią zajął się Leksykon.
-Jakim prawem ustanawiasz swoje władze w naszej kolonii? - Rozgniewał się A.
-To tylko propozycja, Leksykon nie jest kimś kogo popieram ale na ten moment wystarczy. Ktoś kolonią w czasie twojej nieobecności zarządzać powinien i byłoby ładnie gdyby zechciał liczyć się z waszym prawem.
To wszystko, postąpicie jak zechcecie.

Kiedy go przesłuchiwano w Orbortporcie, ona pojawiła się w monitorze.
Na innych byli przedstawiciele centralnych władz Orbortportu zaś w sali gdzie go publicznie przesłuchiwano przedstawiciele władz arkadyjskich oraz osoby zainteresowane w tym Bezmiardni Lambrekin jego nieaktualny już ojczym oraz Małymiś Murmurando. O ile dla obecności tego pierwszego można było znależć uzasadnienie, obeność drugiego nie była niczym usprawiedliwiona.
-To przesłuchanie czy sąd? - Zapytał zirytowany A.
-Raczej przedstawienie naszych racji waszym władzom centralnym - odrzekł przewodniczący - nie byłoby ładnie gdybyśmy nie dali ci szans na przedstawienie swoich racji. Na początek odczytam listę zarzutów: Usiłowałeś porwać lotopławę Milarezy, niejednokrotnie próbowałeś Milarezę napastować..
-Brednia - wrzasnął - za mną dziewczyny same biegają i to najpiękniejsze a wasza Milareza na mis się nie nadaje.
Nikt z tym nie dyskutował. Przewodniczący pozwolił mu dokończyć zdanie. A mówił więcej aby zdyskredytować urok Milarezy ale przewodniczący kontynuował: posunęłeś sie do złośliwych pomówień, napadłeś na dom Milandera gdzie nawet nie miałeś prawa wstępu, poniżałeś waszych protektoriuszy i młodzież, wyganiałeś legalnych lokatorów z przydzielonych im mieszkań, wdzierałeś się tam siłą, wpływałeś na pracę Biniusu z wyraźnym zamiarem skompromitowania tej instytucji, Próbowałeś pod pozorem konkursu rzeźbarskiego zniszczyć ogrodzenie Orfantezy.

-A dlaczego wy rzucacie mi kłody pod nogi - rozgniewał się A - mam tyle planów, tyle jeszcze dobrego mogę zrobić ale wy nie macie zrozumienia dla młodzieńczego wigoru ...
-Ouu - wyrwało się Milarezie coś na kształt jeku pomieszanego ze wzburzeniem.
-Czy chcesz coś powiedzieć arandeto? - Zapytał z szacunkiem przewodniczący.
-Tak, powiem to.
-Proszę.
-Ty już nie jesteś młody Adadżio. Masz bez ośmiu dni 21 arli, jesteś dojrzałym mężczyzną. Jesteś protektoriuszem. Nie wiem co bawi zebranych - mówiła bez złości, raczej ze zdziwienie - może to, że ty nie jesteś tylko powinieneś już być dojrzałym mężczyzną a skoro masz pociąg do kobiet powinieneś się ożenić i troszczyć o swą żonę, dzieci i dom zamiast szukać coraz to nowych zabawek. Czym ty się chlubisz? Tym że kobiety za tobą biegają? A czy któraś z nich pragnie być twoją żoną czy jedynie chcą się z tobą pokazać?
-Zdziwiłabyś się laleczko.
- Nie jestem laleczką. Jestem, żywą rozsądną Tolimanką i choćbym była nie wiem jak brzydka masz mnie szanować. Tak powiedziałam. Skończyła i usiadła.
-No to kwestię wieku zatrzymanego mamy omówioną - stwierdził z uśmiechem przewodniczący a teraz przejdźmy do odczytanych zarzutów A.., czy któryś z nich chciałbyś zakwestionować?
-Wszystkie.
-W takim razie obejrzjmy filmiki ilustrujące każdy z nich.
To trochę dużo ale skoro nie mamy wyboru to zacznijmy może od ... napaści na Orfantezę. Może być czy wolałbyś coś innego?
-Chwileczkę - spróbował zmienić temat Adadżio - a mogę wiedzieć dlaczego mój ojczym wtrąca sie do kolonii i przenosi mieszkańców w inne miejsce?
Milareza uniosła rękę.
-Wiesz coś na ten temat arandeto? - Spytał przewodniczący.
-Tak, stało się to na moją prośbę gdy pracownicy Biniusu odkryli, że praktykanci nie wykonują swojej pracy a zamiast tego, przegrzebują dane w autonocie i szpiegują pracowników. Obawiałam się,że informacje na ten temat mogą później trafiać do A. a nie mam do niego zaufania. Mógłby szkodzić nam i naszym klientom. Jeżeli się mylę to przepraszam, wolałam jednak być ostrożna.
-A do opiekuna praktyk z Arkad też ty nie miałaś zaufania? - Zaatakował pytaniem A.
-Nie znam go, nie mam na jego temat wyrobionej opinii ale na temat Obieżyświata Zadziornylisa mam i dlatego poleciłam go Nieskończonemu Bzikowi - Mówiła to bardzo poważnie, Bezmiardni przezywany Bzikiem skulił się w znany nam sposób mający na celu ukryć ogrome rozbawienie
i słumić śmiech.
Udało się Adadżiowi doprowadzić do tego,że filmów nie wyświetlono ale każda zainteresowana instytucja dostała swój komplet na kasecie.
-to są fragmenty - powiedział przewodniczący - nie poddaną obróbce całość można obejrzeć u nas na życzenie.


Milareza z oficjalnego komunikatu w wizjofonii dowiedziała się, że Koror udzielił jej reprymendy za to, że zabrała unaskich wojowników ze Szczurołap. Owszem niedługo po tej akcji Koror z nią rozmawiał. Wypytał o wszystko, dlaczegował i dlaczegował - jakby to określił jej braciszek Redzio.
Dlaczego w ogóle, dlaczego tak, skąd zmiana decyzji i.t.p. Na koniec powiedział; nie rób takich rzeczy Milarezko bo ja się później muszę tłumaczyć.
Wtedy nagabywali go Unasjanie a chodziło im o to dlaczego nie zabrała uwolnionych na Meduzę.
-Powiedziałem im, że dobrze zrobiłaś - wyjaśnił - bo Meduza to dobre miejsce wypadowe do Błędnyrysu a my tam żadnych baz wojskowych sobie nie życzymy.
No i taka była ta jego reprymenda. Dodał wprawdzie, że powinna była się z nim skontaktować ale zrobił to bardzo grzecznie.
Teraz czwarty książę Błędnyrysu rozpętał walkę wizjofoniczną z Tolimańczykami, którzy nie powinni się do nie swoich spraw mieszać a tymczasem wspierają wroga.
Kotor oświadczył, że Tolimania nie jest w stanie wojny z Unasem a wsparcia wojownikom i to wyłącznie w ucieczce a nie działaniach wojennych udzieliła arandeta na własną rękę bo byli wśród nich jej przyjaciele z czasów pokoju i oni się do niej z taką prośbą zwrócili.
-Udzieliłem jej za to reprymendy - oświadczył - ale w zasadzie ona tylko ratowała przyjaciół i to przed śmiercią. Rozwiozła protektoriuszy do nieobiętych działaniami wojennymi okręgów Unasu. Ludzie ci już nie wrócili do walki a zatem pretensje Rumagaosza Rumagasza zdają się dotyczyć wyłącznie tego, że nie mógł ich pozabijać.
=============

Milareza sama za bardzo wiadomości z Unasu nie śledziła. Pytała o interesujące ją kwestie a ponadto dostawała skrót wiadomości ze wskazaniem co może być dla niej istotne prywatnie i w pracy. Tym razem przywiozła jej to osobiście Rezmcia. Przyjechała podjąć naukę na kursie pomocnic biurowych bo podziwiała Milarezę i we wszystkim chciała ją naśladować. Już na wstępie naraziła się Zuluare mówiąc wesoło - za dużo to ja się uczyć nie będę bo takie piękne kobiety jak ja nie muszą być mądre.
Już w domu przygotowano ją na pierwszą lekcję, Milareza jeszcze to sprawdziła i Rezemcia zrobiła furrorę odpowiadając (bez zgłaszania się) nie tylko doskonale ale i zabawnie.
Na razie nie podjęła pracy w biurze Milarezy bo nie musiała, była za młoda
i za mało umiała.
Furrorę robiła też Cyprysia. Już pierwszego dnia jedna z nauczycielek: Fassara zapytała - a ty kim jesteś? Ja cię nie znam.
-Jak to? Przecież to ja poczwara, która niepotrzebnie zajmuje tu miejsce a zdobytej wiedzy i tak nigdy nie wykorzysta ku pożytkowi ogółu - ledwo zaczęła mówić Fassara pobladła.
-A skąd ty możesz wiedzieć, która z nas wykorzysta? - Dodała jeszcze Cyprysia.
-Rozpocznijmy lekcję - zmieniła temat Fassara i nawet nie przedstawiła jej nowym koleżankom. Zresztą nie było to potrzebne bo część znała ją już wcześniej. Dziewczęta otoczyły ją. Nareszcie mogła z nimi rozmawiać i opowiadać o sobie a to je przynajmniej na początku znajomości ogromnie interesowało.
Oczywiście Fassara nigdy jej nie polubiła ale nie starała się tego okazać.




 

 

26



Przewieziono mnie do Błę... stop! Do Onibchadinzerportu. Lepiej nawet w myślach się nie mylić. Wykułam tę nazwę na pamięć.Zakwaterowano mnie w dawnym ośrodku leczenia uzależnień. Teraz jest tu hotel pracowników państwowych.
Nieźle tu mieli ci uzależnieni. Mam pokój z założenia dwuosobowy (no ale nas przecież jest dwoje), z łazienką, ubikacją.No i całe szczęście,
ale już na przykład aby sobie zagrzać wodę muszę iść do t.z. pomieszczeń socjalnych. mieszczą się w jednoosobowym zestawie.
Jeżeli się kiedyś dorobię, kupię kuchenkę i ustawię pod okienkiem w korytarzyku mojego mieszkania.
Jeżeli .....
Podobno płacą nam mało, za to mamy ubrania służbowe prane na koszt pracodawcy, darmowe zakwaterowanie i wyżywienie.
To wszystko wiem od Kertegane, zajmującej jednoosobowy zestaw na przeciw mnie. Wieczorem szykowała się na imprezę, więc jednak jakoś musi być je na to stać. Chciała abym szła z nią lecz ja mam przecież Cieszka.
-No jak chcesz - powiedziała ale jak dostaniesz wypłatę musisz się jakoś wkupić, inaczej będą ci dokuczać. Postanowiłam to wytrzymać. Trzy razy otarłam się o morderstwo, jakaś kara musi być.
Przemknęłam z Cieszkiem do pomieszczeń socjalnych gdzie jak się zorientowałam najłatwiej będzie go kąpać bo w kranach nie ma ciepłej wody a tu zagrzeję od razu wleję do zakorkowanego zlewu
i będzie całkiem wygodnie.
Wiedziałam, że muszę po sobie posprzątać, niestety jedna rozbawiona dziewczyna wbiegła nim zdążyłam ubrać synka i od razu narobiła wrzasku, że jakieś kupy, brudy, smród, bałagan. Przerażony Cieszko nie rozwrzeszczał się bo go zaraz przytuliłam. Ktoś wszedł i usłyszałam męski gulgot: a gdzie się moja dziewcinka podziała, kto na tak długo pieseczka ziośta...
Gdy się zaczęłam obracać w kierunku głosu mężczyzna czmychnął ale nie dość szybko abym go nie poznała.Nie wiem skąd wzięłam dość sił aby nie tylko nie zemdleć lecz wręcz zachować absolutny spokój.
-Przepraszam zaraz posprzątam - powiedziałam dziewusze, której najchętniej splunęłabym w twarz.
-No mam nadzieję - odburknęła szorstko. Nie dyskutowałam. Na szczęście zaraz wybiegła za moim tatusiem a ja mogłam utulić dziecko i na spokojnie posprzątać.

MIJAJĄ DNI
Inne dziewczyny stanowią swoista wspólnotę bawią się, śmieją, plotkują, imprezują. Tylko ja jestem tu wyrodkiem. Co szestnicową wypłatę odkładam. Wydałabym pewnie na dziecko ale na razie nie wiem gdzie. Dziewczyn boję się o cokolwiek zapytać. Raz spróbowałam zagadnąć Kertegane, wydawała mi się miła jednak gdy zapytałam o sklepy odpowiedziała, żebym dała pieniądze jej a ona mi wszystko kupi na imprezę.Śmieją się ze mnie, nazywają skąpiradłem, egoistką i czymś tam jeszcze. Znoszę to tak jak sobie obiecałam.
Nie pracuję bezpośrednio przy ewidencjonowaniu.Sprawdzam czy nasi obywatele figurują w ewidencji Unasu. Jeśli tak, kopiuję ich dane do naszej ewidencji. Wczoraj było trochę luzu więc sprawdziłam też dane ojca w obu ewidencjach.
Od dawna był pracownikiem Onibchadinzera.
Od dawna... ale tego już się domyśliłam więc przyjęłam dość spokojnie.Gorzej, że miał też drugą rodzinę.
Potem ot, tak sobie sprawdziłam swoje dane.
Wydawało mi się, że je znam a jednak przeżyłam szok.Już wiem dlaczego Milareza pomagała mojej rodzinie i dlaczego jestem zakładnikiem.
============

Orchidea podpatrzyła, że karmię Cieszka piersią i robią sobie ze mnie śmichy razem z tą Kapustyną, którą czasem widuję z moim ojcem.
Udajemy wtedy, że się nie znamy. Pewnie też się ze mnie śmieje drań. A jak ja inaczej mam wyżywić dziecko?
Kertegane powiedziała mi, że tamte dwie to puste Unasjanki, reszta mnie rozumie.
- Nie dzielmy ludzi na narody bo tutaj wszyscy jesteśmy poddanymi władcy wolnej przestrzeni - odpowiedziałam biorąc wzór z Palisandry. Biorę z niej też przykład gdy Kertegane znosi mi plotki o dziewczynach Milczę lub co najwyżej podtrzymuję rozmowę pytaniami typu- to ta ruda z pieskiem? Albo jakimś: aha, ehe, naprawdę? Jednak swojej opinii nie wyrażam i nie psioczę nawet na moje prześladowczynie.Nie rozumiem tego świata a muszę w nim przetrwać.
Ktoś ukradł mi pieniądze. Czuję się bardzo skrzywdzona i aby ukoić mój ból tulę synka starając się by łzy nie spadały na jego śliczną główkę.Wytrzymam.ri.pinger.pl/pgr482/e5315fb9001e757550548661/przegr%C3%B3dka.jpg
Niespodziewanie przyszła Kertegena, pytała dlaczego płaczę, odpowiedziałam, że tęsknię za moją mamą. Była zwiedziona. Pomyślałam - ty wiesz skąd te łzy ale nie powiedziałam tego głośno.
-No pewnie, pewnie, mama by ci pomogła ale ja właściwie przyszłam aby ci zaproponować jak możesz zarobić.
Alarm zawył w moim sercu.
-Legalnie? -Zapytałam.
-Nie, ale chodzi o drobne przysługi a nie tymczasowe małżeństwo. Pracujesz w ewidencji.
Jutro zgłosi się tam człowiek ubrany w fioletową sukmanę. Jest Unasjaninem ale ty to przeoczysz. Dostaniesz za to 100 Onibów.
-Nie zrobię tego.
-A ja ci dobrze radzę: zrób bo przypomnimy sobie, że już były takie sytuacje.
Faktycznie była jedna ciut podobna, skasowałam wtedy dane Wiatrognaja z ewidencji unaskiej. Przypadkiem wiedziałam jak to zrobić.
Mimo to spojrzawszy Kertegane prosto w oczy powiedziałam - nie, nie było i nie będzie.
-Ty nic nie rozumiesz - odpowiedziała - oni to spreparują. Nie możesz wystawić tego człowieka na śmierć.
-Zastanowię się - powiedziałam - wzięłam Cieszka na ręce i wyszłam.
Zamierzałam uciec ale tak bez niczego?
Z gołymi rękoma? co pocznę z dzieckiem?
Weszłam do gabinetu zarządcy hotelu i powiedziałam, że Kertegane chce mnie zwerbować i powtórzyłam naszą rozmowę.
Roześmiał się - Bzdura, żartują z ciebie.
-Może ale ja nie mam poczucia humoru - odpowiedziałam i wyszłam. Wybiegł za mną - proszę zaczekaj, wyjaśnimy to w naszym gronie.
-W naszym gronie moglibyśmy wyjaśniać kto mi ukradł pieniądze. Sądzę, że albo Kertegane albo przynajmniej ona wie kto. Przyszła mnie werbować zaraz po tej kradzieży. Taki dziwny zbieg okoliczności.
Był zdenerwowany, chyba jednak zbagatelizowałby sprawę gdybym na to pozwoliła, zawołał po drodze Kapustynę a potem w jej obecności przeszukał dokładnie mieszkanie Kertegane.
Nic nie znalazł.
-To może jeszcze poszukaj u niej - wskazałam Kapustnę.
-To już przesada - odrzekł zirytowany - oczywiście
przekażę twoją skargę na Keretegane do Strażników Praworządności ale tylko w kwestii werbowania do działania na niekorzyść państwa.
-To był żart - krzyknęła Kertegane i w tym momencie dostała od niego w twarz.
-Wiesz co ci grozi za takie dowcipy? -Spytał i zaraz zwrócił się do mnie - wycofasz skargę?
-To nie był niewinny żart - krzyknęłam - ona chciała mnie skrzywdzić. Jeśli nawet nie jest szpiegiem to złodziejką na pewno. Nie obchodzi mnie, że nie znalazłeś tych pieniędzy. Ona brała w tym udział. Kapustyna nie wiem, wiem tylko, że mnie nienawidzi ale ....
-A mam cię kochać? - wrzasnęła Kapustyna - dowalasz się do mojego tymczasowego męża
-Cooooo? Chyba ci mózg przeżarło albo on ci takie wredne bzdury opowiada żeby na mnie napuszczać.
Oczy mu wydrapię przy najbliższej okazji.
-Nie. On tylko pytał dlaczego cię tak nie lubię.Wstawiał się za tobą.

Zmilczałam. Dobre choć tyle.
Dobrze, że zostałam, wszystko się poprawiło.Nikt nie śmie mi douczać. Nawet pieniądze się znalazły. Ktoś je podrzucił między świeżo wyprane (już po tej awanturze) ciuszki Cieszka.
Powiedziałam to Doradzie gdy mnie o te pieniądze pytała.
-Dobrze, że chociaż podrzucił - powiedziała.
Dzięki jej pomocy znalazłam sklep. Kupiłam Cieszkowi ubranka i jestem szczęśliwa.


Wezwał mnie mój przełożony Rumagaosz Rumagasz i oznajmił, że dokładnie zbadali sprawę Kertegane i okazało się, że to była prowokacja ze strony grupy mieszkanek hotelu. Mężczyzna ubrany na fioletowo faktycznie miał się zjawić i jest Unasjaninem ale nie potrzebował mojej pomocy. Chodziło o złapanie mnie na gorącym uczynku. Na szczęście dla mnie okazałam się lojalna i dostanę nagrodę pieniężną za właściwą postawę. Natomiast nadgorliwe koleżanki otrzymują ostrzeżenia na piśmie.
Przy okazji zapytał co o nich sądzę.
Odpowiedziałam, że w ogóle się z nimi nie stowarzyszam. Mam dziecko i nie zostawię go samego by iść na imprezę lub wdawać się w plotki.
-Słusznie robisz - odrzekł - Onibchadinzer to nie taka błyskawica jak Margonomrach albo Dobroduch. Panuje od wielu arli i nie zniknie przy lada dmuchnięciu.
-To dobrze - odpowiedziałam całkiem szczerze bo najgroźniejsze wydają mi się zmiany władzy.
Dziewczyny krzywo na mnie teraz patrzą ale co mi tam? Ważne, że nie ważą mi się dokuczać. Nie pragnę ich przyjaźni i uznania, wszystko wynagradza mi Cieszo.
Noooo....Bywają momenty gdy da mi tak w kość jak nikt inny by nie zdołał ale jest taki milutki, mądrutki, cieplutki i robi takie minki, że wszystko mu wybaczę. Uwielbiam kiedy się przeciąga, kiedy uśmiecha połową buzi i kiedy ufnie patrzy mi w oczy albo leży wtulony we mnie. Nie wiedziałam, że dziecko może dać tyle radości i wyzwala takie siły.
Pewnego ranka zbudził mnie jak zwykle jego krzyk,rutynowo dałam mu pierś.Potem w pośpiechu umyłam się i przebrałam, spakowałam Cieszka i gotowa już do pracy wyszłam by zejść na śniadanie.
Zaniepokoiła mnie cisza. Cisza i rzeczy upuszczone w pośpiechu. Podnosiłam je ładując na wierzch czyjejś torby. Gdy ustawiałam to na koszu w holu do budynku wtargnęli strażnicy,przewiązani biało - złotymi szarfami.
- A ty co tu jeszcze robisz? -Zapytał jeden a potem wziął mnie za rękę, torbę wziął w drugą i wyprowadził bocznym wyjściem.
-Idź stąd - polecił - teraz będzie tu siedziba straży prześwietnego Rumagaosza.
Nie powiedział gdzie mam się udać ale upchnął część zebranych przeze mnie rzeczy w tej cudzej torbie, część w torbie Cieszka a większe sztuki użył by mnie tymi bagażami i Cieszkiem objuczyć.
No idź już - powtórzył.
Nawet nie pomyślałam, że przecież boję się sama chodzić po ulicy i nigdy później już się nie bałam.
Jakaś kobieta widząc mnie uginającą się pod ciężarem bagaży zatrzymała swe auto - podwiozę - zaproponowała. Bez namysłu wsiadłam dopiero potem zaczęłam się bać ale ona zapytała - gdzie cię zawieźć i to mnie uspokoiło odruchowo podałam mój adres sprzed rozruchów.
Furtka była otwarta, zamknęłam ją za sobą, tu też leżały porzucone rzeczy.
Kiedy już oporządziłam i nakarmiłam Cieszka zdecydowałam się je pozbierać. Dom od środka wyglądał obco.
W pokoju moim i Kniei leżało pięć materacy bez pościeli na jednym została duża torba. Na szczęście to właśnie w niej były koce.
Nie wiedziałam co robić. Urządzić się w piwnicy? Uciec gdzieś dalej?

http://b4.pinger.pl/1a963cdfac8496b62ae62de79f3fcdef/003.jpg

Z PAMIĘTNIKA ELISENDY

Saknomd zgłosił mi, że nie może zająć wskazanego mu lokalu bo mieszka tam niejaka Cudna Korala. Zależało mu na tym aby to sprawdzić bo dziewczyna
jest tak pewna siebie jakby to mieszkanie jej się należało a nie zamierza się tłumaczyć.
Sprawdziłam najpierw adres. Sama tam podwoziłam dziewczynę z niemowlęciem. Potem sprawdziłam dane Cudny Korala vel Cudki Dwunastej.To córka jednego z dostojników Onibchadinzera ale i tak bym jej nie skrzywdziła bo jestem matką a na dodatek to pokrewieństwo jest nieistotne bo zaobserwowano, że nie tylko nie utrzymują ze sobą kontaktów ale nawet się nie pozdrawiają.
Dom, który wskazano Saknomdowi to ich dawny dom.
Ostatnio mieszał tu Grist pierwszy vel Kniejo Komandor z alternatywną żoną Ekspresją oraz dziećmi: Kniejowitem, Niezłomną, Lenem, Brylantem i Witajnaszą.
Co nie przeszkadzało mu mieć na boku t.z. żonę tymczasową Kapustynę Pierwszą. Nawiasem mówiąc jej prawdziwe imiona brzmią Fioleta Kapusta tylko, że jako Fioleta nosiłaby dłuższy numerek to wolała być Kapustyną.
Rumagaosz Rumagasz zarządził by każdy nosił takie imiona jakie nadali mu rodzice. W ten sposób łatwo już wstępnie ocenić narodowość.
Spostrzegłam, że Cudna była jedną z osób wskazanych przez naszego nowego władcę na stanowisko, które sam dotąd zajmował. W uzasadnieniu napisał: Bardzo dobry specjalista, szybko się uczy, rzetelnie wykonuje swoją pracę. Apolityczna nie pozwoli się wmanipulować w żadną opozycję, będzie cicho pracować niezależnie od tego pod czyimi rządami.
Była też opinia Kertegany 68 o Cudnie: Niezguła, każdy może jej wejść na głowę. Nie ma przyjaciół.
Skąpiradło.
Coś mi w tej opinii nie grało: czyż skąpiradła naprawdę pozwalają sobie wejść na głowę?
To jednak bez znaczenia gdyż jej konkurent ma lepsze referencje ale.... Jedna rzecz zwróciła moją uwagę - Onibchadinzer ją ochraniał. Dlaczego?
Wyjaśnienie znalazłam anlizując jej dane. Jest siostrą bliźniaczką podopiecznej Milandera.
-Dobrze - powiedziałam do Saknomda -Nie możemy jej ruszyć znajdę ci inny lokal.
Poleciłam podwładnemu zameldować Cudnę w zajętym przez nią lokalu i wezwać do pracy na tym samym co uprzednio stanowisku.
==========

http://b3.pinger.pl/7286818d6d4c91f7b865130b97f5e8da/TYTUY.jpg
ZWIERZENIA CUDKI
Okazuje się, że wybrałam najlepszą opcję. Zostałam oficjalnie w domu moich rodziców. Mam do niego klucze bo zawsze je miałam i to przy sobie
przyczepione do nogi na czymś w rodzaju obroży jako ozdoba i jako obietnica, że jeszcze tu wrócę. No i wróciłam. Wróciłam i obroniłam się a co najlepsze dostałam tu przydział oraz zaproszenie do pracy na dawnym stanowisku.
Mam też klucz do sypialni rodziców.
Kiedyś ojciec zostawił a ja dałam do dorobienia. Był schowany na antresoli za obluzowaną klepką boazerii. Jednak kiedy tam poszłam okazało się, że drzwi są otwarte. Może w ogóle ich nie zamykano?
Weszłam tam. Na ścianie wisiała pięknie oprawiona fotografia ojca i tej

jego...... kobiety.
No jasne, gdyby tu mieszkał ktoś inny zamki zostałyby zmienione.
Zdjęłam tę fotografię i właśnie w tym pokoju zamieszkałam z Cieszkiem.
Postanowiłam sobie zabierać do pracy wszystkie wyprane rzeczy Cieszka. Zakładać na siebie najmniej dwa ubrania i zawsze nosić klucze przy nodze.
Posiłki gotuję teraz sama. Na razie wykorzystuję te rośliny z ogrodu rodziców o których dawniej nie zawsze wiedziałam, że są jadalne oraz zapasy ze spiżarki ale tych jest mało.
Na nowo uczę się tego domu bo od środka bardzo się zmienił. Ojciec musiał go na nowo meblować. No i słusznie. Mamie należały się te meble i urządzenia, które stąd zabrała.
Nie wiem jak dalej będzie wyglądało moje życie lecz jestem pełna nadziei.
Przetrwam.
http://b4.pinger.pl/1a963cdfac8496b62ae62de79f3fcdef/003.jpg



PRZYRODNIE RODZEŃSTWO

Spisałam od sąsiadki, byłej mieszkanki slamsów przepis do którego część sładników znajdę w ogrodzie lub bujnie porośniętych gliniankach, resztę zamierzałam dokupić. I tak muszę wydać oniby póki są ważne. Władze zapowiadają zmianę waluty.
Zobaczyłam jednak bardzo pakowny, solidny lecz mało reprezetacyjny wózek w przystępnej cenie i kupiłam.
Kupiłam bo wciąż się boję zmian. Mam na tym punkcie kręćka.Uważam, że trzeba być przygotowanym na ewakuację. Mimo to zdobyłam się na odwagę, pomalowałam wózek specjalnie kupionymi najtańszymi malownikami.
Potem na całą noc i czas pracy następnego dnia zostawiłam w ogrodzie aby wysechł bo malowniki nie zawierały szybkoschnących farb.
Szczęśliwie wróciłam na czas by dorwać piątkę smarkaczy z których dwoje ładowało na mój wózek rzeczy podawane im przez okno. Zaczęłam wrzeszczeć
bo co miałam zrobić? Zostawić Cieszka by im dokopać?
-Wiecie jak kończą złodzieje? - Wykrzyczałam - zaraz zawiadamiam stróżów prawa!
-To wszystko jest nasze - Oświadczył najstarszy. Byli gotowi walczyć a ja nie mogłam sobie pozwolić na luksus okazania im zrozumienia choć rozumiałam.
Byliśmy jak psy walczące o gnat.
-Bezczelny jesteś - wrzeszczałam -To nie jest wasz dom tylko mój!
-A nie bo był naszego ojca - odpowiedziałam. dziewczynka.
-A nie bo był mojej matki - odpowiedziałam.
-Nieprawda! - Wrzasnął chłopiec.
- Ależ prawda, prawda drogi Kniejowicie - użyłam imienia bo już wiedziałam kim są. Przecież nie mieszkałeś tu przed buntem matek.
-A właśnie, że mieszkałem.
-He he he. Tu mieszkali moi rodzice, ja i moja siostra.
- Aha to ty jesteś córką tej żony co okradła naszego ojca?
-He he he okradła? A czy wasz tatuś na was łożył?
-No pewnie.
-No widzisz? To on okradał moją matkę aby łożyć na was. Na wszystko co było w tym domu mama pracowała.
Dom owszem kupił on ale ona sama go wyremontowała i tysiąckrotnie spłaciła żywiąc waszego tatusia.
-Nieprawda! - Krzyknęła dziewczynka.
-Prawda, prawda mała królewno, taka sama jak to ...-Chciałam powiedzieć o Kapustynie ale na szczęście chłopiec mi przerwał
- Ale tu są nasze rzeczy.
-A to akurat jest prawda.Tylko, że przekazanie ich musi nastąpić oficjalnie, z protokołem przekazania i przy świadkach. Bo takie kłamczuchy ...
-Jesteś chyba naszą siostrą - powiedziała dziewczynka - powinnaś nam pomóc.
-Słusznie i dlatego wyjaśnię wam ja wygląda legalna droga załatwiania takich spraw.
-Nie możemy złatwiać legalnie - powiedział chłopiec - nasi rodzice zostali aresztowani przez bandytów Rumagaosza.
Zamarłam.
-Kłamiesz - powiedziałam po chwili. Wiedziałam, że wszyscy schwytani słudzy Onibchadinzera są skazywani na śmierć.
-Dobrze możecie zamieszkać w pokoju na dole - dorzuciłam nie wiedząc co czynię.
Cała złość jaką miałam do ojca nagle się ulotniła
Odeszłam by popłakać w samotności.
Potem okazało się, że smarkacze są głodni, kazałam im nazrywać nie jadanych w porządnych domach owoców łiduwii. Sama poszłam po parę grzybków i liści stanowiących przyprawy. Ugotowałam to, zagęściłam zmielonymi nasionami a smarkacze patrzyli na mnie z przerażeniem.
Brylant oświadczył, że on tego jeść nie będzie.
-No to nie będziesz ale nie musisz tego obwieszczać mnie i światu bo ani mnie ani świat to nie obchodzi - odpowiedziałam zgodnie z prawdą i nie bacząc na nich wzięłam się za swoją porcję.
Popatrzyli na mnie a, że faktycznie byli głodni,
jedno po drugim, nawet Brylant podnieśli do ust swoje miseczki. Niezłomna przyznała, że to jest smaczne.
-Jasne - powiedziałam - nauczyłam się gotować od kobiety, która zawsze była biedna i musiała sobie radzić. Wy też powinniście się nauczyć bo nie wiadomo co nas w życiu czeka.


Następnego dnia zabrałam wózek tak wyładowany by mieć jak najwięcej niezbędnych rzeczy przy zachowaniu odrobiny konfortu dla
Cieszka.
Gdy to zobaczył mój szef strasznie mnie zwymyślał powiedział, że daję wszystkim do zrozumienia, że nie ufam w trwałość rządu, którego władzę reprezentuję i jestem gotowa do ucieczki.
Miał rację a ja milczałam przerażona.
To mogło się skończyć fatalnie. Nie przewidziałam tego. Na szczęście to najgorsze nie nastąpiło.
Powiedział,że mogę nająć opiekunkę. Niejedna zgodzi się tylko za mieszkanie i wyżywienia.
Odpowiedziałam,że przecież karmię go piersią.
-To najwyższy czas przestać - odrzekł - dziecko w jego wieku powinno już dla własnego dobra jeść inne pokarmy. Uświadamiał mnie dlaczego ale ja to wiem i uzupełniam dietę Cieszka o te inne pokarmy. Jednak się nie tłumaczyłam.
Zrezygnowałam z pracy. Chyba się ucieszył od razu dał mi kwitek na wypłatę za pół nonestra choć pracuję pod rządami tego reżimu tylko 15 dni.
Po drodze pokupiłam różne potrzebne rzeczy, zwłaszcza żywność ale żadne fiku miku tylko to co można zmagazynować. A przy okazji blokadki na dwa koła wózka. Założyłam jedną na prawe przednie, drugą na lewe tylne.

http://b4.pinger.pl/1a963cdfac8496b62ae62de79f3fcdef/003.jpg

Rumagaosza Rumagasza zastąpił Otodar Karmazyn. Stało się to prawie cichaczem. Powiadają, że Rumagaosz naraził się jakiemuś pukatańskiemu książątku. Lampartowi czy jakoś tak bo nie chciał mu oddać wskazanych osób oraz zagrabionych dóbr i jeszcze sobie z niego kpił, że własnym krajem rządzić nie potrafi a do niego się wtrąca więc ten Lampart go zabrał z jego własnej sypialni, pilnie strzeżonej w obwarowanym budynku. Wyniesiono go na łóżku a straże nie wiedzą jak to się stało. Podobno w ogóle za dużo fikał temu Lampartowi. Równocześnie zabrano pięcioro więźniów mam przeczucie, że był wśród nich mój ojciec bo przetrząśnięto mój dom. Niczego nie znaleźli, już jest spokój a bałam się strasznie. Mało serce mi nie wyskoczyło z piersi, tuliłam Cieszka i jeszcze przyrodniaki się przy mnie skupiły. Strażnik wskazując na nie zapytał - Co to jest?
-Dzieci - odpowiedziałam. Nawet tego nie skomentowali.
Ten Otodar kazał szukać jeszcze jako prawa ręka Rumagaosza ale jako kolejny książę Błędnyrysu już nie szuka, ludzie mówią, że dostał pouczenie od Lamparta i raczej nie będzie mu fikał.
Zostałam wezwanie do pracy na miejsce mojego byłego szefa. Jestem teraz kierownikiem wydziału ewidencji i dostanę niezłą pensję. Niestety musiałam zatrudnić opiekunkę. Dobrze ją wybrałam i zresztą znałam wcześniej zwie się Mariblanda, mieszkała w sąsiedztwie ale teraz musiałam jej znaleźć kąt w moim domu, wyznaczyłam na to dawną wnękę pralniczą, ta "alternatywna" mojego tatulka i tak urządziła sobie pralnię na górze a we wnęce na dole były zabawki i hulajnogi przyrodniaków. Na początek Marioblanda zajęła się urządzaniem swojego kącika, pomogłam jej powynosić wszystko do garażu, przyrodniaki nawet nie protestowały. Nie jestem ich mamusią aby zważać na fanaberie i doskonale o tym wiedzą. Materac i zasłonę dla Marioblandy kupiłam na razie na kredyt, pościel przyniosła z domu. Pozwoliłam aby jej bracia powbijali jakieś kołki i haki na półeczki, zasłonę, poprzeczkę do wieszania ubrań.Dużo rzeczy to jej się nie zmieści i w ogóle wnęka nie jest najfajniejszym miejsce, tyle, że jest w niej okienko wystarczające by rozjaśnić to nie za wielkie pomieszczenie.
Kiedyś Knieja chciała je zaanektowąć, z tym, że życzyła sobie wtawienie ściany. Wtedy wydawało się, że to będzie duży dyskomfort dla pozostałych, zwłaszcza rodziców a teraz jakoś się nas tu pomieściło ośmioro i mnie nie przeszkadza, że mam pralenkę po sąsiedzku. Nawet lepiej bo Cieszyluda trzeba stale opierać. Ciągle biega umorusany.Gdyby wtedy rodzice wstawili tę ścianę byłoby teraz lepiej i zasłony nie musiałabym kupować. To już jednak nie ważne jest jak jest.



Oczywiście ja gotuję i dlatego zrywam w ogrodzie co mi potrzeba, niektóre rośliny, tu zasadziłam. Oczywiście nie kupowałam, nauczyłam się od Pukatanek jak wykopywać z dzikich terenów i wkopywać u siebie sadzonki.
Nieoczekiwanie zobaczyłam kobietę wyrywającą sadzonki najpopularniejszej wśród moich sąsiadów rośliny jadalnej, nazywamy to dzikim chlebem. Tak mnie ten widok rozwścieczył, że złapałam łopatę i byłabym jej rozwaliła głowę gdyby się nie obejrzała. Zatkało mnie.Poznałam ją choć nowe "bolesne" rysy wyryły się na jej twarzy, ta kobieta musiała przechodzić piekło ale to przecież nie był powód aby niszczyć moje uprawy.
-Jakim prawem niszczysz moją ciężką pracę? - Zapytałam odstawiając łopatę.
-Chciałam tylko pomóc, nie umiem być bezczynna, wydawało mi się, że to chwasty.
-Może i chwasty ale jadalne, my tu paniusiu w sklepie żarcia nie zamawiamy a twoje dzieciaki też muszę wyżywić, myślisz,że mi łatwo?
Nazwałam ją paniusią bo w swej sukni z lepszych czasów wyglądała bogato ale ta jej postarzała, kryjąca jakieś złe przeżycia twarz mnie zawstydzała.
-Dawno tu mieszkasz? - Zapytałam już spokojniej.
-Poznałaś mnie - stwierdziła.
-W mojej sypialni było wasze zdjęcie.
-Zawiesiłaś zdjęcie swoich rodziców?
Nie byłam szczęśliwa z tego, że zaglądała do mojej sypialni. Zdjęcie rodziców wyszperwłam w wizjofonii, takie, które niegdyś sama tam zamieściłam.
- Gdzie sypiasz? - Spytałam.
-W garażu na starych szmatach. Nie mam się gdzie podziać. Mogłabym ci przecież pomóc, zająć się domem... dzieckiem...
-Do dziecka nająłam nianię, nie sądzisz chyba, że ci raptem zaufam? Cieszko to mój największy skarb, tobie go nie powierzę. Możesz spać na antresoli albo jeśli się zmieścisz na dole z dziećmi. Możesz dbać o porządek ale gotować będę sama bo kobieta niszcząca dziki chleb raczej się na tym nie zna.
Czułam się tak jakbym zdradzała własną matkę ale rozymiałam sytuację tej "alternatywnej" i nie mogłam jej wygonić. Nie mogłam zwłaszcza dlatego, że była matką mojego rodzeństwa i miała taką zrytą bólem twarz a na dodatek wcale się nie stawiała, była wręcz pokorna.
____________________
Po trochu dowiaduję się jak to było z Ekspresją. Oczekiwała wykonania na niej wyroku śmierci. Domyślam się co mogła czuć wiedząc, że jej dzieci zostaną osierocone. W ogóle bała się o nie, zostały same w nieprzyjaznym świecie. Niespodziewanie ich uwolniono. Nie wiedziała jak to się stało. Usłyszała kobiecy głos, ta kobieta, najwyraźniej młoda kobieta poinformowała, że zostana przewiezieni do protektoriatu w spokojnej części Unasu i osądzeni według praw Unasu. To już było coś, nie groziła im śmierć. Ekspresja zaczęła wtedy wyć, że musi do dzieci, że jej maleństwa gdzieś się błąkają i zaklinała aby jeśli kobieta jest matką wypuściła ją. Kobieta powiedziała - twoje dzieci są tam bezpieczne a ty nie. Ostatecznie jednak ją wypuściła i powiedziała gdzie się ukryć. Konkretnie na placu Filodendrona.
-To dziwne, że nikt nie odważył się tam zamieszkać - powiedziała Ekspresja - Onibchadinzer szanował ten plac jako własność córki dygnitarza ale Rumagaosz?
W czym rzecz dowiedziałam się w pracy - Ponoć Onibchadinzer twierdził, że ilekroć Milander coś tracił zyskiwał podgląd a że tracił bogate i solidne budowle bywało, że podsłuchiwał narady najwyższych, zajmujących je władz. Tę wiedzę lub może plotkę przekazał Rumagaoszowi Onibchadinzer a Otodar i wiele innych osób też o tym wiedziało.
Nie wątpię, że kobiecy głos słyszany przez Ekspresję należał do Milarezy ale jej tego nie powiem. O podsłuchu też lepiej nie, niech jak najmniej informacji wychodzi ode mnie.

Przyrodniaki mnie namawiały abym sfałszowała dane ich matki w ewidencji dzięki czemu mogłaby się swobodnie poruszać i znaleźć jakąś pracę.
Ona się nie odezwała, patrzyła tylko na mnie z nadzieją a ja nie mogę tego zrobić. To zbyt niebezpieczne. Od razu przypomniała mi się intryga koleżanek z hotelu pracowniczego i zaczęły mi drżeć ręce. Nie mogłam nad tym zapanować, tym bardziej, że wystraszona Ekspresja wpiła w nie swój wzrok
-Nie - powiedziałam stanowczo - ja tego nie zrobię. Jeżeli wasza mamusia chce się zalegalizować to niech prosi Otodara... - zaczęłam i dopiero wtedy zrozumiałam co mówię, przecież wyszłoby na jaw, że ją ukrywam - A w ogóle proszę skończyć tę dyskusję. Ja fałszować ewidencji nie będę. Chyba się nudzicie. Idźcie jutro na łąki i przynieście trochę sadzonek dzikiego chleba na
miejsce tych, które zniszczyła wasza matka. To wszystko w tym temacie - zakończyłam tak ostro jak moja matka i chyba tym samym tonem a tak nie lubię tego jej powiedzonka. Przyrodniaki jeszcze się nie zamknęły i na mnie napierały, bo niby dlaczego nie mogłabym dla ich mamusi zrobić takiego drobiazgu. - Dość - wrzasnęłam - wynocha! wygodniej by się wam mieszkało gdyby mnie zabili co? co? Teraz już cała się trzęsłm.
Zapanowała głucha cisza.
Oskarżenie było asurdalne. Gdyby sprawa się wydała wszyscy ponieślibyśmy konsekwencje, dzieci też bo straciłyby matki. Mój Cieszulek straciłby matkę.
Przytuliłam go i zwyczajnie się rozpłakałam.
-Wybacz im - powiedziała Ekspresja - dzieci nie chciały źle.
-Dzieci? - Zapytałam - już tak się nimi nie zasłaniaj i zapamiętaj sobie - najlepszą z sióstr to ja nie jestem ale pozwoliłam im tu mieszkać, żywiłam, leczyłam, opatrywałam, łatałam ubrania, zdobywałam żywność, wreszcie pozwoliłam tu zostać ich matce a wy mi propo .. Nie! Wy ode mnie żądacie czegoś po czym moje dziecko może zostać sierotą. Zatruliście mi ten obiad waszą podłością.
-Bo taka pani nam kazała - wyjaśniła Witusia.
-Jaka pani? - wystraszyła się Ekspresja.
-Powiedziała, że da nam po dużym placku. Takim prawdziwym, przedwojennym i ze śliwkami.
-Za kawałek placka - wykrzyknęła zdruzgotana Ekspresja i zaczęła się pośpiesznie pakować.
-Ale mama, co ty robisz? - Krzyknął Len.
-Jakaś pani wie, że tu jestem. Dla nas wszystkich będzie lepiej jeśli zniknę.
Mówcie, że nigdy mnie tu nie było i zrozumcie ktoś kto płaci za takie przysługi na pewno nie ma czystych intencji.
-Zostaw to - usłyszałyśmy czyjś głos i weszła Kapustyna z bronią w ręku. Nie wytrzymałam, wybuchnęłam śmiechem.
-Co się dzieje?! - Wykrzyknęła zdezorientowana Ekspresja to jakiś żart?
Kniejowit i Niezłomna rzucili się na Kapustynę dołączyły maluchy, Brylant ugryzł ją w uzbrojoną rękę.
-Trzecia żonka mojego tatusia - śmiałam się a zresztą tylko o trzech mi wiadomo - dodałam i znów się śmiałam.
-Jak to żona naszego taty? - Zdnerwował się Kniejowit.
-Pomóż mi - huknęła na niego Ekspresja. Związali Kapustnnę wszystkim co było pod ręką. -I co teraz? - Spytała mnie Ekspresja.
-Najlepiej będzie zgłosić to władzom bo co innego możemy zrobić? To najprostsze wyjście z największymi szansami powodzenia.
Wiedziałam jak ryzykowne jest to wyjście ale co miałam zrobić? Zabić Kapustynę i zakopać w ogrodzie?
Oczywiście, że zaraz nawiązałam bezpłatne połączenie wizjofoniczne ze służbą ochrony obywateli i przyznałam się do wszystkiego.-To moje rodzeństwo oraz ich matka - tłumaczyłam - a nie ma ich na liście poszukiwanych.
Na szczęście Kapustyna miała przy sobie nagranie od momentu gdy wróciłam z pracy do chwili jej aresztowania przez służbę "och" zaś Ekspresja naprawdę nie figuruje na liście poszukiwanych. Spisano tylko, że mieszka u mnie. Może już się starać o pracę.
==========
==========
Otodar abdykował i oddał Błędnyrys Unasjanom. Nie cierpię zmian.






Odwiedziłam Błędnyrys na krótko aby się spotkać z córką i wnukiem.Zamieszkałam z najmłodszą córeczką w dawnym hotelu pracowniczym, znów na hotel przerobionym. Zaprosiłam tam Cudnę bo nie chciałam się widzieć z Ekspresją.
-Musiałam ją przyjąć - tłumaczyła Cudna - to matka moich przyrodniaków. Niestety kiedy wróci ojciec pewnie mnie stamtąd przepędzą, ich jest więcej a na niczyją lojalność nie ma co liczyć.
-Nie tak prędko wróci, ma za bardzo obciążoną "hipotekę" ale mam propozycję - zostaw im ten dom i jedź ze mną do Arkad. Postawiliśmy tam duży dom oboje dobrze zarabiamy, on ma posadę, ja pracownię no i ten dom, nie rzucimy tego a miejsce dla ciebie przewidzieliśmy już przy zakupie segmentów mieszkalnych. Jedź ze mną.
-Nie pasuje mi to. Nie teraz. Teraz zdaję onibchadinzerowską ewidencję no i dostałam propozycję wzięcia udziału w konkursie rzeźbiarskim, potem zdecyduję co dalej.
-Mogłabyś pracować u mnie w pracowni.
- A właściwie dlaczego nie? Pomyślę. To byłoby jakieś rozwiązanie.
----------------

---------------------------------
Mogłoby się wydać dziwne, że Cudna wcale nie cieszy się z powrotu Unasjan ale swoje racje ma. Nauczyła się, że zmiany burzą zaistniały porządek siejąc niepokój. Zagospodarowała się już w domu swojego dzieciństwa ale czy go zachowa i na jakich warunkach? a może zabierze go, któreś z nas, rodziców? Tylko jedno bo już nie jesteśmy razem. A co z jej sąsiadami? Już się do nich przyzwyczaiła, nawiązała przyjaźnie. Czy nie zostaną przepędzeni przez dawnych właścicieli?
-O nie, nic nie będzie tak samo jak przed przewrotem więc może lepiej niech zostanie tak jak jest? - Wzdychała. Jakże bardzo się zmieniła od czasu gdy widziałyśmy się po raz ostatni, nie ze wszystkim na korzyść ale przynajmniej stała sie zaradna.




Cudna wzięła udział w konkursie rzeźby odbywająceym się głównie w Cytrusowysadzie. To wyludniona dzielnica Arkad ale na potrzeby konkursu uporządkowano główny plac . Myślę że zwyczajnie wycięto tak, że powstał obszerny, okrągły dół, czymś go wyłożono ustawiono 125 kamiennych bloków w okręgu,zalano masą budowlaną wsypano barwne kamienie i wreszcie wlano zielonkawą masę przezroczystą. To tak w skrócie bo są też miejsca przygotowane na inne obiekty. Te miejsca psują obraz spokojnej wody nad kamiennym dnem. Bloki ustawiono jeszcze w innych miejscach Cytrusowysadu już pojedyńczo lub parami, dodatkowych 125 ale na te zwraca się mniejszą uwagę. Więcej obserwatorów ma 125 rozsianych na Meduzie bo chodzą tam okoliczni mieszkańcy.
Były protesty ze strony władz, że powinno się w ten sposób uhonorować odzyskany Błędnyrys. Odpowiedź była prosta: przygotowania poczyniono zanim pojawiły się szanse na odzyskanie Błędnyrysu, pochłonęły mnóstwo środków, konkurs młodzieży obiecano a więc się odbędzie. Nic nie stoi na przeszkodzie aby władze Błędnyrysu urządziły taki sam u siebie.
Ależ oczywiście, że wiele stoi na przeszkodzie. Błędnyrys nie ma na to środków, nie jest w stanie tak szybko wszystkiego urządzić, nie ma na to miejsca, ma sie za to czym zająć.
Przed konkursem rynek w Cytrusowysadzie ogrodzono ale między metalowymi prętami widać bloki nad którymi pracują sterowane przez niewidzialnych operatorów małe skałogryzarki. Operatorzy siedzą w różnych miejscach. Nawet daleko od Arkad.
Regularnie jeździmy na cytrusowosadzki rynek a raczej do tego ogrodzenie z naszą kochaną Barwlodią i Cieszkiem bo Cudna zamieszkała z nim u nas na czas konkursu. Dzięki Czyńkowi poprawiły się moje stosunki z ojcem i Knieją więc kiedy się tu spotykamy nie udajemy nieznajomych. Myślę, że spory udział ma w tym nasza Barwlodzia a teraz też Cieszek. Nie wiemy, który blok rzeźbi Cudna, to było losowane tak jak pseudonimy artystów. W każdym razie wiem, że osoby zatrudnione dostają swoje wypłaty za czas poświęcony na udział w konkursie. To ważne. Nocują u siebie lub na kwaterach ale za to sami nie znają swych pseudonimów a informacji na temat ich bloku nie mogą podawać pod groźbą wykluczenia z konkursu. Nie usunięto im z ekranów widoku na okolice bo to może być istotne przy wyborze tematu.
Początkowo próbowałam podpytywać Cudnę co rzeźbi i gdzie ale bezskutecznie. Czyniek na osobności stanowczo poprosił mnie abym tego nie robiła, raz dlatego aby nie dręczyć córki, dwa aby jej nie móc niechcący zaszkodzić. Któregoś dnia zobaczyłam blok, który przestano rzeźbić. Najwidoczniej ktoś odpadł z konkursu.
-Może to jego mama powiedziała coś w tajemnicy najlepszej przyjaciółce - osądziła Cudna gdy o tym usłyszała i dodała - ja już nie jedno przeżyłam dlatego umiem milczeć.-
Lękam sę tego co przeżyła moja córeczka.